wtorek, 19 marca 2013

Odcinek z prawie nic nie robieniem



15 marca, piątek, cd.

Miałem wrażenie, że jak tylko się zatrzymamy, to pan wygoni mnie z tego samochodu i każe więcej nie wracać. Zaciągnąłem ręczny, wygasiłem wszystko, po czym on rzecze, egzamin zaliczony pozytywnie, proszę poczekać, aż wypiszę panu kwit. Dobra, nie powiedział: kwit. Tymczasem byłem w takim szoku, że pokornie czekałem, aż mi wypisze cokolwiek, a potem sprawdzę, co on tam nagryzdał. Kreśli, kreśli, kreśli, ja siedzę, siedzę i czekam. W ogóle jeździłem w kurtce i było mi niewygodnie. I jeszcze komórka wrzynała mi się w nogę. Ale stopy miałem umyte. Może to mi przyniosło szczęście. Właśnie, wciąż będąc w szoku, nie mogłem weń uwierzyć.
Pan wręczając mi kwit, rzekł, że popełniłem kilka błędów, na które zwracał mi uwagę podczas jazdy. I że w ogóle co to za dojenie krowy? Czy instruktor nie uczył pana, że należy podczas skręcania przekładać ręce? (no nie mówił, mieliśmy tyle innych problemów przecież). Nie wyobrażam sobie, jak pan sobie poradzi w ten sposób, kiedy trzeba będzie dokonywać szybkich manewrów. No i sposób prowadzenia pojazdu oraz technika jazdy to jednym słowem dramat. Mam nadzieję, że nie zrobi pan nikomu krzywdy — po czym nie zwlekając wysiadł z wozu i nie oglądając się poszedł przed siebie. No mi wcale nie było przykro, przy tym wszystkim, com dzisiejszego dnia przeżył, mógłbym wysłuchać o wiele więcej. W końcu nigdy się nie spotkamy i nie będziemy musieli sobie patrzeć w oczy.
Zamknąłem drzwi i na wszelki wypadek zajrzałem do kartki: pozytywny.
Wstrząśnięty udałem się do drzwi wejściowych/wyjściowych.

Tam siedzisz Ty, któraś mnie przywiozła i to pewnie było na szczęście. Czytasz już od niemal godziny, ale co to za czytanie przecież. Nie wróciłem po 15 minutach, więc chyba jednak. Światła już pogaszone, cieć sprząta krzesełka, podłogi już zamiecione. Wchodzę, wciąż na trzęsących się nogach. Hurrraaaaa!

Potem (nogi nieustająco miękkie), oddycham (oddychaj, oddychaj), opowiadam, oddycham, nie mogę się otrząsnąć, jestem w szoku. Wszystko to już nieważne, papierek ładnie schowany. Możemy jechać do domu. Już spokój.

Star Wars: Episode I
The Phantom Menace (1999) — to jednak strasznie słaby film jest. Ale była pora (i pozwolenie) na obejrzenie czegoś niezobowiązującego.

I jeszcze, nadmieniam, w przerwie między puszczałaś muzykę "relaksacyjną", czyli zestaw piosenek z tego serialu filmowego. I w końcu po jakimś malutku, powolutku wszystko ze mnie zeszło. Była impreza (2+1 piwa i popcorn) i można było rozpocząć weekend, jakiego jeszcze nie było.



16 marca, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca prawie nic nie robiliśmy.

Nie pamiętam kto wstał, a kto budził i jak to wyszło. Po śniadaniu jednakowoż wybraliśmy się na zakupy. Znowu kupiliśmy kanapę. Nie wiem, czy jak co miesiąc będziemy kupować kanapę, to nam się wszystkie pomieszczą. I kupowaliśmy kurczaka. Tak jak kiedyś. I jeszcze parę innych rzeczy. A na inne zaczekamy. Acha — i mamy już komplet szklanek prawie paryskich. Desery przepyszne.

Lód w drogę i wracamy. Aż nawet zmęczenie z ciężarami jak wielbłądy. Potem senność, jedzenie, zmęczenie, pesto.

I jeszcze pamiętam pomarańczowy pokój — to taki prywatny topik, który jest obecny w małym pokoju przez krótką chwilę soboty. Zazwyczaj.

Potem pisałem pisałem, bo ja się czymś zająłem, a Ty nie, i wtedy bardziej do snu i okazało się, że ten drugi photoshop jednak działa, prawdopodobnie przez 30 dni, więc trzeba szybko robić. (a właśnie, te starsze wersje takie mało dostępne są).

A racja, było jeszcze zmywanie, robienie łazienki, podłogi i takie tam kurczak, więc miało na czym zejść.



Brak komentarzy: