poniedziałek, 31 marca 2014

Odcinek z uczeniem programowym


a to chyba nawet Dziadkowe (pióra wietrzne poprzednio — z podstawówki, były)
11 lutego, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wracamy sobie z Moreny autem.

David West 17 pkt w I kwarcie. W busie było zimno jak ..., czyli bez ogrzewania. Kropi deszcz, i na chodnikach zamarza na ślisko. Denver zniszczony 21 pkt do połowy. Aż przyjemnie się oglądało dobrze funkcjonujący atak. 30 pkt po III kwarcie. w IV kwarcie trzeci garnitur dowiózł do 119-80. Miami wygląda staro. Ale wczorajszy przykład Orlando  daje cień szansy.
***
Kwiatkowski ostatnio narzekał na Marreese Speightsa, a ten dzisiaj walnął 22 pkt w 15 min (8/9). Warriors 33 pkt do połowy z 76ers (66-33). Rekordu nie było: 121-80, rekord kariery chłopaka: 32 pkt, 8 zb., 3 bl., 12-15 z pola/1-2 za 3/7-8 osobiste. Ja wiem, że to tylko pojedynczy wyskok, ale jestem jeszcze na etapie, że schematy, zagrywki to nie, wciąż potrafię się jarać żywą grą z meczu na mecz (czasami).
***
Tak, ale emocji dzisiaj nie było, wczorajsze rondo-palmą również było bardziej deszczowe, zatem wciąż wygrywa pyszna pizza i wczorajsze zawody w przywożeniu jedzenia ze Stogów. No i dzisiaj próba z dodatkami z E.
***
Przechodzę tradycyjnie przez sklep, plecak pełen sprzętu, mamy regularną próbę, potem pilnie uczę się szczegółów nowego programu — bo że działa, to już wiemy. Tipsy o VST i innych drobiazgach i już ładnie gra. I nawet mnie zawozisz do domu, bo po drodze. Auto jeździ. Znowu będzie zestaw EiS do przeglądania — extra. Program ze swoimi możliwościami wygląda obiecująco — wspominałem już: wtyczki na żywo!


12 lutego, środa

Odcinek z mnóstwościami

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wieczorem rozpakowujemy z narracją.

Gortat zaczął od 2 nietrafionych wolnych, straty oraz szybko załapał 2 faule w I kwarcie i zaraz siadł na ławie. Po czym wszedł na chwilę w II i złapał 3 paul — siadł znowu. Mimo że Wizz nie szło w ogóle, jakoś utrzymywali się w grze. Ale Memphis wciąż wymuszali faule i 13 pkt do przerwy. W III kwarcie im się polepszyło, pobronili, potrafiali, Gortat 10 pkt, ale 4. faul. W IV walczyli walczyli, było emocjonująco, publika Grizz się rozgrzała, ale ostatni za 3 nie wpadł i 92-89. Bradley Beal rekord 37 pkt, Gortat 4/4, 10 pkt, 6 zb., John Wall 2/10 — no sorry. Mamy nowego "bohatera" w lidze: Nick Calathes 18 pkt, 7 zb., 6 as., na zastępstwie, ale działa. "Nick Calathes – Grizzlies [draft 2009, nr 45], Ma za sobą 6 spotkań w wyjściowej piątce, w których zaliczał średnio 15.2 punktów ze skutecznością 53.5% z gry, 4.7 asyst, 4.7 zbiórek i 2.3 przechwyty".
***
Hehe, Suns zaczęli 12-0 z Miami. Ten i poprzedni mecz nie były specjalnie emocjonujące, dość ciekawe, głównie atakowały mnie rzeczy spoza zakresu. Się dzieje w związku z dzisiejszymi/jutrzejszymi wydarzeniami (50 Andrzeja/monitor/książki/pieniążki). Ale Phoenix lots of energy — miłe. Nerwowa końcówka, kontrowersyjne gwizdki, i Suns nie zdołali dosięgnąć tych 5 pkt — 97-103.
***
Zaczęło się od tego, że zgarnąłem gratis monitor 15, czyli jest możliwość pracy na dwa ekrany, co przy nowym mikserze programowym mogłoby się przydać (ścieżki jednak malutkie). Tylko kabli nie ma. Ale kable ma Johny, tyle że przylegają one do monitora 19, który też jest do wzięcia. Zatem on wiezie, ja biorę i próbuję.
Jurek przyszedł, oddała basa (historie historie), gramy, trenujemy.
A nie, pierwej jeszcze miałem tour de. W osso się sprawiłem, chociaż liczba nowych przewodników za 1/2 ceny mnie oszołomiła (Sewilla! Lizbona!). W tunelu 18 do patrzenia. Następnie p&p, tam musiałem wydać trochę kasy, ale na 4 flaszki, w tym 2 extra, dobrze starczyło. No i wreszcie w domu, podłączam. 19 to naprawdę dużo. I film, szczególnie kwadratowy, wygląda imponująco. I jeszcze nauczyłem się dzielić/rozszerzać ekran. Miksowanie może być łatwiejsze.



piątek, 28 marca 2014

Odcinek z akumulatorem 2



9 lutego, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mieliśmy niedzielę z jedzeniem na wypasie.

Goran Dragic gra z pianą na ustach (rekord kariery 34 pkt, 10/13, 6/7 za 3, 10 as.) i Suns rozstrzelali Stefkę i Warriors. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w zeszłym roku, kiedy Curry był pominięty w all-star-game, tymczasem Golden State mają ewidentny kryzys. Z tego co widziałem (a widziałem niewiele, bo byłem w licytacjach), to Jermaine pograł więcej niż zazwyczaj.
***
Prócz wielkiej loterii szykuje się sympatyczna szansa na ulubionego wykonawcę - jest podjarka.
***
Jazz-Miami 94-89, chłopaki gonili jak wczoraj Wizz, ale tym razem trójeczki nie wpadali. Skuteczność nie dopisała. Oden tylko 4 zb., ale najwyższe +4.
***
Skoro wcześnie wstałem i wszystko przejrzałem, pora na śniadanie.
***
Na niedzielną dobranockę była OKC-NYK, gdzie wynik był przewidywalny, a Stoch skoczył złoto.


10 lutego, poniedziałek

Odcinek z akumulatorem i parkowaniem z ROZMACHEM

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy wszędzie gorąco.

Zacząłem już wczoraj wieczorem, więc dosłuchałem, jak dzielnie Lakers gonią Chicago. Swoją drogą nie wiem, czemu Bulls są tak na sportowo — to przecież w ogóle się nie opłaca. Zmartwychwstały na chwilę Chris Kaman 27 pkt, 10 zb. — rekordy tego sezonu, jej.
***
Tym razem Gortat nie dał się zjeść DeMarcusowi (17/6 v. 14/12/2 bloki) chłopcy wygrali, więc od razu rano się lepiej czuję. Miał -3, ale wyglądało, że się stara i komentatorzy poświęcili mu sporo uwagi. 93-84.
***
Troszkę noc cudów, Cavs wygrali z Memphis, Indiana poległa jednym punktem z Orlando (+ niespodzianka Orlando-OKC z weekendu!), to w ogóle była gorąca (słowo dnia) historia, 24-7 w połowie IV kwarty, Olandipo rządził, publiczność się rozemocjonowała przechwytami i rzutami.
***
Michael Kamen — Licence to Kill (Expanded Score) (1989) — nie aż tak dużo muzyki słucham ostatnio. Tutaj. Ale ten score jest bardzo odpowiedni. Lepszy niż The Living Daylights. Lepszy niż łubudu Davida Arnolda. Gitara Vica Flicka robi dobre wrażenie. Jest mroczny klimat (który w filmie nie wypada przekonująco). Do tego lubię sobie w domu na początek dnia puścić mieszankę z nowego winyla — to mnie nastraja.
***
Trochę się działo, głównie mocowanie akumulatora, następnie kieruję na Stogi, parkuję z UPSem, sklep, lody, dziennik, pieczone mięso pycha, powrót. Się działo, się działo.



czwartek, 27 marca 2014

Odcinek z weekendem w realu



7 lutego, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na sportowo, a ja nawet bardziej.

Człowiek przychodzi do pracy a tam tylko dwa mecze. ŻAAAL.
Z Chicago ostatnio trudno wygrać (dzisiaj bez Boozera), o czym przekonali się Suns, ale nawet bez Boguta i Lee, z nieruchawym jednak Jermaine O'Nealem Warriors wyglądaja na nieco podchorowanych. Słabo im idzie ostatnio. (ha, o tym mówią też rondo-palmą!). 16-29 w I kwarcie.
Ale, mobilizacja, Curry zabrał się do roboty (9/12, 22 pkt.), Chicago pofaulowali i zrobiło się 50-46. W III kwarcie docisnęli, zrobiło się ciut szumnie, ale to nie te emocje co poprzednimi dniami. W pewnej chwili było po meczu. 102-87. Curry + Thompson =  56 pkt.
***
W Spurs-Nets można było słuchać tylko IV kwarty, więc nie wiem, co tam się działo z podmęczonymi, odpoczywającymi, rezerwowymi SA (start 5: Belinelli/Green/Splitter/Joseph/De Colo). Alan Anderson, to chyba jakiś gość z przeszłości (Atlanta?) — 9-15, 2-3, 22 pkt.
***
No i jeszcze przywiozłem najlepsze na świecie przewodniki/spacerowniki. Rzym się wymienia, Praga i Barcelona już są.
***
Ale coś czeba było porobić jeszcze, więc dałem radę. Następnie POJECHAŁEM i KUPIŁEM grę, więc SUKCES!
Jest ta, jak powinna być, tyle że nie dla nas. Szybki pobyt w domciu i siup na kosza. Bez okularów dość słabo widzę i nie chciało mi się biegać. No ale trochę trzeba było. Ten mały maluch był rewelacyjny. Bać się nie bałem i kilka razy pod kosz wjechałem. Natomiast już po grze i do samego końca byłem wyczerpany. Konkretnie.
***
The Family (2013) — Luc Besson się sprawił, a ja byłem zadowolony z tej gangsterskiej kolorowej opowieści w tonacji komiksowej. Poziom agresji chwilami całkiem nieedukacyjny, ale kto dzisiaj "Chłopców z ferajny".


8 lutego, sobota

Odcinek z początkiem wiosny

My drogi i Miłościwie Nam Panująca aż dwa razy na dworze, w tym raz bardzo okropnie i strasznie.

Indiana-Portland 118-113 OT, to był jakiś szalony mecz, pkt za pkt, ale nie uważałem, bo przeglądałem licytacje i szykują się atrakcje i to DUŻE. George Hill rekord kariery 37 pkt. Damian Lillard 38 pkt.
***
Wizz-Cavs 113-115 to po przeglądzie smutne widowisko, mimo że gonili trójkami w końcówce, bo przegrywali prawie przez cały mecz. Gortat 19 pkt, 8 zb. (4 w ataku), 2 bloki, ale on tak tylko przeciwko słabszym (!?).
***
A Wojt pyta, czy bym nie pojechał na koncert — szkoda że nie wcześniej, bo nie dam rady urlopu wziąć. Po śniadaniu pstrągi i inne zakupy. Wiosna przyszła, słońce (nawet za mocne przez plisy), wszystkie psie gówna i resztki śniegu się roztapiają.
***
Okazało się, że nowy program tnie filmy mkv. Jest kolejna okazja na robienie głupot. Tak jest. Pakujemy się i brniemy przez okropny las i okropne oblodzone ścieżki z błotem i resztką śniegu, a kwiaciarnia zamknięta. Nigdy do nudnego lasu ever. Na obiad burito (smaczne i dobrze przyprawione), do tego piwo, ciasto — wszystko co potrzeba do rodzinnego obiadu (Morena). Ale wygodniej ze zwózką z powrotem.
***
Rozkładam sobie podręczną ciężką biblioteczkę i zagłębiam się w baroku i rokoko. Wiek XVIII sprawia wrażenie pełniejszego. A Arkady mają jeszcze kilka takich ciężkich książek i ostatnie dni są promocje na stronie aros.pl. Brać?
***
Na koniec dnia, po partyjce, zrobiliśmy przegląd nowych trailerów — do kina to chyba ewentualnie.



środa, 26 marca 2014

Odcinek z dziećmi co taty nie słuchali


to "widzę" z reguły w parku, ale już coraz jaśniej jest
5 lutego, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy wyjątkowo wolną środę (ja).

Oczywiście, że to nic takiego, że wrócił ledwo żywy Steve Nash (powinni go sprzedać, dużo wcześniej) (prócz tego, że nie powinien odchodzić z Suns). Ale z sentymentu można było popatrzeć. Lakers, ci LAKERS wciąż byli o 10 pkt od Minnesoty. To dopiero oznacza, że Kevin Love, Kevin Martin i Ricky Rubio nie są materiałem na play-offowy band. To co 3 lata temu było zaskakująco świeżą mieszanką (pamiętam, widziałem) nie urosło. To jest taka biegana koszykówka, w której Love nie jest takim dominatorem, jak mówią staty. Ricky 13 as., ale tylko jeden trafiony — pisali o tym.
***
Phoenix-Chicago ładnie dopasowali kolory strojów. Bulls postawili trudne warunki i Suns mieli w I kwarcie bodaj 13 pkt. 33-44 w połowie. Za dużo strat i bardzo niska skuteczność. W III kwarcie zaczęła się walka na straty, nerwy i faule techniczne. Miło oglądać znowu Lenardo Barbosę, on tak sympatycznie biega. Zmartwychwstały D.J. Augustin się rozstrzelał za 3 i Suns nie dogonili.
***
Wrócił Jermaine O'Neal, ale GSW byli tak nieskuteczni, że dali się pokonać u siebie Bobcats. 13 pkt. w I kwarcie!
***
Tymczasem nieszczęścia ludzkie gonią nieszczęścia (komputer, praca), więc nie mam próby, przechodem zawożę tamburyn, biorę jogurty i do domu. A tam auto nie odpala i nici z jutrzejszej wycieczki. A było słuchać i odpalać.
***
Zabrałem się za ten program muzyczny, odpalam — DZIAŁA! Wrzucam pliki
DZIAŁA! numer leci. Zaglądam do wtyczek, marne, wrzucam swoje VST DZIAŁA! Jest szok, jest podjarka.
Jest dobry wygląd, jest łatwiejsza obsługa, mogę używać wtyczek w czasie rzeczywistym, wow!
***
Z tego wszystkiego zjadłem pół kotleta na kolację, (nie)odpaliłem, wykonałem rachunki, nadeszła pora na wieczorne słuchanie nowego przysłania (to najbliższy mi zestaw składankowy), zmęczenie (ten mini-nerw w pracy), senność i już mnie nie ma.

bye bye

6 lutego, czwartek

Odcinek z początkiem weekendu dla mnie

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pijemy szampana z dodatkami.

Wizz zaskakują ostatnio, na razie w II kwarcie wciąż sobie radzą ze Spurs, Gortat pozytywnie. Słucham i jest ok. "Can you believe it folks? They have basketball team in Washington" — rzekł komentator w połowie II kwarty, kiedy prowadzili 15 pkt. Nagle zaczęli być w gazie w tym fragmencie, ładnie. Oczywiście w III Spurs wrzucili drugi bieg i zaraz ich dogonili, ale zaczęło się granie na serio. Nando de Colo w ogóle wygląda jak Jon Barry (starzy Spurs, niedawno). Gortat w IV kwarcie siedział, niezbyt dobrze sobie radził z Duncanem i Splitterem, wszedł na końcówkę, zaliczył dobry blok. Dobrze, że Parker wypadł, bo mogli ich pogonić. Mecz strasznie na styku, emocjonująca końcówka. Zbiórki, błędy, starty, kuźwa, co tam się działo! Aż śniadanie mi się przesunęło. Patty Mills się rozstrzelał trójkami i dogrywka już była do jednego kosza. Kiedy się okazało, że z ty przedłużaniem, faulowaniem i dobrymi wjazdami dojechali do drugiej dogrywki. Gdzie śniadanie!? Duncan wyautowany. Ale Wizz trafili 0/11. 118-125,
***
Zmęczył mnie ten mecz fizycznie, jakbym sam weń grał i szkoda wyniku. Ale i dzień pracy krótszy się zrobił. Jak patrzy się na Pumleee i Gortata, to jednak widać różnicę w drewnie na niekorzyść. I jeszcze uważam, że w trakcie meczu nie powinni podawać wyników innych meczy, ot co.
***
Minęło kolejne pół godziny, a ja wciąż jeszcze w emocjach. Dla kurażu zrobiłem sobie kawę.
***
Jak lubię ostatnio biegające Suns, tak w meczu z Houston (Dwight już nie jest dominatorem), gdzie wynik falował z jednej na drugą stronę, to już mnie to w ogóle nie uniosło. Nieważne skróty i statystyki, najważniejszy jest chwilowy flow i wciągnięcie się w rozgrywkę. Tak jak słuchanie płyty WYŁĄCZNIE. Trójki pod koniec im nie wpadały, Houston ich rozbiegali i Phoenix przegrali dwa ciężkie mecze w ciągu dwóch dni, no trudno. 122-108.
***
Miami i Clippers zgarną wszystkie top 10 efektownych zagrań z tego wieczora. Pod koniec zrobił się mecz. Miami miało ciężko. Blake 43 pkt., 15 zb., James prawie triple-double, Oden sobie nie pograł. Wrócił taki ktoś jak Sasha Vujacic.
Wobec wielości zdarzeń tego dnia już ich nie ogarniałem (jakieś cuda na ławce Lakers), nie doczytywałem również i nie sumowałem zdarzeń, przygód już było wystarczająco na ten dzień.




wtorek, 25 marca 2014

Odcinek ze spokojnym poniedziałkiem



3 lutego, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jemy ro-ga-la.

Francis Lai — A Man And A Woman (1966) — no to koniecznie musimy sobie sprawić. Już dwa razy nas ostatnio wycyckali na tych licytacjach. Jedno w ostatniej chwili w ogóle. Niesamowite.
***
Andre Previn — Rollerball (1975) — tego nie. Nostalgiczne wspomnienia o twardym, mocnym, męskim kinie z czasów dzieciństwa są fajne, filmy oglądane po kilka razy w tv albo na wideo, kiedy nikogo nie było w domu i można było się zabawiać cały dzień przy radiu i telewizorze jednocześnie (blade runner/rollerball/outland/ostatni brzeg/casablanca). Czasy się zmieniły, czasu nie ma, a soundtrack raczej śmiertelnie nudny. Zatem nie.
***
Podczas jedynego meczu w niedzielę (broncos sucks) dwóch tankujących drużyn komentatorzy zachwycali się vintage Rondo. Aż taki extra nie był, ale miło było zobaczyć jego 19 pkt (9/11)/10 as./6 zb. Różnicę zrobił Sulinger i dobre decyzje Rondo w końcówce IV kwarty i Celtics wygrali. Końcówka na styku, emocje w przypadku TYCH drużyn. A przecież to tylko Orlando. Olandipo bez rewelacji.
***
Ale muszę przyznać, że dobrze, że tylko jeden, bo mój mózg by nie wytrzymał od nadmiaru bodźców: obejrzeć, obejrzeć, co jeszcze obejrzeć, wszystko obejrzeć! zobaczyć! Takie coś miałem chyba w sobotę/niedzielę rano, że po przejrzeniu wielu, przy śniadaniu już byłem zmęczony, jakbym spał tylko pół nocy. Co bym się nie wyczerpał lepiej.
***
"Golden Eye" wygląda zaskakująco nowocześnie. Chociaż.... Brosnan zawsze tak miał. Imponująca scena wejściowa, w końcu czymś trzeba było kupić widzów po tylu latach. Racja — najbardziej zdziwiony byłem napisami. Miałem wrażenie, że czołówkę widzę po raz pierwszy w życiu.
***
Temp. oscyluje dzisiaj wokół zera, kupiłem ziemniaki, przysnąłem w tram, część druga się ściąga, w planach reaper, dwa adresy, licytacje?
Muszę w swoim kąciku mieć albo lampkę albo podświetlaną klawiaturę. Z tym drugim na moim lapsie chyba nie pójdzie. Świeczka/podgrzewacz?


4 lutego, wtorek

Odcinek z klasyczny wtorkiem (jaśniej)

My drogi i Miłościwie Nam Panująca ogląąąadaaaliśmyyyy film.

Pożegnanie z kasetami:
The very best off The Electric Light Orchestra — nieczytelna.
Simply Red — A New Flame — wstydu ni było, jakiś przebój, perkusja i bas w stylu lat 80.
Din Henley — The End oh the Innocence (1989) — Kanada przeprasza..., świetnie wykonana działająca kaseta Made in Canada, taki mniej znany Bryan, perkusja wciąż zła, ale muzycznie daje radę. W tych rejonach.
Rock Classics (1991) — ale zawartość wiele starsza. Kaseta również Made in Canada, to chyba całkiem sentymentalne i przyzwoite.
***
LaMarcus i Lopez przeturlali Gortata, który jednak 4 w ataku zebrał, coś trafił, miewał asysty (że przechwyt czy coś), dzięki trójkom Arizy przez sporą część meczu udawało im się dzielnie prowadzić. W IV kwarcie były emocje. Uff, dowieźli. (ubogie 6 pkt, 11 zb, ale +23 w pluso/minusach). "John Wall po raz pierwszy w karierze — a gra w NBA od października 2010 roku — jest ze swoim teamem powyżej 0.500."
***
OKC sobie radzili z Memphis, prowadzili, prowadzili, aż nagle w IV kwarcie zrobiły się emocje na 4 pkt różnicy. Biały Steven Adams zbiera i blokuje. Następnie trochę pobronili, Kevin asystował, wjechał na kosz i już było po meczu.
***
Może za mało skupiłem się na Moonraker (Expanded Score) (1979), ale on się akurat nie powiększył, te śmigane wersje mam już zapamiętane, i ten — nie wiem czemu — muzycznie i filmowo odcinek dosyć bliski memu sercu (taczing taki) tylko mi śmignął dzisiaj. Lecę dalej z kolejnością.
***
Bernard Herrmann — The Day The Earth Stood Still (1951) — no nie jest to "współczesny" OST, no, taki z lat 60/70. Ale prócz swojej śmieszności zawiera pewną zagadkowość i bardzo interesujący klimat. SF pełną gębą. Tyle że film był słaby. Zatem: nie spodziewałem się, że słuchanie na sucho będzie takim miłym przeżyciem.
***
Korekta: ta płyta zbliża się niebezpiecznie zajebistości.
***
No ale koniec tyrki, jeszcze jasno, wypadam przez sklep i komat, zwiedzam śnieżną krainę, bezpiecznie dojeżdżam na Stogi, macierz, ze zlasowaną głową, przygotowuje na bieżąco krajankę jajeczną, wzruszające. Spędzamy tradycyjny wieczór wymieniając się obiadami, ja pożeram wszystko co wpadnie (lody!) i siup.
***
Film się ściągnął, a nawet rozpakował i oglądaliśmy The Hogfather — Part 2 (2006), który trwał równie długo i mozolnie, że pod koniec również ledwo nie zasnąłem. Spaaaać.



piątek, 21 marca 2014

Z okazji






Opowiadanie "Postmodernistyczny rajdowiec"

— Jestem trochę Senna — powiedział Ayrton i usnął.




czwartek, 20 marca 2014

Odcinek z pocztową sobotą



1 lutego, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wreszcie z zaliczonymi frytkami.

Brooklyn Nets grali po prostu nic (za starzy, za wolni, za słabi fizycznie), a Oklahoma City Thunder ma Kevina Duranta, który trafia niemal wszystko, z każdej pozycji. Durant jest Jordanem naszych czasów. Nie wiem kim jest James, ale to jest historia na żywo. 63-35 w pierwszej połowie, kolejny powód do wstydu. Właściwie przeglądałem to tylko dlatego, żeby zobaczyć, ile rzucić Kevin. Ale nie grał od połowy III kwarty, i przerwał streak 30 pkt, szkoda, podobno o to nie dba. OKC 64% trafionych. Serge Ibaka 12/12.
***
W oglądaniu ściąganych meczy podoba mi się też ciągłość, historie komentatorów, zwolnienia w przerwach, powtórki, statystyki, kolorowe tablice i porównania, ale to sobie zostawię na wakacje.
***
No i trzeba przyznać, że słucham "między rondem a palmą" i jestem STRASZNIE na bieżąco. Mimo że jeszcze nie kumam szczegółów zagrywek. Ale bawię się.
***
Nate Robinson zerwał ACL i nie zagra już w tym sezonie, szkoda, to taka brawurowa historia na play-off zawsze była. "Robinson nie miał aż tak udanego sezonu jak w Chicago, ale był bardzo przydatny jak zawsze wnosząc dużo energii do gry. Zdobywał średnio 10.4 punktów, trafiał 37.7% za trzy i zaliczał 2.5 asyst. (...)  W ostatecznym rozrachunku, mimo że czasami przyprawiał Briana Shaw o ból głowy, wnosił więcej pozywanego do gry i z nim na parkiecie Nuggets byli lepsi o 6.7 punktów na sto posiadań". Nate The Great zawsze wzbudzał sympatię. 175 cm.



***
GSW męczyli się z Utah (bo ogladał Karl Malone?), koledzy nie trafiali, ale Bogut wyglądał jakby był zdrowszy (i skakał i dunkował), Stefka rzucił 44 pkt i tyle widziałem w 20 minut. LP rulez.
***
W ten weekend zaliczone dwie jajecznice (jak nigdy ostatnimi czasy), potem, po śniadaniu — to już jakaś 13 była — ruszyliśmy w trasę, byliśmy w nietypowym sklepie, zrobiliśmy typowe zakupy i z powrotem. Ciężko było. Ale trochę czasu na dworze przynajmniej. No i jeszcze po drodze upragnione frytki. One wciąż nie takie rewelacyjne, sosy mogą być (keczupowo-bananowy) i napój o smaku lizaków coca-cola na doklejkę. Idziemy dalej, ciężko.
***
Bigos do końca, zajęcia techniczne, aż z tego wszystkiego wieczorem zagraliśmy w prawdziwe karty (vist).


Ho-ho-ho
2 lutego, niedziela

Odcinek z leniwą niedzielą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca fantastycznie się nudzimy.

W I kwarcie Wizz jeszcze wygrywali z OKC. Gortat nieskuteczny, ale nieźle w obronie. Jednocześnie przeglądam płyty, więc oczy dookoła głowy. Jeszcze ciut prowadzili po II kwarcie (Gortat 4 pkt). W III się rozegrał (10 pkt, Wall 15 as.). Chłopcy gonili (emocje), ale uff, Wizz wygrali, głównie dzięki Nene, Gortat pozbierał statystyki (14 pkt, 14 zb.), miał najlepsze +18 i komentatorzy go chwalili.
***
Przejrzałem NYK z Miami, bo Indiana podpisali Byunuma i zrobiło się strasznie, a ZNYKu wieszczy porażkę i rozpad. Tak to niestety może być, czekam na play-offy z drżeniem, bo 3-peat to jest jednak coś wyjątkowego w historii, ale trudno ukryć, że Larry Bird zbudował — na tę chwilę tak to wygląda — mistrzowski skład. Ojej.
***
Zmarł Philip Seymour Hoffman. Jak na mnie, to byłem nawet wstrząśnięty. To strata dla KINA. Filmy z jego udziałem z reguły nie zawodziły, a on sam je naznaczał swoją paskudną postacią. Kreacje. No szkoda.
***
Po kawie mieliśmy odświeżyć auto i wypaść, ale las wszędzie taki sam i nudny, więc wybyłem z nausznikami i to było bardzo korzystnie resetujące, ileż można na tych koszykówkarzy patrzeć. To taki trochę ostatni dzwonek, bo odwilż przecież. Ścieżki udeptane, górki ośnieżone, bardzo dobra wycieczka.
***
Kotlety schabowe cacy przygotowałaś, sprawiłem się ładnie z owocami i wszystko sprawnie i ekonomicznie przecedziłem. Nawet nie było ofiar w kuchni, a kaseta, a wino, oj się działo. Trzy siatki z mokrym jutro do wyrzucenia.
***
Licytacja przegrana (łobuzy), aperitif obejrzany, Prince of Persia (2010) będę musiał sam sobie obejrzeć, bo to pyszna przygodówka jest, przygotowani technicznie na więcej (chyba jakoś od wczoraj trenujemy), popcorn i The Hogfather — Part 1 (2006) trwał dokładnie półtorej godziny, jak wskazywał. Porównania do poczty nasuwały się same, a ja ledwo wytrzymałem dodatkowo podlany sommersby. Taka to niedziela była. Że nie wspomnę o bułeczce ze schabowym, yei.




środa, 19 marca 2014

Odcinek z drinkiem



30 stycznia, czwartek

Odcinek z teatrem muzycznym

My drogi i Miłościwie Nam Panująca obchodzimy 21-miesięcznicę udanie.

W ramach ruszania wozem — jadę. Płyta nie odpala.
Obowiązkowe zgaśnięcie wozu na środku drogi — check.
Zapowiadał się pogrom albo super mecz. Tymczasem wobec strat Miami Oklahoma zniszczyła ich w ataku, dodatkowo włączyli obronę. Durant-James 1-0 w wyścigu do MVP.
Gortat nie radził sobie z Griffinem i Jordanem, z faulami przesiedział całą kwartę, ale koledzy mieli straty, nie trafiali wolnych i zaprzepaścili realną szansę na wygraną. No ale zebrali się do kupy, grali szybko i szczęśliwie i Suns pod wodzą Hornacka są znakomici. 4-0 w wycieczce na wschód!
***
Dziewczyny ruszyły na lodowatą Gdynię, ja zostałem w ciepełku.
Shame (2011).
Nie wiem, czy to Steve McQueen jest geniuszem, czy jego scenarzysta, a może kamerzysta, a może wręcz montażysta. Steve McQueen? Ten twardy facet jeżdżący w filmach na motorze?!
Początek niesamowity formalnie, pod względem filmowania i przedstawienia. Mistrzowska scena w metrze (nie wiem, czy zamknięcie na koniec filmu było bardzo konieczne, ale kupuję to). Wspaniale dozowane treści. Sama historia prawie ciekawa. (Ciekawa to było historia "Side Effects"). Nie widzę powodu do szokowania się i protestów. Normalka. Końcówka trochę wydymana — co w przypadku tego filmu określenie akurat na miejscu. Ogólnie doświadczenie w stylu "Lost in Translation" = zjawiskowy film. KINO. Taka klasyka w tradycyjnym znaczeniu. Podchodzenie do niego względem tematyki jest nieco mylące, bo ten FILM jest skonstruowany (i wykonany!) w ten sposób, jak się czyta w WIELKICH KSIĄŻKACH o włoskim filmie. Bardzo zadowolony.
***
Potem ładnie ustawiłem, znalazłem nowy sklep z winylami, i grzecznie do łóżeczka.


31 stycznia, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca oglądamy bardzo ładny film.

Czytam, choć jakby się odzwyczaił. Od wczoraj.
Phoenix wyglądali świetnie w pierwszej połowie, potem Indiana zaczęła bronić, Plumlee nie trafił kilka prostych dunków (Gortat rzadko próbował dunkować w ogóle) i zrobił się gwar na hali w Indianie. Dragica można nie lubić, ale jest prawie all-starem.
Stefkę zawsze się świetnie ogląda, atmosfera w Golden State jest znakomita, jeżeli jeszcze dobrze gra Bogut, to zaczyna to wyglądać dobrze. Wesoła biegana koszykówka z Clippersami. Mieli 52 pkt w połowie II kwarty, 90 na koniec III. Clippers wobec fauli Boguta trochę podgonili, ale back-to-back dało o sobie znać i Warriors już grali rezerwami pod koniec IV. 66 pkt w pomalowanym. Trzeba przyznać, że z Blake'a zrobił się gracz.   
***
Na szczęście Babcia Esme przeżyła! (Terry Pratchett — Lords and Ladies, 1992). Zapakowałem sobie kolejną książkę. Mimo zimy jedziemy na sentymentalne tańce i ostry męski kosz (zakończyłem z jakąś krwawizną koło oka). Zainspirowany Goranem nie bałem się, wchodziłem pod kosz, pudłowałem mniej niż zwykle, choć byliśmy gorsi, to nieznacznie, a nasza gra była efektywna, skuteczna i sporośmy powalczyli. Kilka udanych kontrataków. Udane granie, przydała mi się szybkość, parę zmian kierunku i minięcia do kosza. Zadowolenie.
***
Wymyśliłaś najwspanialszego drinka do calvadosu ze spritem! Orzeźwiające. I bardzo bardzo pozytywnie, nowocześnie, zaskakująco, kolorowo. kostiumowo, aktorsko, dobrze wypadła pierwsza część Going Postal (2010). Czemu nie nakręcą więcej?



wtorek, 18 marca 2014

Odcinek bez próby



29 stycznia, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca nie będziemy oglądać "Klubu kawalerów". Za karę.

Dobrze. Wizards wygrali z Warriors i to był szybki emocjonujący mecz pełen strat. Dzięki temu nabieram przyjemności w tym miejscu. New Orleans Pelicans mają prześwietlone boisko, Cleveland wciąż gra nic (Kylie), ale przełamał się (?) Anthony Bennett, nr 1 picku 2013, 15 pkt — lepiej późno niż wcale.
***
Popracowałem pilnie i efektywnie, nawet przy B90 (już nie będę robił ZZów — wiktoria!, jestem zwolniony z odpowiedzialności za te marne pieniądze; szkoda zdrowia). Wracam, czytając. Akcja się zagęszcza, książka gotowa do filmowania.
***
Ty wybywasz na mróz, ja się zabawiam, więc jak wracasz musisz się logować — co za życie!
***
Sol Madrid (1968) — to zły film ze znakomitą muzyką Lalo Schifrina. Z aktorów, to grać potrafił tam jedynie Kojak. Naprawdę złe to było.


Tytułowy bohater strasznie bez wyrazu, akcja wydumana, reżyseria zanadto skrótowa (na czołówce jeszcze myślałem, że to taki zamysł estetyczny):


Zabawne jest, że ta znakomita muzyka z nerwem (kaseta!) obrazuje sceny zupełnie pozbawione napięcia, Lalo się postarał. 


Ale w całości to było warte przeżycia, no bo któż nie chciałby zobaczyć jak jeden z antagonistów chce udusić drugiego wiąchą sitowia:


***
Potem szukaliśmy wśród opowiadań francuskich ekranizacji Pratchetta i odkryliśmy znajomość "Klubu kawalerów" w różnych wersjach. Oczywiście, że Pola Raksa wygrywa. Tymczasem już do snu (surówka) i znowu nie spałem trochę w nocy, ale na szczęście nie wstawałem. Nie wyspałem się zatem mniej.




poniedziałek, 17 marca 2014

Odcinek ze Stogami autem




28 stycznia, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca, po bezdrożach, oglądamy skarby.

Cóż było robić, trzeba grzać auto z akumulatorem, nie będzie parku.
Pojechałem, trafiłem, dojechałem. Na przedostatniej prostej nawet płyta cd się odpaliło = ciepło.
***
I uważam, że pomysł, że pieczareczki skikają do siebie i się czasem zarażają bakteriami jest bardzo trafny. Kto wie, co się dzieje w tej lodówce, kiedy zamykamy drzwi i gasimy światło przecież.
***
Toronto w ostatniej chwili wygrało z Nets, i Paul Pierce miał swój dzień. Chłopaki idą w górę tabeli wschodu. Chicago, w swojej bardzo okrojonej wersji nie dało rady Minnesocie w rękawkach. Kevin Love nie przekonuje. Kevin Durant samodzielnie pokonał Atlantę, Kyle Korver kontynuuje streak. LP jest świetny. I oszczędza czas, i na ściąganie i na oglądanie. Hit weekendu w obcym komentarzu:
"Ps. ja wczoraj skorzystalem z promocji ILP, tylko ze wybralem zly pakiet i wyladowalem z subskrypcja do konca PO. #winatuska :)"
***
Po kolei wersje expanded. Są naprawdę pełne i w stereo. I z bonusami. Np. "You Only Live Twice (Demo)" śpiewa Julie Rogers.
***
Wpisany — jadę! Warunki ekstremalne, dużo śniegu, pada, niewiele widać. Dwa razy zaliczam udane parkowanie (lidl, biedra). Potem trudne hamowanie o włos przed autem i odbiło mnie na 1/3 jezdni, kiedy uderzyłem w krawężnik, auto po prostu se tańczy na śniegu, a koła buksują. Ale jedzie się dobrze, wszyscy posuwają 40. Dziwnie tak bez piwa. Zapakowałem wszystko wszyściutko i przy kryształowym powietrzu i szybach (cd wystartowało od razu) dojechałem do domu w 33 minuty. Zielona fala była. I zaparkowałem prawie w krzakach, ale większość to łatwizna. No prawie. Niemniej uważam, ze to i tak strata czasu takie jeżdżenie. Sobie człowiek nie poczyta. A park w tym padającym śniegu musiał wyglądać zjawiskowo.
***
Odpakowalim, posłuchalim Roya Budda (marcusomillerowy basik), zagralim i siup do łóżeczka. "Bo swoją pracę należy wykonywać dobrze". Tak mawiają i to z przekonaniem. Dobrze to trzeba zjeść, napić się i wyspać. I mieć siły na rozrywki. Ot co.



sobota, 15 marca 2014

Lady in Cement (1968)



Już wspominałem, ale postanowiłem przypomnieć. Znakomite kino, znakomita muzyka. Gdzieś jeszcze była Virginia Wood i "kruchta jej ud", ale nie mogłem znaleźć tego foto. Szlafrok zdecydowanie w stylu "American Hustle" (wczoraj). I jeszcze, bo naszło, Frank chyba nawet nie grał, on był po prostu sobą. Na pewnych stanowiskach i z odpowiednią renomą oraz charakterem po prostu się jest bandziorem. (cynicznym i zmęczonym życiem, to nawet lepiej, patrz James Gandolfini w "Killing Them Softly"). I ma się kolegów. Frank, nie James.


 
 
 




czwartek, 13 marca 2014

Odcinek z padającym śniegiem i odskokiem



26 stycznia, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca stroskani akumulatorem i jazdą na śniegu.

Wstałem później niż zazwyczaj, zrobiłem wyliczenia, z których wynika, że nie będę kupował rzeczonej płyty z allegro for-your-eyes-only-45-zł). Zsumują sobie cały zestaw od amerykanów — będzie taniej. (ps. to był mój ulubiony zestaw cenowy w pierwszej paczce, yeee!)
Za to wydałem tę stówę na league passa i teraz będę musiał go oglądać. Co tam — nieduży pieniądz, a dostęp cacy i dzisiaj dobry mecz o 19.
Pieczeń raczej zrobiłem dobrą, mimo że na pieczone ziemniaki trzeba było czekać 6 (15) minut. Ty dobry sos musztardowy, do tego sałata i pysznie.
Pakowanie akumulatora — sygnał i iskra i odskok w przestrachu = zabawnie.
Auto = jeździ. Wycieczka zrobiona.
Wracamy, czyszczę dysk C (mam już 40 giga wolnego).
Bawię się z piwem pop-cornem i nba (wreszcie widać pięknie). Odcinek, zawody sportowe (aczkolwiek nie takie jak powinny) i do snu. Szczęśliwie zdążyłem zapomnieć od pracy = dobry weekend.


27 stycznia, poniedziałek

Odcinek, w którym wziąłem sobie prezent

My drogi i Miłościwie Nam Panująca z kinem o poranku (nie ja) (o poranku w kinie na poranku)

Quincy Jones — The Lost Man (1970) — to bardzo przyzwoity klimatyczny soundtrack z mocnymi motywami rytmicznymi. Se wstałem i pojechałem bez żadnych dodatkowych rewelacji. Zdobywam punkty, spłaciłem LP, przeglądam co tam koszykarze wrzucają do worka. Zastój humorystyczny. Do tego jeszcze panny głupie. Tym razem załączyły zły plik.
***
Na zimowej wro zajadam zimnego sernika na zimno. Wracasz mnie wozem do domu, jemy pysznostki, przekąski, odrabiam pracę domową, robię surówkę, pakuję paczki (uff, styrałem się), przeglądamy jubileuszowego dodatkowego blue-raya 007, ale tam malusieńko jest tych ciekawostek. No ale.
Dyskusja filmowa. Oczywiście, że jestem świadomszym widzem.
Ciężko spałem, budzik mnie wyrwał. Jestem grzejniczkiem.