poniedziałek, 5 września 2011

550 (le post)


środa, 31 sierpnia
Ostatni dzień wakacji. Szał, dziki szał. No nie wiem skąd mi się to wzięło. Może z Japonii? Dobrze, że jedna sąsiadka przygłucha, a góry na razie pusto. The Von Bondies. Drive, drive. No i wziąłem się do "pracy" (po tym, jak się okazało, że pożyczyłem zbyt krótką linijkę do bigowania). Zarzuciłem parę tekstów do piosenek Endriusa. Endriu będzie zadowolony. Ja jestem zadowolony. Próbka mojego stylu:

"W kalendarzu
moich marzeń
tylko jedno
imię jest

(Andżelika)"
***
Pyszczku rozegrała znakomitą partię Caylusa (i to nie to, że się nie starałem) i nie miałem szans w tym wykonaniu. Jerzy byłby jeszcze bardziej zadowolony z tego posuwania. Pionków, moim drodzy, pionków.
***
I jaka oszczędność eurowa! Mistrzyni.

czwartek, 1 września
Szkoła!
Oprócz tego czekałem na chłopaków, jak nigdy na żadną dziewczynę. Tym razem krócej niż godzinę. Nie będziemy używać defila. Wszystko szło cacy. Wojt na gitarze bez zarzutu. Endriu nauczony i choć czasem pogubiony, to będzie z niego pociecha. Ćwiczyliśmy nawet ekstremalne warunki śmiechowe. No różnie może być. Teraz pora na perkusję. Dwa wokale idą sprawnie. Uff, udało się rozszyfrować "on days like these" na akustyka. To było niezwyczajne, bo numer nie jest w durach. No nie wiem jak dzień wyszarpać w przyszłym tygodniu. Andżelika zrobiła swoje, sun is grounded też. Po flaszce na drogę i jedziemy. Jestem ekscytująco perfekcyjnie skupiony na sobie. Szalony stan. Pracuję nad niespodzianką.

Brak komentarzy: