wtorek, 19 lipca 2011

flądra


sobota, 16 lipca
Nie wiem, czy to niewłaściwe wspomnienie zeszłego upalnego (nie mylić z upalonym) lata, ale tegoroczny lipiec zdaje mi się straszliwie przygnębiający. Nie żebym pamiętał lipce (nie mylić z Lipcami, dzielnicą Gdańska). Ostatni jakiś chmurny był z 8 lat temu. Wtedy też była Copa. Ba, jak sobie przypomnieć zeszłoroczną FETĘ (a ona za pasem), to piątek (występ JZTZ z różowym słonikiem) pięknie upalny, ale sobota (ponowny wypad na miasto) deszczowa i zmienna.
***
Nie ma nic lepszego na poprawę humoru, niż kupić sobie fajną rzecz za 7 zeta. Właściwie kupiłem dwie (2 x 7). Przyzwoicie błyszczące spodnie od dresu, w których będę mógł wyskoczyć pod blok, a także kusą w sam raz kurtałkę, która będzie pasowała do moich space-spodni.
***
O nieprzyzwoicie wczesnej porze wybraliśmy się na rynek naszego większego małego miasteczka. Owoców odpowiednich nie znaleźliśmy, więc zakupiliśmy rzeczy bieżące (jabłka, morele, fasolka szparagowa zielona, ogórki małosolne, pietruszka — wreszcie jakaś porządnych gabarytów, szczypiorek, bób) i zachciało nam się ryb. Padło na wielkie flądry (6 zeta/kg) oraz te no-name wędzone. Długim spacerem wałami obronnymi ruszyliśmy do domu. Brakowało tylko budki z piwem po drodze. Popsuli już oryginalnie wyglądające hale (sportowe?) koło stadionu żużlowego GKS-u. Człek nawet nie wie, co to dokładnie było. Na wysokości zajezdni tramwajowej na rozlewisku instalował się francuski teatr: miasteczko na wodzie — trzeba przyznać, że samochód, przyczepa kampingowa, sztuczne drzewo, lampy uliczne itd. wyglądały zjawiskowo nawet w świetle dnia. Wieczorem musi być ciekawie. Kajakarze przepływali między tymi instalacjami. Zakupy te, a może sam fakt kupowania ryb na rynku, jako żywo przypomniały mi o sposobie żywienia się w BCN albo Walencji — tam nawet piękniej. Może jeszcze ten duży pęczek pietruszki zamiast tego gówna dostępnego w lokalnym warzywniaczku.
***
Tym sposobem obiad zjedliśmy już ok. 12. Flądry wypatroszyłem, dodatkową zachętą do ich spożywania była obecność piasku i resztek muszelek. Przynajmniej wyglądały, jakby właśnie niedawno były wyciągnięte z morskiego dna. Usmażyły się ze wspaniałą skórką. Rewelacyjnie.
***
Mały, naprawdę mikro przypływ energii. Mały porządeczek na półeczkach dwóch (niedziałający vhs idzie do piwnicy, a do pudełka po panie pedro poszły "znalezione" prawdziwe papierowe foty: kilka starych kevinowych (Johny był kiedyś szczuplejszy jednak), kilka jeszcze z Dolnej Oruni — chata, kilka z wczesnych lat na Górnej, dwudniowa wyprawa w Tatry, i jeszcze kilka kompletnych staroci z imprezowania w Gdyni. Gdyby nie nieodpowiedniość takich zachowań, to jest okazja do sentymentalnych wzruszeń. Ach, właśnie w wyniku robotniczego sprzątania otrzymałem w spadku z setkę starych pudełek po cd. Normalne i slim. Białe, czarne, i bardzo ładne różowe lub zielone. Porysowane, zakurzone bądź całkiem normalne. Biedne pudełka. Może w mniej oficjalnym wydawnictwie użyję tych szrotów. Płyty będą mówić: jesteśmy w pudełkach, które ocalały z holokaustu. A może to po prostu moja natura śmieciarza. W końcu nie od parady miałem w pokoju na szafach 6 popsutych telewizorów, stare grindersy i inne cuda cywilizacji.
***
Bawimy się Heroes V. Wszystko w temacie jasne. Trójka to to nie jest. Teraz opakowania od sprzętu komputerowego mają ładniejszą grafikę (to nasza karta graficzna) (ciężko taką fotę pudełku zrobić). Ba, ale kiedyś mieliśmy czarno-białego neptuna, gdzie obraz był szaro-szary, a w fazach słabej dostawy prądu posiłkowaliśmy się dodatkowym stabilizatorem prądu. Doprawdy, wspaniała, ciężka maszyna wielkości taboreta. Świat jednak poszedł trochę do przodu. Żyć nie umierać.


Brak komentarzy: