
"Un Homme et une Femme" (1966). To z zeszłego tygodnia. Formalnie niemal bez zarzutu — sposób opowiedzenia historii. Wyrzuciłbym większość scen motoryzacyjnych, a już na pewno skrócił je o 80%. Symbol symbolem, ale nie można było wysiedzieć do końca. Kto jak kto, ale Jean-Louise Trintignant nie nadaje się na amanta i już. Anouk Aimee przepięknie. Muzyka na płycie wypada lepiej niż w filmie. A reszcie nie mam nic do zarzucenia.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz