środa, 29 lutego 2012

Czechoslovakia — Made in (2012)


Już jutro premiera.
1 marca 2012 w Kafe Delfin w Gdańsku, godz. 20, wstęp wolny.
Będą goście.
Bedzie można kupić płytę.
I koszulki.

http://bajkonur-rec.blogspot.com/2012/02/zamawiac-koszulki.html

I koszulkę z Grzegorzem Turnauem.



(kurde, chyba biceps mi urósł. bo 60 robię?)

***

Specjalnie dla Ciebie:

Przemeeeek, będę tęskniiiiił!

wtorek, 28 lutego 2012

Johann Vreen vs





Tegoć tom ja akurat nie chciał. Ale tamtego nieodpowiedniego wieczora ujawnił się mój pseudonim artystyczny.

Mecz już się zaczął. Zawodnicy przygotowywali się do walki, jedni biegali z prawa na lewo, inni wręcz przeciwnie, ale wszyscy mieli pełną świadomość swoich poczynań. Albo przynajmniej tak wyglądali. Ja w każdym razie nie rozumiałem nic. I gdy już przełknąłem gorzkie łzy wstydu i sromotnej porażki, kiedy resztę wieczora chciałem spędzić w swojej samotni, obserwując w telewizorze marki Toshiba biegających z prawa na lewo piłkarzy — ten odmówił posłuszeństwa i pomieszały mu się wszystkie 32 (słownie: trzydzieści dwa) kanały, tak że już nic do cholery nie można było obejrzeć i pogrążyłem się w bezdennej rozpaczy. A mogło być tak przyjemnie! Ten wieczór nie rozpoczął się dobrze. Wszystko przez ten wstyd i tę sromotę, ludzką głupotę i nieodpowiedzialność. Bo czyż można liczyć na ludzką wyrozumiałość!?

Gdyby nie zwierzęca złośliwość Henryka S., ten dzień z pewnością mógłbym zaliczyć do udanych, bo czyż nie można nazwać sukcesem faktu, że po raz pierwszy w życiu udało mi się pocałować Juliannę Grey i to w obecności jej własnej matki? Co prawda trochę się szarpała i nie wiem czemu nie sprawiało jej to przyjemności (przynajmniej nie taką jak mnie), a matka stała za rogiem, więc nie miała kategorycznie żadnej szansy, żeby nas dojrzeć, ale fakt jest faktem, i co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Niestety, dalsze wypadki nie toczyły się tak, jakbym sobie tego życzył. Julianna Grey, pomimo że zdobyłem się na taki akt odwagi, przez resztę wieczoru nie spojrzała na mnie ani razu, ani też nie odezwała się słowem, mimo że kilkakrotnie ją nagabywałem i podawałem najlepsze kąski z całej długości stołu. Te oczywiście zjadała, dobre było i to, w ten sposób utwierdzałem w niej pewność, że zawsze, w każdej sytuacji, może na mnie liczyć. To podnoszące na duchu przeświadczenie rychło uległo zahamowaniu w wyniku bestialskiej napaści Henryka S. na mnie samego.

Henryk S. często napadał na swoich gości, często robił to, gdy nikogo nie było w pobliżu i często byli to osobnicy płci męskiej. Kobiet zazwyczaj nie atakował, może brakowało mu odwagi, miewał z nimi jedynie potyczki słowne, jak żesz więc żem się zdziwił, kiedy Henryk S. zaatakował mnie słownie. W dodatku bestialsko. Czyżbym w jego oczach był kobietą? Cóż za niedorzeczny pomysł! Kto, jak kto, ale...

Wyglądało to w ten sposób: Henryk S. zwężał swoje lekko skośne oczy i nachylając się ku środkowi stołu, puszczał w przestrzeń zjadliwe pytanie:

— Johnie W., słyszałem, że po skończeniu studiów zamierzasz zostać noblistą? — jego wąskie usta rozszerzały się w pełnym uśmiechu, tak że odnosiło się wrażenie, że zaraz pękną, a spomiędzy nich wysypie się rząd drobnego, lekko beżowego uzębienia. W tym jednym momencie nie wyglądał uroczo, po za tym zazwyczaj prezentował się bardzo okazale, ogorzała twarz, ciemna karnacja skóry, model zazwyczaj nazywany przystojnym brunetem, potrafiący jednym uśmiechem oczarować każdą kobietę, a na pewno Juliannę Grey. Z tego też powodu nie lubiłem go, choć miałbym dziesięć innych powodów, żeby go lubić. Lecz niestety (czy też może z pożytkiem dla nas) nie dana nam była głębsza przyjaźń, a czasami mocno tego żałowałem.

Gdy tylko umilkło ostatnie słowo Henryka S., rozległy się lekko kpiące uśmieszki, a ja sam znalazłem się w czarnej głębokiej studni, z której nie było wyjścia, a nawet nie mogłem zawołać nikogo do pomocy, gdyż wokół rozciągała się pustka, a wszystkie sępy czekały, aż spadnę na łeb na szyję i rozbiję się u podnóża ogromnej skały. Nie rozbiłem się. Nie wiem jak to się stało, ale nie rozbiłem się, a sępy nie pożarły mego ścierwa, a wątrobę nadal miałem na swoim miejscu.




JOHANN VREEN, Majerle (DZIEŁA ZEBRANE, 1998)



ps.1. no znowu? bez sęsu.
(Conrad Wise Chapman, Ice Skating at Twilight; ztond: http://www.1st-art-gallery.com/Conrad-Wise-Chapman/Ice-Skating-At-Twilight.html)
***
ps.2.
— mamo, mamo, lód!, uwielbiam lód! czy ty też uwielbiasz lód?
— taa, w drinku




poniedziałek, 27 lutego 2012

Dragon the Smok — odc. 7: Regularna jatka


























ps. urlop mistrzowski. szlafroczek, papucie, w lewej ręce browar, w prawej..., prawa trochę się nadwerężyła. grunt to mieć dobry plan. składający się w większości z przerw.
7:15 pobudka
7:30 pluskanie
7:45 ti-time
8:00
8:45 telefą
9:00 śniadanie
9:30
11:30 przerwa
12:00 branch
12:15
14:15 przerwa
14:30
16:30 obiad
18:00
20:00 relaks
21:00 der film
23-24 zakończenie.
urodzona pani domu. ba, i okna umyłem. okazało się, że widać przez nie świat. a podobno gdzieś tam jest nawet życie.

poniedziałek, 20 lutego 2012

taki koleś



ps.1. i co wtedy zrobiłem? strzeliłem sobie foto.
dowodzi to chyba mojej niezniszczalności raczej
ps.2. Pomelo Taxi. No ba!
ps.3. przerwa the break

piątek, 17 lutego 2012

Jeden dzień z życia Dyrektora przedsiębiorstwa



Czy może być coś bardziej pożądanego od własnego gabinetu do pracy? Nie może. Nie ma innego miejsca nad ten azyl bezpieczeństwa, chroniący błogi uśmiech Dyrektora przed wzrokiem bezwstydnych i złośliwych podszeptów niewiernych pracowników. Błogi uśmiech Dyrektora jest wynikiem umiarkowanej kontemplacji kształtów pani Krysi, wnoszącej kawę do hebanowego królestwa. Niewierni czernią nieskalaną reputację Dyrektora, sądząc, że pani Krysia wnosi do gabinetu nie tylko kawę. Lecz wbrew włochatym umysłom niewiernych, wzute w papucie całkiem zgrabne nogi bezszelestnie przemierzają cytrynową powierzchnię dywanu z wielbłądziej wełny, zostawiając jedynie brzęk stawianej filiżanki na marmurkowym blacie oraz ślad łagodnie brzmiącego altu po sakramentalnym:

— Tak jest, panie Dyrektorze.

Dyrektor wydawszy rutynowe polecenia, lewą ręką sięga do dolnej szuflady biurka lekko pochylając tułów w bok. Energicznie wyjmuje materiały do pracy, pamiętając wciąż o nienagannie wyprostowanym kręgosłupie (mimo 37-stopniowego pochyłu w lewo). Świadomość własnych poczynań jest przyczynkiem do sukcesów jego przedsiębiorstwa a wrodzona bystrość umysłu pomaga Dyrektorowi w utrzymaniu wysokiego poziomu. Poprzez odsłonięte żaluzje koloru ciemnego beżu, złote promyki wiosennego słońca rozbiegają się orzeźwiającymi refleksami po zawiłych usłojeniach boazerii, którą wyłożony jest również sufit, odbijają się od przyjemnej chropowatości stołu, by utonąć w gęstym poszyciu oryginalnego persa.

Teczka z dokumentami idealnie wypośrodkowana czeka, aż nadejdzie moment rozłożenia jej zawartości, spoczywa lekko przylegając do milimetrowych pagórków powierzchni, nieporuszona tak jak filiżanka, w której mocy nie leży samowolne uronienie ani jednej kropli nawet w czasie trzęsienia ziemi dochodzącego do 4 stopni Richtera. Jest wielce prawdopodobne, że silnej woli naczynia nie zmogłoby nawet 5 czy 6 stopni, o ile wytrzymałby cały budynek.

Wszystkie ściany drżą w niepewności w oczekiwaniu na TEN moment, który zainicjuje codzienny wysiłek Dyrektora. Cichy bohater zerka lękliwie w stronę drzwi (jest to jedyna chwila słabości w życiu tego herosa), złote okucie błyskiem zapewnia dyskrecję i sympatię dla chłopięcych palców Dyrektora, który powolutku otwiera magiczną szufladkę znajdującą się na wysokości mostka Dyrektora i jegoż spinki ze skromnym brylancikiem. Potem z namaszczeniem wyjmuje ze środka bordowego misia z oberwanym uszkiem i stawia go przed sobą opierając o dyrektorską lampkę. Klimatyzacja zafurczała z uwielbieniem, krzesło skrzypnęło z emocji: dzień już mógł się zacząć.

Praca biurowa wre. Doskonała komitywa przedmiotów Dyrektora zlewa się z jego przymiotami. Z rzadka gabinet nawiedza pani Krysia co rusz osładzając egzystencję bohatera. Wtedy to silne nogi biurka jęczą z zachwytu, zaś aromat świeżej kawy z dodatkiem rewelacyjnej 30% kremówki syci nozdrza wszędobylskiego dywanu. Nadmierne falowanie dźwiękochłonnych szyb może budzić podejrzenia niewiernych, ale rozgrzane cząsteczki powietrza wchłaniają każde niezdrowe podniecenie. 0, gdybyż tylko ich proste umysły były w stanie pojąć ten porządek wszech rzeczy, metafizyczne delirium atmosfery, kosmiczną kreatywność żywych barw.

Szczęśliwe godziny mijają niepostrzeżenie. Gdy nadchodzi jesień dnia, papucie przebywają szerokość nieba i ciemnym beżem zamykają okno świata (notabene z okna gabinetu widać niewiele, płaskie dachy pomniejszych wieżowców, rzeki jeziora i lądy, ratusz staromiejski z XVI wieku, balon pokoju, trzy szyby naftowe i nadlatującą rakietę produkcji ukraińskiej z ładunkiem helu, który za chwilę odmieni okoliczny krajobraz). Rajski zakątek pogrąża się w półcieniach i słodkich toniach wnętrza. Szlachetna rywalizacja biurka z klasycznym krzesłem dobiega końca. Zgrabne nogi wymijają się z owłosionymi, końcowy zamek szczęka dwukrotnie, co znowuż jest niepokojące dla rzeszy niewiernych, ale ponieważ one już wylewają się z budynku do innego świata, przestaje to zaprzątać ich niemrawe intelekta.

Dyrektor już pożegnał swój przybytek a świątynia, którą właśnie opuścił Bóg cierpi w milczeniu jak Oblubienica, która zastała Oblubieńca w wulgarnym uścisku z ladacznicą. Ale czymże byłoby życie, gdyby nie poczucie braku sensu istnienia? Czczą igraszką jedynie i bezpłodnym rzucaniem ziaren na drogę.

Wieczna nadzieja zbawienia w nagłej awarii urządzeń elektronicznych, które połączą węzłem małżeńskim Dyrektora z własnym gabinetem. W dobie kryzysów energetycznych i bliskiego wyczerpania zasobów Ziemi, koniec świata i trawiona miłość 24m kwadratowych do człowieka niechybnie dążą do spełnienia.

Prostujcie ścieżki, Dyrektor nadchodzi.

Johann 6,31 Vreen. Anno Domini I.IV.98. Prima Aprilis Adventures.




JOHANN VREEN, Majerle (DZIEŁA ZEBRANE, 1998)



ps.1. chaise longue. każdy kiedyś wraca do Normy. w końcu nie można ciągle ignorować regularnych dostaw słodyczy
ps.2. a ty ile zjadłeś wczoraj pączków?
ps.3. piątek przecież: 14/44, 7 zb., 11 as., 6 strat, 2 przechwyty i 2 przechytrzenia — jakkolwiek źle to wygląda na papierze — to był dobry mecz. ja to jednak jestem niepoprawnym optymistą

środa, 15 lutego 2012

Przygody Rolanda y Cheer



Z cyklu bajek samograjek:

Młody panicz Roland z dworu Cheer wyruszył w celu poszukiwawczym.

Cel poszukiwawczy przyszedł mu do głowy, kiedy siedząc w fotelu jadł donaty pani matki.

Wtedy zjadłszy ostatniego paczusia, wsiadł na swego kucyka, którego dostał na trzydzieste dziewiąte urodziny od wielmożnej ciotuni.

Gdy jechał polną drogą padał, no czasami tylko siąpił deszczyk wiosenny. Chłopi radośnie pracowali w polu. Wójt najechał swoim wielociągiem na nogę młodej chłopki. Zostawiwszy jedną nogę w rowie, pojechali pobaraszkować do stodoły wójta.

Młody panicz Roland zdegustowanym błękitnym okiem spojrzał na resztę towarzystwa, acz przyznał, ze można zatrzymać się na znacznych połaciach ziemi prezentowanych przez niektóre dziewczęta. Lecz jego staranne wychowanie nie pozwoliło na odkrywanie celów poszukiwawczych z osobami niższego pochodzenia, bo przecież siedział na kucyku.

Wreszcie postanowił rozbić się nad pięknym modrym jeziorem, gdzie tajemnicze ptactwo, które widział po raz pierwszy w swym krótkim życiu...

Ptactwo to fruwaczkowało. W rożnych kombinacjach. Rozłożył swój barłóg pod drzewem a na kolację posilił się jabłkami z jabłoni. Jabłoń ta miała właściwości psycholecznicze i panicz Roland miał w nocy piękne, pogodne sny.

Przyszła do niego pani matka i włożyła mu papucie na stopy w złote pompony. Kiedy pochylała się nad nim, przelatywał na ognistych koniach oddział czarnych rycerzy niechcący obcinając jej głowę. Ze strumieni tryskającej krwi wyrosły kolorowe kwiaty. Młode dziewczęta, które wyszły z mgły, zrywały je, wkładały do ust i jadły. Później nagie tańczyły dookoła panicza Rolanda, siadały na nim a później znikały. Kiedy panicz Roland się rano, nie mógł odkleić derki od ciała, lecz jego samopoczucie było wyśmienicie doskonale. Wykąpał się w błękitnym jeziorze, przy okazji dostał wrzodów na plecach. Musiał udać się do znachora, aby ten chirurgicznie usunął mu wypustki rozpalonym żelazem.

Potem dalej wyruszył na swoim jędrnym kucyku. Zahaczył o wielkie miasto, gdzie wieszano piękną nieznajomą. Kiedy więzy strzaskały jej kręgosłup, śliczny różowy języczek wychynął jej spomiędzy warg. Przypadkowo ktoś wylał Rolandowi pomyje na głowę, ale wylizał je brązowy seter irlandzki.

Ponieważ Rolandowi w głowę dano, zabrano mu kucyka, którego przerobiono na pirackie kabanosy i zostawiono konającego pod murem, ale to nie jest istotne dla opowieści. Gruba córka piekarza nakarmiła Rolanda czerstwymi bulkami i wyprawiła w dalszą wędrówkę z listem uwierzytelniającym. Panicz Roland schodził nogi aż do śmierci, walczył ze smokami, potworami i pająkami. Cel poszukiwawczy znalazł w trzecim mieście od końca wędrówki. Miał go cały czas w spodniach i czasami mu przeszkadzał, aczkolwiek przez większą część czasu leżał bezużyteczny.

No cóż, szkoda. Żyli długo i szczęśliwie.


JOHANN VREEN, Majerle (DZIEŁA ZEBRANE, 1998)



ps. człowiek się lekko wyciucha, nasroży grzywkę i dowiaduje się, jakie jest ulubione miejsce na randki; z drugiej strony wraz z muzycznym partnerem wyglądamy jak PARTNERZY => jest bezpiecznie; ja stawiam na (nie)moją opcję: ONI mówią do mnie
przepis (pięciu smaków) na udany występ: być tylko w plecaku, dobrze się najeść, dobrego się napić, wrócić wcześnie do domu
a kulig pięknie sunie. i tego będę się trzymał