wtorek, 2 marca
Niezła heca zrobiła się w związku z nową książką — dotyczącą Kapuścińskiego. Afera jest, wiadomo. Ale wielce potencjalne jest zdanie bodaj Stasiuka: "A jeżeli on to wszystko wymyślił?". Aż poprosiłem Pyszczku o kupno sobotniej wyborczej i rzeczpospolitej — tam jakieś felietony i inne.

Zaskakująco dobrze polski band (byliśmy w uchu ok. 20:40, więc załapaliśmy się na support, a nie musieliśmy czekać) — technicznie bez zarzutu, żywo, aczklowiek dość tradycyjnie. Zresztą to było mankamentem całego koncertu, że po pewnym czasie miało się wrażenie, że gitarzysta gra po raz kolejny tę samą solówkę. Dziadkowie na scenie żywiołowo (szczególnie basista), sprawni, odegrali stare i nowe numery dobrze, było solo na perkusji, dwa przeboje, nawiązanie do rocka psychodelicznego (chyba najsłabszy numer) oraz wiązanka starych przebojów. Zdążyliśmy na kolejkę przed północą.
To było na zasadzie miłego zaskoczenia, ale nie wstrząsającego przeżycia. Czy koncert Pavement może takim być? Być może ze względu na zaangażowanie emocjonalne — tak.
Fajnie było, że staliśmy przed samą sceną i wszystko widzieliśmy dokładnie (słyszeli też), basista gitara i brzmienie identyczne z naturalnym, gitarzysta miał jakiś wypasiony piec, zaś perkusista grał na (własnym) mapexie, co mnie zdziwiło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz