
Po tych zawodach sportowych w piątek (ładnie siniejąca kostka palca wskazującego dłoni prawej) i trudach wycieczki (w końcu, mimo niewytrenowanego i specyficznego składu towarzyskiego — Matka/Ciotka — zrobiliśmy te 17 km) postanowiliśmy sobie zrobić dzień leżakowania. Z małą indywidualną wycieczką a park. "You only live twice" coraz bardziej smakuje.
***
Urugwaj, niemal bez żadnych problemów wygrał z Paragwajem 3-0. Podobnie jak z meczem wczorajszym emocje były trochę oszukane, ale ponieważ rzecz jest historyczna, następna za 4 lata, więc trzeba było korzystać i skorzystałem.

Tego popołudnia było tak potwornie ciemno, że można było robić niecne rzeczy bez zaciągania zasłon. Ciemnica była o k r u t n a ! Wprowadzała nieznany nastrój przygnębienia i niepewności. Owszem, zjawiskowe, ale mało przydatne w naszym wspaniałym letnim klimacie. Słońca! Słońca! Słońca!
Zdaje się, że oprócz zupy (Pyszczku) zakończyłem dogrywać mega zniekształconą ścieżkę "human space", tym razem uznałem, że nie miksuję dodatkowo ułożonych klocków. Na chwilę obecną mi pasują. Wojtowi chyba też. Napisał, że wydamy osobny krążek z remiksami, heh.
***
Orchid — Capricorn (2011) zdaje mi się szalenie zabawne, właśnie ze względu na totalną repetytywność. Ale przecież na tym polega ta płyta. W sumie myślę, że żaden fan Black Sabbath się nie obrazi. Wszystkie patenty dobrze odwzorowane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz