poniedziałek, 14 grudnia
Jestem dzisiaj w nastroju spanielowego pyska. To dziwne, bo wczoraj czułem się prawie rześko. Ale po kolei. Jak podejrzewałem, impreza w grand hotelu pod żyrandolami Goeringa była bardziej stypą. Jedzenie słabe — ale to wiadomo, impreza dla biedaków — i wcale nie za dużo. Wstydliwy był barszcz z torebek (bądź kartonów) winiary z "uszkami", jakie można nabyć w lidlu. Ale chyba szczytem było ciasto z jakiejś naprawdę kiepskiej cukierni. Kiedy nasz, ostatni, stolik zaczął się rozkręcać, i byliśmy na etapie "bardziej anarchistycznym niż lewicowym" z docinaniem Wojaczkowi, że był pozerem a nie alkholikiem trzeba było się zbierać — bo i transport był. Zanim znalazłem w domu okulary, które w chwilowym zapomnieniu położyłem w nieokreślonym miejscu "walka" Pudziana już się skończyła.
***
Rankiem może nie byłem specjalnie jak młody, ale spokojnie spędziłem jakieś 4 godziny z basem na kolanie. Robota fajna, kiedy włączyłem ścieżkę stopy, naprawdę poczułem, że to do siebie. Jak włączyłem głośniki, to poczułem się gorzej i pomyślałem, że wszyscy powinni słuchać moich nagrań na moich słuchawkach.
***
"Dorothy Mills" całkiem przyzwoitym filmem jest. Być może psychiatrzy siedzą i ryją w kułak, ale kto ich tam wie.

Zamiast 007 było "Kiss Kiss Bang Bang" i to był dobry wybór.

Po wtóre, zachodzę dzisiaj do dentysty, o którym to zdarzeniu udało mi się szczęśliwie przez weekend zapomnieć, i to też mi nie pomaga na nastrój.
***
Gary War — Horribles Parade. Boże co za bełkot. Jeżeli dodam, że recenzję lepiej się czyta niż słucha tej płyty — to jest dopiero zakręt. Dżizas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz