czwartek, 21 lipca 2011

prawdziwa dama


poniedziałek, 18 lipca
Brazylia 4 przestrzelone karne i heja! Rewelacja. Pierwszy ze stresujących dni w pracy ze zwyżką emo. Opowieści, opowieści, palce się nie zamykały. A co tam. Jak się zdarza, trzeba brać. Po południu trochę gorzej, czadowa Ciotka z Matulą wpadły oczywiście za wcześnie, więc trzeba było naprędce dzielić pokarmy. Ciasto z jabłkami wciąż rewelacyjne. Następnie wybraliśmy się na umówione kręgle — zawszeć to jakaś rozrywka. Rywalizacja wzbudza dodatkowe emocje, zatem przy statycznym sposobie bycia przyda się nawet coś takiego. Stylowo i punktowo tym razem słabo wypadłem, ale za to Pyszczku rzucała z gracją i sukcesem. Jak prawdziwa dama. I zrobił się późny wieczór.
***
Jak już jesteśmy w temacie, z tomiku o przyjacielach:

"ja już cię noszę w mojej głowie, niezależnie
od tego, czy kiedykolwiek odgarniesz mi włosy z czoła"

(zajebiste, co nie?), z życia:

"emocjonalna bliskość, dzięki której potrafię wyminąć wzrokiem niekorzystne ujęcia niektórych powierzchni"

i z piosenki V. Villas:

"postrzegasz mnie, nagle serce ci pęka
ta scena mi
każdej nocy się śni
od wieczora po świt
(...)
pudruję nosek i węgielkiem czernię brwi"

wtorek, 19 lipca
Zaczęło się tak:
— Weź mi to zapnij, bo mnie zaraz kurwica weźmie
— Ho ho, podwójne zapięcie; strasznie trzeba się namęczyć sięgając jedną ręką pod bluzką po ciemku, ja zawsze sobie z tym dobrze radziłem
— Czy chciałbyś się jeszcze pochwalić jakiś wspomnieniem!?!
***
A minęło tak, że nawet nie pamiętam. Ale musiałem być zajęty. Różnościami. Przemas oczywiście był później, więc robiliśmy niemal do 21:40. Darcia mordy było co niemiara. Rzeczywiście, jak mówi Pyszczku, być może nagrywanie wokalu Przema trzeba będzie przenieść do dziupli, ale na razie nikt z sąsiadów nie przyszedł. We wtorek pod koniec (podobnie jak w zeszłym tygodniu) byłem na tyle zmęczony, że nie byłem pewien, czy to co nagraliśmy jest dobre jakościowo i stylistycznie. Nie jest najgorsze, ale przyda się weryfikacja na świeże ucho. Np. jestem przekonany, że "where is jerry" wymaga melodyjnego refrenu, a nie nieustannego darcia japy. Co uchodzi na próbie lub występie, w nagraniu jest mniej strawne. Ale nie zamierzam teraz tego sprawdzać, postanowiłem sobie zrobić dzień wolny. Jak ostatnio "human-space" dał mi w kość (a wciąż jest na etapie układania klocków, że o miksie nie wspomnę), to te aktualne gitary słyszałem już zbyt wiele razy (a bez basu i całości nie będę ustawiał poziomów).
Portugalski moscatel całkiem całkiem.
***
Z cyklu z kim całkiem calkiem:

Brak komentarzy: