poniedziałek, 25 marca 2013

Odcinek z klasycznym rozpoczęciem weekendu




22 marca, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca świetnie napoczęliśmy, mimo że byłem zdechły jak nigdy. "Co oni ci tam zrobili?". Śmiesznie.

Tradycyjne
5 i wszystko ok. Jestem tam, gdzie będziemy w maju. I uwaga, jakaż niespodziewanka! Najnowsza LnŚ, która przychodzi już wiadomo gdzie (a jej imienia nie mozna wymawiać), ma w sobie Gaddę — a on tam bywał. Cóż za koincydentalny zbieg okoliczności.
Dzisiaj już piątek — czuję to w kościach.
Wszystko zależy od płochości nastroju. Dzisiaj "We're Only In It For The Money" (1968) jest mistrzowskie.
Jadę, czytam, Pinacoteka de Brera (św. Katarzyna, panie — patrzaj, a ona tam jest i w jednej i drugiej i trzeciej książce naraz), wracam. Gramy aż byłem zdechły. Oni wygrali 104—96. Było blisko. I co z tego, że nic nie trafiałem, skoro nie byłem w tym odosobniony. Teoretycznie najsłabszy element okazał się bardzo trafionym (dosłownie) transferem. Więc nie staliśmy na przegranej pozycji. To była prawdziwie męska gra, obrona nawet stała na poziomie albo po prostu przez długą część początku nikt nie mógł się wstrzelić. Dobre to było, podsumowując.

"Wszędzie mam brzuch, hihi" — dlatego uważamy. To po tym hinduskim czwartku.

Polska
Ukraina 13, na szczęście już w aucie okazało się co biega, więc nawet nie trzeba było śledzić. Piłka nożna to taka strata czasu.

Argo (2012), jak oskarowo na tego bardziej znanego Afflecka całkiem niezłe. I dopracowali pomysły z charakteryzacją bohaterów oraz muzyką z lat 80. XX wieku. Dobrze się to kino oglądało. Piwo raz. Aaale
bez popcornu. A ze zdjęciami postarałaś się Ty.


Brak komentarzy: