środa, 31 marca
Marzec figlarzec. Wymyślił kiedyś Marek Ołtarzewski — basista. A w tym marcu, to jak w garncu nie było raczej. Wtorek zupełnie taki rozluźniony, nawet czytałem książkę (Updike, Pary — ciężko mi idzie, czy rzeczywiście tyle wyrazów trzeba było użyć?) (ale będę twardy, choć komputer laptop mnie woła). Pliki, pliki, a wieczorem zmęczyliśmy ostatnią część trylogii. Dosłownie. Bo to i sikać się chciało, i to już takie ckliwo-rzygliwe, gdyby nie olifanty to niewiele byłoby do oglądania. Ale sceny "expanded" przynajmniej ładne.

A Jerzy se coś w rękę zrobił. Może nie tyle zrobił ile mu się zrobiło. Niefart jakiś.

***
Przy okazji, z serii przy robocie o sporcie:
Właśnie z ostatnich szoł są dwa foto, jedno kuriozalne (miejsce, okoliczności sprzętowe, liczba widzów), a drugie zabawne (ów chór Źdżbło, japy, i ten styl a la Wodecki na wieczorki dla emerytów).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz