piątek, 16 września 2011

4 i pół (1005)


niedziela, 11 września
Że niby jakaś rocznica.
Zrobiłem przejazd w celu pożyczeniowym. Pysznie. Nabrałem ochoty na więcej. A że pogoda nam dopisywała nawet bardziej niż w zeszłym tygodniu - zatem Olszynka. Wszystko jeszcze bardziej cacy niż ostatnim razem (chociaż w pomyłką przy przejeździe kolejowym) (ale za to poznany drugi przejazd) (no i droga chyba wtedy krótsza). Aż się nie chciało wstawać z tej trawy. Gdyby nie plany, to leżakować, leżakować.
***
Plan był sprytny, a myśmy nie przeczytali esa na czas, a ciasto w piekarniku. Więc szybciutko, szybciutko rośnij, rośnij. Acha: kupiłem plecak piwa, a w domu się okazało, że nie ma proszku do pieczenia. Na szczęście były drożdże (acha, bo wino zlewamy właśnie) (i nastawiamy następne), więc pierwszy w skali światowej murzynek na drożdżach. Potem szczęk butelek, rękawica na drogę i idziemy z ciastem na wierzchu jak na święta blok dalej.
***
Wżarłem tyle przepysznych nafarszowanych genialnie naleśników, że żegnaj płaski brzuszku! Gra też znakomicie, aczkolwiek wygrywa ligretto — można do bólu ("no ale żeby od razu z pazurami!?!").
***
Wieczór na balkonie. W takim towarzystwie. Z alkoholami. Z upalną pogodą i chwilą burzy. Ależ vidoq the view!

poniedziałek, 12 września
No jak mam się za coś zabrać, to nawet jestem gotów mieszkanie posprzątać, żeby tego nie robić. No chyba, że miałbym posprzątać mieszkanie — wtedy to nie. Pisanie życiorysu i innych opisów przychodzi mi z trudem, klecenie słów na kartkach również. Ale widzę postęp.
***
Tragedia, zamknęli odwieczną zatokę na dolnej! To nie będzie już lodów sernikowych.

Brak komentarzy: