wtorek, 6 września 2011

Stage Fright (1950)


piątek, 2 września
Poszliśmy z Marcinem popykać w kosza. Fajnie. Ja wygrywałem. Co rzuciłem, to wpadało. Potem zagraliśmy 2/2 z dużym i małym. Trzy razy oklep, ale było git. Trochę to trwało, ale nauczyłem się dzieciaka mijać w drugim kroku. Że tak się wyrażę, prawie jak crossover.
***
Brzuch architekta nie wyjaśnił nam nic, czego nie wiedzielibyśmy wcześniej. Jakkolwiek charakter przedstawionego pisma znakomity.

"Stage Fright" (1950), czyli Hitchcock w wersji komediowej. Przy niektórych scenach parskałem jak źrebak. Pan Smith ma słodkie usteczka. Marlena oszałamiająca. Scenografia w jednej scenie wspaniała (+ ten music).
***
— Musisz już iść spać ze względu na te wory.
— Te u góry, czy na dole?

sobota, 3 września
Ostra przejażdżka na Stogi. Aż się zmachałem. Koszulka surfowa sprawuje się znakomicie na rower. Przebudowują chodnik koło działek, więc część kierowców może być co najmniej zdziwiona tą jazdą pod prąd. Wszyscy żyją. A skoro tak, to swobodnym leszczem wybrałem się na Górki Zachodnie. A tam (na dojazdówce) wytrzęsło mi dupę. Potem czerwony szlak (yei!), tym razem jeszcze fajniejszy, bo każdy element baterii wydmowych opatrzono tablicą informacyjną. Ktoś popracował. Ja popracowałem nad łydkami ;)
O kąpieli nie było mowy. Mróz! Ulubiony schron, gdzie zawsze można znaleźć pornole. Potem już zrelaksowany udałem się w drogę powrotną. Postanowiłem się powtórnie zmierzyć z górą koło zbiorników. Mówiąc otwarcie, poszło mi lepiej niż za pierwszym razem. MechaGodzilla. Siła i wytrzymałość tkwią w umyśle. Mistrz Zę.
Obłędne przedpołudnie.


Brak komentarzy: