czwartek, 20 lutego 2014

Odcinek z wygraniem czarnej dziury dopiero co



9 stycznia, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca spędzamy przed-weekend i będą wiedźmy w książkach.

Widać już rano świty. Dworskie.
Amazon zaskakująco działa. Przeglądam. (pressures)
Robię/nierobię, przypominam sobie o budżetach, dzwonią, pytają, wysyłam, ślę.
***
Ray Barretto — Ricanstruction (1979) — mimo szacunku do jego wykonań 007 tego nie będę słuchał.
***
Taka myśl mi przeszła z archiwalnymi video Kevin Arnold oraz ostatnio słuchanymi winylami Pavement, że mam większą ochotę zrobić płytę z post-indie-rockowymi archiwaliami niż nowy ITNON. Na razie. Przeszukać archiwum ("papieroski", "kamil", "świętojebliwy granat" — no, to już 3 piosenki).
***
Roy Budd — Tomorrow Never Comes (1978) z tytułową piosenką Matta Monroe jest bardzo dobre. Na szczęście jest rzadkie i nie występuje w wersji winylowej.
***
Roy Budd — The Final Option (1982) trochę trąci myszą z 80. lat, ale wciąż jest klasycznie filmowo, w końcu Brudny Harry dostawał wtedy podobną oprawę, więc klimat muzyki akcji jest naprawdę odpowiedni.
***
Lalo Schifrin — Mannix (1968) trzeba było sobie przypomnieć. Coś było w best of i trafiło na kasetę, ale reszta nie. Wybornie.
***
Pytanie Andrzeja na dziś. Z tego można TOPIK zrobić. E tam, zrobić. On już jest!
***
W biedrze wiele skarbów, ale nic nie kupuję. Ale, ale, za to będę miał nowy duży dysk.
***
Czas wieczorem, o mój boże, co robić? wolny, architektoniczny, ze Stingiem i Depeche Mode (przeleciało z trzaskiem), ser pleśniowy wyborowy. Oraz jajo! Wyspowiadałem się z pracowniczych zależności (budżety, polityka, dajcie 20 tysi), ale to wszystko już prawie piątek, czekamy na paczki, pójdziemy po książeczki.


10 stycznia, piątek

Odcinek z krzyczeniem do systemu

My drogi i Miłościwie Nam Panująca zmęczeni prawdziwymi sportami.

Byłbym nawet świt zobaczył, gdyby nie padało, a jeden z busów nie wypadł z rozkładu. Ja zdanżam, a książka ciężka, bo dużo waży. "Opel" może pójść za niezłą kasę.
***
Mówią, że z naszą robotą jest jak z "Left for death": odpierasz hordy, odpierasz hordy,  potem masz chwilunię czasu na coś ludzkiego (zjeść kanapkę), a potem znowu odpierasz hordy, odpierasz hordy.
***
Parę planów mam, trzeba pogrzebać w plikach, do tego rarytasy do ściągania odpalają się w domu, więc będą tzatziki. (bo znalazł się taki, co sam zrobił expandedy i one są naprawdę w całości i nie mono i nie trzeszczą) (patrz: Michael Kamen).
***
Zabieram bilet z opery, wpadam na pysznie upieczone dzwonko z łososia (mniam) i wypadam na kosz. Strasznie byłem nie do grania (może przez brak okularów stłuczonych w zeszłym tygodniu), pić mi się ciągle chciało (po tej rybie?) (nie miałem kaca), a Jerzy przyniósł mi kasety. Bardzo wiele tego nie ma, ale są nobliwe King Crimson, Pink Floyd i Clannad. Z pewnością do odsłuchania, bardz dobrze.
***
Wracam, zapidżamowujemy się. Side Effects (2013) — thriller Soderbergha, strasznie szybko pędził, miał zakręty, dzięki temu jego oglądanie było ciekawe. Bardzo porządne kino, mimo drobnego naciągactwa. Zadowoleni.




Brak komentarzy: