czwartek, 20 marca 2008

wtorek

Ale niesamowita zima się zrobiła. Nawet foty trzaskałem w drodze do pracy. Ulice kompletnie zakorkowane. Byliśmy jedyni w pracy. Wydrukowałem sobie "Powstanie 44" Davisa. A co tam. Nikogo prócz nas nie było w zasięgu wzroku.

Dziwna sytuacja na łonie robotniczym. Teoretycznie prawie nie mam co robić, ale nie mam się do kogo zwrócić o robotę, bo nikogo nie ma. Czary. (a punkty lecą) (walić punkty, ciśnienie skoczyło pod drukowanie, zima jest fantastyczna, napadało mnóstwo śniegu, którego zaraz nie będzie). Będzie totalna chlupa.


Boston Celtics zakończyli serię 22 zwycięstw Houston Rockets. To druga najdłuższa taka seria w historii — po Lakers z Jabbarem. W ogóle ten sezon jest niesamowity. Doprawdy. Ale za długo by o tym pisać. Ledwo nadążam kopiować notki do pliku notatnika. Sezonu 2006-2007 jeszcze nie doczytałem.

Aż się nabuzowałem energią z samego rana w wyniku tych pogodowych zawirowań i nieobecnością pracy w pracy. Prawie 9, niewiele osób pojawiło się w robocie.




Wieczór bez zmian. Zapisaliśmy się do przychodni na naszej Oruni Południe. Od razu na wizytę u lekarza na czwartek na 17. Serial "Czterej pancerni i pies" nie mieli na mnie żadnego sentymentalnego wpływu w porównaniu z Hansem. To jednak słaby film był. Kto wie, czy tylko Marusia nie była ładna, a najlepszą rolę miał Szarik.

Później czasu raczej nie marnowałem, zrobiłem "Walijski topór" miks i poważnie napocząłem "Bu tu bu". Mam nadzieję, że w końcu zbliżam się do sfinalizowania tej kwestii. Ostatnio coraz bardziej pociągają mnie miksy "miasto destroy columbus duo" (vel. "columbus made by miasto 1000").

środa, 19 marca 2008

poniedziałek

pada pada śnieg

Zamiast "marzec figlarzec" jest "kwiecień plecień" — moja opcja o przesunięciu miesięcznym działa.

Ale pada mocno i zupełnie bezcelowo — zaraz topnieje.

W poniedziałek wieczorem nawet nie zmarnowałem czasu — mimo braku prądu przez 30 min. Świeczka ładnie się paliła.
Zrzuciłem odpowiednie pliki perkusyjne z tych 4 numerów KA. Znalazłem też mp3 "shake Y body" w wersji GERARDa. Jest całkiem rozrywkowa, więc warto by choć trochę tej energii dać do numeru. Szkoda, że na blog nie mogę wrzucać mp3. Może link — ale gdzie to zarzucić?

Nawet przepisałem czytankę o św. Walentym w ramach ćwiczeń z hiszpana. O.
Wypisywanie książeczek i kart pokładowych na nową stację lekarską na Oruni. A bardzo późnym wieczorem sentymentalna podróż ze starymi numerami KA nagranymi na próbie, które nigdy nie stały się piosenkami. Strasznie mi weszły w pamięć, wydają mi się kapitalne, choć w większości tylko instrumentalne.

To chyba "Straszny film 4".

wtorek, 18 marca 2008

mosiężny weekend

Niby intensywny weekend, niby nagrywanie perki kevinów, a jednak jakiś dół.

Może jednak za mało czasu na wypoczynek. Nawet rodzą się jakieś dziwne fobie, że Johny nie da rady zagrać tej "idealnej" perkusji do numeru "kevin arnold" i w kosekwencji go nie nagramy. Bez SĘSU. No i klasyczne napady paniki związane z przewijającym się wątkiem śmierci. Fizycznej, rzecz jasna, a co za tym idzie — kompletna pustka, niemożność wyobrażenia sobie siebie bez siebie. Uff, czy ktoś zna jakieś pozareligijne wyjście z tej sytuacji?

A przecież recenzja w "Lampie", a przecież 2 dobre filmy, wino pracuje.

Piątek normalnie. Mamy dwie nowe. Jedna umie aż za dobrze hiszpana. Druga — koleżanka Patryka nic nie mówiła, była jedynie na lekcji "pokazowej". Test na 91%, więc ok.

Sobota poranna bez zmian. Na 12 do miasta. Poszliśmy z matulą do kawiarenki internetowej. Wysłała swojego pierwszego e-maila w życiu. Wytrzymała 30 min w pomieszczeniu. Potem do empiku po "Lampę" z recenzją "odessie". He he, biorąc po uwagę, że pierwsze już mam za sobą, ta nie wzbudziła moich specjalnych emocji. No chyba więcej nie da się wycisnąć. Efekt zaskoczenia już minął, i nawet mnie teraz niełatwo zaskoczyć. Nooo, ale ja wydałem na płytę 400 zł. Matula powiedziała, że strasznie smutna jest ta płyta.

A co mają powiedzieć tacy Charlatans, których jakiś Polaczek wali po pysku tu:
http://screenagers.pl/index.php?service=albums&action=show&id=1422&PHPSESSID=a6babdee438abcedab6bb9bdb942944f

W domu robótka leczo z cukinii + przegniecenie jabłek z wina. Strasznie rześmy się spracowali. Skończyliśmy przed 18. Z tego wszystkiego do snu obejrzeliśmy sobie "Świat to za mało" w tvp 1 (powtórki, powtórki).

Niedziela, poranne wstawanie, zajeżdża Johny, zajeżdżamy po Endriusa, ciut zaspał, godzine zajęło nam rozkładanie się. Jurek nie zapomniał o aparacie, pstryknął kilka fotek. Pierwszy dzień nagrywania był 27 stycznia. Drugi 18 marca 2008. Tym razem było wesoło. Może od tego incydentu, kiedy jurek "mościł" się na siedzeniu. Pojechaliśmy ze "strokes-mokes", właściwie bezproblemowo. Na dwa tempa. Był jeszcze "batigol", na 3 tempa, dwie wersje: mocna i psychodeliczna. Potem "piosenka ss" - właściwie za pierwszym podejściem, przejście na motyw manchesterski wyszło. Na końcu "funk zappa", każda z części osobno. Potem Endriu wymiekł, bo chory był. Ale i tak była już 15, więc najwyższy czas na koniec. Zostały jeszcze 2 numery. Reszta dnia już na wykończeniu — jakoś to mnie w całości zmęczyło. Choć filmoteka była ok.
Film "Basen" — całkiem intrygujący, choć momentami aż za wolno płynęło to letnie powietrze. Przyjemna, zaskakująca końcówka.

"Out of time" z Węzłem Waszygtonem to niezła rozrywka (trzymająca kurczowo za poręcz fotela), choć nagromadzenie nieprawdopodobieństw momentami osiąga stężenie absurdu. Końcówka sztampowa, ale dowcipy/zabawne teksty podratowują całość filmu.

W poniedziałek taki pracuś, że nawet nie miałem czasu opisać weekendu, ho ho. Nie wiem, co to za Sandy.

piątek, 14 marca 2008

Środa bez szaleństw

Zmarnowałem godzinę na bawienie się z plikami. Drugą na odcinek Klossa "Oblężenie". Ten rozwija się standardowo wg komiksu. Zresztą chyba niedawno go oglądałem.
Nie było próby, to zrobiłem sangrię. Wyszła taka pyszna, że pod znakiem zapytania stanęła konieczność kilkudniowego jej "odstania".
Notki zresztą krótkie, bo pisane w pracy. Te pisane w domu dłuższe, ale też ogólnikowe. Zresztą, to zajmuje ciut czasu. Ale uznajmy, że jest to li i jedynie notatnik dla rejestracji zdarzeń. Myśli nie uświadczysz nawet w normalnym życiu.

Przeczytałem komentarze internautów do "Right at your door" — zdaje się, że co poniektórzy nie myślą, gdyż umykają im szczegóły scenariusza pokazane jak na dłoni. Z kolei mój ogląd na "Science on sleep" jest bardzo powierzchowny i tylko tyczy się wizualnej strony przedsięwzięcia. Nie wnikając oczywiście w tkankę surowców "ludzkich" (bo to napisał scenarzysta przecie...), to jestem negatywnie nastawiony dla wszelkich "pomyleńców" i osobników mających problemy z własną osobowością (sam takie mam, ale się nie przyznaję, ha), więc nie zyskają oni mojego współczucia nawet na niwie filmu.


Słucham trip-hopowej Emiliany Torrini. "Love In The Time Of Science" (1999). Rewelacja.

Co prawda "Crouçie d'Ou La" (1995) to taki zbiór standardów, zdecydowanie słabszy album. Na "Fisherman's Woman" (2005) wzniosła się na nieboskłon.


Ale ta wersja trip-hopowa jest bardzo ok. Co ciekawe, jest nawet na polskiej wikipedii, więc osiągnęła status "znajomości" w Polsce.
Jak patrzę na sprzęt, na którym była nagrywana ta wyciszona, akustyczna płyta, to myślę oczywiście — z czym my do ludzi.
Nie jest specjalnie urodziwa.
Jeszcze numer "Zero BC" Free zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Trudno w to uwierzyć, ale dla mnie to klimat później pociągnięty w romantycznych rozważaniach Deftones.
Ostatnio w robocie jestem trochę spowolniony. Teraz piję kawę. Robię to powoli. Czasem robota nie może czekać. Teraz na chwilę, 5 minut, może.Heeee, ledwo moje wargi zdążyły zapoznać się z wilgocią płynu, a już wolny time się skończył.
Tak to jest — ciągle na walizach.
Czwartek bez szaleństw też.
Z żalem znalazłem info, że jednak wersja "kinowa" "Stawki większej niż życie" jest krótsza o 6 odcinków - więc jeszcze wiele przede mną. Odcinek "Akcja liść dębu" ok. I tyle było z moich zajęć wieczornych.
Zimna sangria nie smakowała już tak dobrze jak ciepła, ze świeżo wyciśniętymi owocami. W zeszłym tygodniu kupiłem sobie w ciucholandzie ( tak, tak) prawie genialną książkę, zatytułowaną rok 1994. Jednym słowem, jest to ilustrowana kronika wydarzeń polityczno-kulturalno-sportowych 1994. Do genialności brakuje jej tylko tyle, że jest po jakimś szwedzku. A poza tym kapitalne kompendium historii o roku 1994.
Taka piosenkarka polska teraz podobno jest nowa: Sara May.


upojny wtorek

We wtorek zawitałem do Endriusa. Zaśpiewałem dwa teksty, jeden do "jazzowego" zamiast tekstu o "Alfabetycznej Afryce" Abisha. Drugi do "etno/folk" — pojechany, w rytmie psalmowym i tonacji C, roboczy tytuł "Mam ojca w C". Mieliśmy sporo zabawy, zwłaszcza, że efekty w pogłosach dobrze się zerejestrowały.

Potem zabawiliśmy się automatem perkusyjnym i brzmieniem "miotełkowym". Na dwie ręce zagraliśmy perkę "na żywo". Endrius uruchomił kontrabas i po chwili prób ułozyliśmy "jazzowy temat", potem już poszło z górki. Improwizacje kontrabasu i gitary akustycznej łatwo, piano też bardzo jazzowe wyszło. Klasyczny jazzowy numer, zakończony powtórzeniem tematu. Zabawa była niewąska.

Ciężko było z netu ściągnąć najnowszą płytę Black Keys "Attack And Release" - prawie dobrze ją ochronili. Ale rewelacja to jednak jest. Mocno popracowali i aranżacje są genialne. Fantastyczny album. I wszystko przy takim garażowym, naturalizowanym brzmieniu!

Noo, upojne dni.

czwartek, 13 marca 2008

Czołem rzołnieże!

W poniedziałek był czad warzywno-owocowo-fryzjerski.W lidlu obniżka owoców i warzyw, więc poszliśmy na całość. Fajnie.

Potem wskoczyłem do fryzjera i poprosiłem na 0,5. Elegancko. Prawie łysa pała stymulująco na mnie podziałała. Zmiksowałem kolumnowo "modesta" z "vis-a-vis". Kompletnie zaskoczyłem Renię fryzurą. Muszę sobie przygotować foty odpowiednie. Ah, energia mię spięła fantastycznie tego wieczora. Napisałem dwa absurdalne teksty do JZTZ.

No, a taka Jenna Jameson, klasyczna nimfo-sluciara jest w moim wieku. Teraz właściwie juz zakończyła karierę. No, ale zaczynała jako nastolatka. Ludzie to jednak szybko dojrzewają. Ja to dopiero się dobieram do siebie.

środa, 12 marca 2008

sobota i niedziela

Dobra, dobra, nieważne. Nawet przeczytałem felieton Pilcha w "Dzienniku", bo był o dziennikach Parnickiego. Nie czytałem żadnej książki Pilcha. Z kolei Parnicki jest tylko dla pasjonatów. Jego twórczość nawet nie stała się poważnym tematem studiów literaturoznawczych.
Ot, jedna praca Czermińskiej i "Tylko Beatrycze" w serii "Biblioteki Narodowej". Czytam jedną książkę Parnickiego na rok w ramach ćwiczeń umysłu. Jest to wybitne i zakręcone, ale ani we fragmencie nie ma styku geniuszu z popularnością, vide Eco, Marquez. Ot dziwoląg. Jedyny taki na świecie.


Wiesław Gołas jako żołnierz niemiecki w filmie "Jak być kochaną (1962) - niezła rola. Ładnie mówi. Nurtuje mnie kwestia, dlaczego oni mówili, ci dawni Polacy "l" zamiast "ł". Na przykład "kolysal się".

Pizza w telepizzy. Dobra była jednak. To mój drugi raz. Mocno nas ten dzień wymęczył jednak. Powrót do domu po 18.
A wracając do lekkiej atletyki. Kiedyś Marek Głowienka i Sławek Bańkowski potrzebowali dwójkę do sztafety na jakiś zawodach. Razem z Radkiem Klimczykiem po raz pierwszy biegliśmy w prawdziwych kolcach po prawdziwym tartanie. Kiepsko poszło. Chociaż odnosiłem wrażenie, że nogi odbijają się od takiej nawierzchni, człowiek bardziej leci w górę niż do przodu. W sumie podoba mi się, ze bez zbędnego wysiłku i żadnych sukcesów sportowych mam chudą sylwetkę, dobry oddech jak umyję zęby i spokojnie dobiegam do autobusu. Łatwizna.
Trochę staroci. Na tapecie FREE, Songs of Yesterday, pięciodyskowy box z rarytasami i niewydanymi nagraniami. Nie ma to co prawda zwięzłości i hiciarskości "All right now", ale pokazuje, że bluesmani byli z nich nie od parady, a perkusista grał o wiele bardzie rozbudowane rzeczy. Momentami zabierają się za struktury bliskie CREAM. W sumie dobrze się tego słucha.

W NIEDZIERLĘ właściwie nic. Napisałem ten tekst na konkurs wyborczej. Wieczorem filmoteka.
Right at your door, Science of sleep.


Oba całkiem zakręcone i ogólnie niezłe. Ten z Bernalem może zbyt "psychiczny" (choć miał szalenie zabawne teksty), i te animacje mnie nie przekonywały - ja, k...., oglądałem takie w dzieciństwie w bajkach (właśnie radzieckich), więc woda z folii ani szmaciane laleczki mnie nie jarały.


O.



wtorek, 11 marca 2008

piątek i sobota

No i zanim przejdę do wydarzeń dnia.Teraz patrzę na lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Walencji. Prawdą jest, że królowa sportu została zdetronizowana. Monika Pyrek 4,70, nie przekroczyła 4,75. Lekkaatletyka nie jest medialna, a herosi, jak caryca tyczki czy Stefan Holm to nie bokserzy czy tenisiści.

Kuszczak sprokurował karnego, dostał czerwoną kartkę i ManU przegrał w półfinale pucharu. Ale sytuacja nie wyglądała tak na dramatycznie dla Polaka klarowną. Karny wyglądał na wyciągnięty z pół kapelusza. Po prostu Milan Baros trafił go kolanem w głowę i się przewrócił. Ot, zdarza się; taka drużyna jak ManU powinna po prostu strzelić 3 bramki. Ale fakt, że Borucowi zdarzają się takie wpadki tylko na zadupiu, zaś Kuszczak jak już zagra, to coś mu się przytrafi — niech lepiej nie gra jako pierwszy bramkarz reprezentacji.


Legia przegrała z Zagłębiem Sosnowiec (!), ale bardziej na wyobraźnię działa wynik meczu Arki. Na chwilę przed końcem wynik brzmiał 1-2. Myślę sobie: cieniasy, przegrać u siebie. Później patrzę, skończyło się 3-2. Myślę - przekręt. Opis meczu długo nie pojawiał się na telegazecie. W końcu patrzę, piewrszy karny w 91 minucie, drugi w 94 minucie meczu + czerwona kartka dla przeciwników. I jak tutaj nie węszyć podstępu? Zobaczymy poniedziałkowe gazety.
Skoczkowie w dal mają fajnie odciśnięte przyrodzenia. No a Murzyni mają najlepiej umięśnione tyłki.
Komentatorem jest Chmara. Imienia nie pomnę. Sebastian. Pamietam, że miałem łzy w oczach, kiedy zdobywał złoty medal w 10-boju. Oj, kiedy to było. Wikipedia?
Piatek zakończył się tradycyjnie i bez nerwów. Lekcje będą. Rozmowa o św. Walentym kulała, test był trudny, ale nie przejmując się ściągaliśmy i rozwiązywaliśmy wspólnie. Pilsner Urguel - rozlewany w Polsce - NIESTETY - czuć, że żeniony. Ale jeszcze bardziej żenujący był reklamowany obraz "Pan i Pani Smith". Żałosna strzelanina, którą fatalnie się oglądało. Lara Croft wychudzona potwornie. Aż dziwne, że taki chłopak, jak Brad Pitt się z nią zadał, szczególnie, że ta zabawia się w jakimś masowym szale adopcji cudzych dzieci.
Sobota rano bez zmian. Następnie wypad na miasto. Poszliśmy z matulą do multikina na "Mgłę". No cóż, mi nawet podobała się ta "Mgła" telewizyjna sprzed kilku lat. A ten film bardzo mi się podobał, ze względu na drżenia horrorowem jak i napięcie wywołane relacjami międzyludzkimi. Zakończenie nieco banalne, ale samemu seansowi niczego nie brakowało oprócz piwa i popcornu.
Szczególnie też lubię reklamy filmów. Wcale mi nie przeszkadza, że trwają ponad kwadrans. Filmy "10,000 BC", "Sierociniec" i "Nieuchwytny" zapowiadały się bardzo atrakcyjnie.


Duże kino to jednak robi swoje podczas oglądania filmów. Dobra rozrywka.
Sztampa, sztampa, standard. Proste życie — proste przyjemności. Nawet nie jesteśmy klasycznymi mieszczanami tylko mieszkańcami blokowiska.

piątek, 7 marca 2008

czwartek z Edytą

Wczoraj wieczór nie miałem dwóch pełnych godzin dla siebie (nie ma co narzekać), więc był wieczór filmowy. Hans Kloss i odcinek "Edyta". Nie wiem, czy w ogóle go kiedyś widziałem, więc wydawał mi się zjawiskowy. Dobry scenariusz, akcja trzymała w napięciu do końca. Fantastyczna rola Brunnera.

Ale na dobry nastrój naprowadził mnie odsłuch w ramach przypomnienia szkiców kolejnej — na razie mi się nie spieszy — płyty miasta1000gitar, zatytułowanej wstępnie "MIDI 2000, miasto meet dj chaos hydra". Żywa perkusja z delikatnym akustykiem i do tego tkliwe, ładne melodie rozwalają mnie kompletnie. Oczywiście nie będzie z tego piosenek, ale już teraz pomysły te podobają mi się wystarczająco.
I to jest powód do optymizmu.

Przy takim czymś mogę spać spokojnie:
http://wearefrompoland.blogspot.com/2008/02/miasto-1000-gitar-czy-spotkamy-si-kiedy.html


To zdjęcie kevinów umieścił Adam W. w swoim portfolio: http://www.adamwasilewski.com/


Ciekawe, bo ja w ogóle nie zwróciłem na nie uwagi, lubię takie z podskokami, ruchem; zazwyczaj wypadamy jednak zbyt statecznie na zdjęciach.
Słuchałem B-side'ów COLDPLAY, ale okazało się to nudne i miejscami inspirowane Radiohead. A wieczorami słuchamy ATHLETE — ci z kolei mają wiele do zawdzięczenia tym pierwszym, Aż niesamowite, jak powolne i dopasowane są te piosenki do gustu przeciętnego słuchacza. To właściwie nie jest rock. Przepoczwarzone brzmienie stopy i werbla, wyznaczające dobitny rytm. Przeciągłe, długie wersy melodyjnych zwrotek i jeszcze bardziej chwytliwych refrenów. Do tego jeszcze smyki i klawisze. Czy oni w ogóle są popularni?


Odsłuchane ostatnio:


Tapes'n Tapes, Walk It Off (2008)
Wiedziałem, że kolejna płyta zespołu będzie dla mnie trudną konfrontacją z poprzednim, fantastycznym albumem "The Loon". Jak na razie za bardzo śmierdzi mi sentymentalizmem Interpol. I jakby jakimś zmietalizowanym Joy Division. No i brakuje tych słodkich melodii. No niestety, rozczarowanie.


Outkast - Idlewild
brak tu hity na miarę "Hey Ya!", więc pozostał tylko czarny hip-hop, tyle że wspaniale zrealizowany


Gwen Stefani - Love.Angel.Music.Baby
jest "Hollaback Girl", a reszta jakby w stylu tej płyty z jodłowaniem, którą odsłuchiwałem


Blind Melon - Nico
jednak już dzisiaj stare, około grunge'owe granie


Everclear - So Much for the Afterglow
miałem to na kasecie, więc mam osłuchane dość dobrze, jacyś Beach Boysi w tym są, całkiem porządny pop-rock


Karate - In The Fishtank 12
właściwie nie rozczarowało (bo ich uwielbiam), ale też nie porwało


Xiu Xiu - Women As Lovers
ohydztwo, tego nie da się słuchać, jakiś GOTHIC!


Zmarł Gustaw Holoubek. Nie ma go. Znikł. Za tydzień wszyscy o nim zapomną. Potem najbliżsi. Aż nie chce się w ogóle mysleć o takich kwestiach. Zasypiasz i.....?



Może jednak warto oglądać te gołe baby póki czas?

czwartek, 6 marca 2008

środa w Lidze Mistrzów

Żenujące jest to, jak bezbarwni i bezimienni są co poniektórzy piłkarze Realu Madryt. Na tle tych, w gruncie rzeczy, słabych piłkarzy (Pepe, Gago, Baptista, Hainze, kompletnie bez formy Cannavaro) Raul i Totti sprawiają wrażenie niemłodych już (he he, 30 lat), lekko zmęczonych, ale HEROSóW. Ale trzeba uczciwie dodać, że piłkarzy Romy w ogóle nie znam.
Właśnie, przy tej rzadkiej okazji — z reguły w środę próba — oglądanie pełnego meczu, uznałem, że to niezła okoliczność do pogryzdolenia.
Oczywiście wieczór i cały dzień naznaczony stresem wynikającym z nowego "towarzystwa".
Ponadto — męki "tworzenia". Zajrzałem uważnie do plików niegdyś obrobionych, a tam katastrofa: buczy i szumi jednocześnie. Powolutku ustawiam nr 4 "vis-a-vis" na moich, mocno basujących kolumnach. Uznajmy, że wszystkie "cuda" są już nagrane, teraz trzeba to zmiksować i potem wyrzucić.

Z innych frontów: przychylam się do zdania Johny'ego, że "Souljacker" EELS to realizatorskie mistrzostwo świata i też bym chciał takie brzmienie. Choć ostatnio przypomniałem sobie o innej dawnej miłości: PRESIDENTS OF THE U.S.A. Być może brzmi to prosto i jest to "tylko" wesoły r'n'roll, ale jest rozpoznawalne, identyfikowalne i świetnie wymacerowane do takiego popowo-rockowego stylu. Miękkie, głębokie, styl zespołu fantastycznie realizuje się przy takim brzmieniu. Genialne w swej prostocie. (ale jaja, właśnie wydają nową płytę!!!)
A jednak w polskiej percepcji oba zespoły nie zdobyły sobie statusu kultowych. Choć Eels są późniejsi i w dodatku są na poważnie, więc jeszcze się łapią. (obecnie 2 płyty wspominkowe wychodzą).


Kompletnie zapomniałem o Guldzie (ew. recenzja) i o Łuczaku (screenagers) — muszę zajrzeć do skrzynki pocztowej, odebrać — napisać — wysłać. Działać! Działać!



środa, 5 marca 2008

kiepski wtorek

Od wczoraj mam nowego kolegę. Przyczepił mi się do tyłka. W sumie to jeszcze nie wiem czego chce, ale trzeba to obadać.

Tak popracowałem nad miksami "vis-a-vis", że zawaliłem je po całości jakimiś stereofonicznymi klawiszami i dodatkowymi dźwiękami. Obawiam się, że misz-masz będzie straszny.

Cała ta skomplikowana maszyneria spowodowała niski poziom nastroju,

Nowa koleżanka z netu, Chloe Vevrier:

wtorek, 4 marca 2008

chujowszczyzna

No to kolejny cios w naszą watpliwą pracę na materiałem muzycznym. Przez 4 dni poświąteczne robiłem miks piosenki "Belong" zespołu Chico (taki polski band) i dupa. Nawet wyróżnienia nie dostałem. A miks znakomity przecież!

Chyba powinienem się czegoś nauczyć przez te wszystkie lata rzeźbienia w plikach, a co włączam kompa i robię odsłuch, to potem na kolumnach jest jakaś miazga, totalna kulpa, nagromadzenie rejestrów i brak selektywności, eh.

Coś tu jest nie tak, skoro każde nagranie jest bardzo dalekie od standardów brzmienia rock, jakie są dostępne na płycie cd. Stanem nieodłącznym jest, że zawsze na ucho rzuca się "dziwactwo" realizacji, słabe brzmienie, nierówna perkusja — podstawy! podstawy!

(choć z drugiej strony, ta oryginalność brzmienia jest jedynym wyróżnikiem tej całej twórzczości — więc może jestem nieodkrytym geniuszem realizacji? cudownym twórcą oryginalnego podejścia do muzyki, hę?)

Chyba jednak u Wojtasa zostanę przy naturalnym brzmieniu perkusji — chociaż podrasowana stopa brzmi wypaśnie. To właśnie było tematem mojej wczorajszej pracy domowej. Oprócz tego przesłuch 5 na nowo miksowanych, "technicznych" wersji numerów z "vis-a-vis" — coś tam z tego będzie. Może.



W nocy sen o domu.
Zawsze jak śnię dom, to śnię go już w stanie rozsypki. A to nie ma dachu, a to podłóg, nie można wejść na piętra, bo schody się już rozsypały. Wczoraj piwnica była cała w strzępach.

Być może to owo poczucie żalu, że rozebrano nasze piętro domu, a nawet o tym nie wiedziałem. Kiedy trafiliśmy na rozbiórkę, była już na etapie zaawansowanym. Żałuję też, że po powodzi nie odwiedziłem dokładniej piwnicy. W końcu spędziłem tam wiele chwil, grzebiąc w miale w poszukiwaniu większych kawałków węgla, paląc świeczki (tam zawsze były problemy z elektryką), drewienka czy inne cuchnące cuda (przyprawiający o sporą dozę strachu stary siennik, który zadymił aż dwie klatki) (dwie klatki kamienicy były połączone wspólną piwnicą i wspólny strychem, ponadto, jako klasyczne kamienice, każda klatka miała dwoje drzwi — jedne na ulice, drugie na podwórko, które okolone było półkolem kamienic; dopóki nie wprowadzono domofonów i nie zamurowano drzwi "podwórkowych", taki dom z podwórkiem był rajem do zabaw typu berek czy gra w chowanego.Wracając do piwnicy, od czasu kiedy nie paliliśmy w piecach, wizyty w niej stały się rzadkością, węgla już nie było, został tylko miał, jedno okienko było zawalone zastygłym ciastem chlebowym z piekarni w podwórku, drugie zatkane deską, niegdysiejsze skrzynie na ziemniaki (pewnie kiedyś w nich przywieziono "dobra" z Wilna" — okucia miały metalowe) zawalone śmieciem i zesłchłymi przekwitami ziemniaczanymi; stare płyty stolarskie z rozmontowane z biurek ściągniętych z maminej pracy (kiepsko się jednak paliły w piecach) leżały pokotem. Na szczęście w odpowiednim moemencie ściągnąłem stamtąd butlę do wina, w której robiłem zacier w pokoju. Nieżywy porządek jakoś tam trwał w zapomnieniu. Zdaje się, że raz po powodzi tam zaszedłem i miejsce było trudne do rozpoznania: wszystkie drewniane elementy zbutwiały i stały się jednolitej barwy, jakby pokryte pleśnią, ponadto cała zawartość piwnicy jakby wypłynęła na środek, zmieszała się, a potem zaległa — do środka już nie wszedłem, było to raczej utrudnione. Piwnica umarła. Umarła nawet wcześniej, gdyż nikt do niej nie zaglądał.

poniedziałek, 3 marca 2008

Rozrywki

Ot, takie mieszczańskie, weekendowe rozrywki.
Na ekranie leci "Głupi i głupszy" — wspaniały film; wczoraj można również sobie było przypomnieć "Golden Eye".
Tym razem nie oglądałem. Z braku sportu widziałem nawet rozgrywki kobiet we florecie. Oczywiście wiadomości sportowe na polsacie, poten na tvn, w końcu na jedynce, a przed snem "sportowy wieczór" na tvp info. Telewizja całym moim życiem. W sumie i tak jest słabiej niż na studiach, kiedy wracałem do domu ok. 13-14 i oglądałem "Łowcę androidów" na video. I tak prawie codziennie. Pani od angielskiego dziwiła się, że oglądam telewizję 5-6 godzin dziennie. No i angielskiego się nie nauczyłem. Teraz niestety nie mogę tyle oglądać, bo chodzę do pracy. Ale niech mi tylko dadzą urlop!
Ale do rzeczy.Ostatnio — i chyba po raz pierwszy w życiu (zapewne też ostatni) — kupiony "Cosmopolitan". Był fajny kalendarz z chłopakami na wyprzedaży. Na okładce Lopezka. No tak, zdjęcia gazet raczej mi nie wychodzą.

Kilka modelek nawet do uchwycenia.
Na ostatniej stronie okładki, mocno lakierowanej, wszystko się odbijało. Powiedzmy, że z dodatkami w tle wyszło takie "artystyczne" zdjęcie.

Tyle, że tutaj naładniejsza była flaszka.

Teraz Lopezka w procesie ewolucyjnym. Mówcie, co chcecie, takie filmy, jak: "Powiedz tak", czy ten, w którym jest hotelową sprzątaczką — są fantastyczne.


Aguilera, znaczy się piosenkarka — się nie znam — ma ładne zdjęcie w stylu retro. Rozebrane babeczki w stylu retro są ok. Nawet nie widać, że jest chuda.

Ta już jest za chuda.

O, jest i Tomek Makowiecki dla dziewcząt. Podoba mi się jego oryginalny design, w którym na pewno jest związany w życiu codziennym.

Modeleczki dwie, ładne mają twa-rze.


A teraz klucz programu.
Podobno "Cosmopolitan" czytają licealistki, mam nadzieję, że uważnie. I że będzie z nich pożytek.

Nawet dla mnie, starego zboczeńca, słowo "lubrykant" brzmi perwersyjnie.
I takie pismo, proszę państwa, mnie się podoba.
Na koniec, z cyklu "pamiętaj o śmierci", niegdysiejsza, powodująca ślinotok panna Angelina. Źle zrobione zdjęcie, z przebiciami gazetowymi jeszcze uwypukla charakter "posuniętego" — jednak — wieku. To już nie taka panna, jak modelki powyżej.


Z innych weekendowych atrakcji mieliśmy urodzinowe kręgle. Więcej rozsądnych, wyważonych myśli, mówiących głęboką prawdę o mojej skomplikowanej osobowości będę musiał — siłą rzeczy — napisać później.
A, kadarka, obniżona w Lidlu, bardzo dobra, pije się jak kompot.