piątek, 5 października 2012

Odcinek z indeksem. A jakże: 2. (klasyka horroru)




2 października, wtorek

Po chleb raz i to był dobry pomysł.
Jedziemy wszyscy na 8 rąk, 3 skype'y i trochę papieru. Wypadło mi oko i palec od myszki, ale ponadto (help desk przy okazji) radzimy sobie doskonale. Tort cytrynowy pomaga.
 
Szkoła szkoła. I rozwiązywanie rebusów. W moim przypadku będzie to wyglądało tak, że będę przystawał, a potem się zastanawiał, jak rozwiązać to skrzyżowanie. Takie zagadki. Ale zabawa była. No i wcześniej puścili z lekcji. Ucieszony jak dziecko.
 
Na chacie dramaty małe i duże (grzyb, wędlina, mięso, zupa), wesoło i niewesoło jednocześnie, jakoś se trzeba z tym radzić. To ja se zrobiłem logosy na okładce, żeby już finalizować ten finał. Kolorki wyszły mi bardzo ładnie — ciekawe co na to Karol. W ogóle szykuje się akcja (uprzedzając: miały być chórki, ale jednak nie będzie). Ponadto trzeba było/będzie porobić różne rzeczy i nie czekać do lutego.

Ale to wszystko było dnia następnego przecież.
Zatrzymajmy się zatem na krowie (która okazała się nieco wtórna, ale co tam), logosach i konieczności udania się na spoczynek.
Skrzyżowanka skrzyżowanka.

==============================
3 października, środa

Odcinek z przymrozkiem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w wyniku zmiany planów zmieniliśmy zakres działań.

Budzę się 3 min przed dzwonkiem. Myślę — super, jeszcze godzina snu. No ale to nie ta godzina.
 
To była chyba ostatnia chwila na marynarkę jesienną. I lekkie buty. I nagle się okazało, że już jest ziiiimno.
 
Ale zabawa była dzisiaj przednia. Prawie jak rozwiązywanie zagadek ze skrzyżowaniami. (ach, teraz sobie przypomniałem: tak się robi programy na konferencje, nie jabłka).
 
Zatem w wyniku tego, że Przemek (ten od hamburgerów) tym razem znowu wyskoczył na pizzę, a ja miałem telefon (to o czym zacząłem uprzednio), to miałem zadania do wykonania. W ich wyniku, na resztce paliwa (martwica twarzy) przejechałem pół Gdańska, ponieważ miałem pusty przebieg, nabrałem skarbów na przyszłość (wciąż leżą tam niepoukładane), pieczoną karkówkę (pyszna!), okropnie trudną książkę i hajda (nie Hajduk).
 
Zrobiłem co do mnie należało, potem już, szczęśliwie, nastąpił wieczorny relaks, po czym bez zbędnej zwłoki bardzo dobrze udaliśmy się do snu.
Co za czasy! I to jeszcze tak dwa tygodnie?

ps. to 750
(hah, więc to o to chodziło!)


Brak komentarzy: