środa, 8 kwietnia 2009

urlopowe wspominki 3

30 marca, poniedziałek
Tradycyjnie obudziłem się w nocy/nad ranem, kiedy alkohol wyparował i mózg jest gotowy do aktywności — jest 5:54. Zazwyczaj w takich wypadkach usiłowałem dalej kontynuować ciężką noc, przy czym myśli — nierzadko wybitne, często przygnębiające — kłębią mi się, kiełkując, będąc gotowymi do zrealizowania później — po czym nad ranem zupełnie ich brak. Tym razem mogę sobie pozwolić na luksus podespania sobie później — jeszcze tydzień urlopu.
***
Rzecz główna — przygnębiająca — jest taka, że nieskuteczność naszych/moich niemal 10-letnich działań jest zniechęcająca. Jest na to kilka wyświechtanych kwestii: 1. jak coś nie chwyta, to nie chwyta i niewiele można z tym zrobić; 2. musielibyśmy z tego uczynić swój zawód, żeby dzien po dniu, koncert po koncercie utrwalać wizerunek "nasza muzyka jest dobra" — a to męczące; 3. kto w 3-mieście miał nas usłyszeć — to na pewno już to zdążył zrobić (a dalej wracamy do punktu 1). Oprócz tego, że do małych klubów jesteśmy zbyt głośni, to jednak coś jest na rzeczy, że gramy głównie rytmiczną łupaninę — nawet bez opcji sprawnego menedżera powinniśmy dla własnego dobra zrobić 10 "farelek" i z takim repertuarem liczyć ew. na większe zainteresowanie publiczności.
***

***
Aczkolwiek, mimo że występ uważam za średnio udany, i mimo tego, że fani zespołu Panaroja, który grał przed nami powoli wyciekali z klubu gazeta rock cafe jeden po drugim, to jestem niezmiernie wdzięczny tym wszystkim osobom, które przyszły akurat nas dopingować, gdyż dawno nie widziałem ich w takiej liczbie, i nie sądzę, że taki spory zestaw może się wkrótce powtórzyć. Jedynie tradycyjna szkoda polegała na tym, że nie zdążyłem ze wszystkimi zamienić słowa, a i piwa było zdecydowanie mniej niż w cockneyu.
Nicolas był mocno chory, więc walczył glównie z siłami natury, by zagrać wszystko, co miał do zagrania. Ja tradycyjnie wykonywałem jakieś sztuki i momentami dość niechlujnie grałem — trafiały mi się nietrafione chwyty, co przy moim głośnym piecu było widoczne (piec miałem ustawiony ciszej niż na próbach — specyficzna właściwość, że w klubie bardziej łomocze — kwestia okolicznych betonów). W dodatku chyba mają jakieś gniazdko "zelektryzowane", gdyż przy czystym brzmieniu czułem przester. Co ciekawe, miałem piec zaraz za sobą, więc sprzężenia często wydobywały się same. Michał zaśpiewał piosenkę numer jeden — wyszło to bardzo dobrze — co wokal, to wokal. Skarbie podobała się moja "konferansjerka". Reakcje ostałej publiczności były sympatyczne, więc ogólnie czułem się dobrze, w naszym repertuarze oprócz 3 numerów z Nicolasem na wokalu i numeru z Michałem nie było żadnych niespodzianek. Z pewnością lepiej grać spokojne piosenki. Kwestia główna rzutuje na klimat całości.
***
Niedziela upłynęła nam szybko (zwożenie sprzętu zaczęło się już ok. 16:20), wcześniej cz. II naszej pizzy, jakiś boks, wyniki el. MŚ. Przypomniało mi się (bo już nie oglądam, a przelotem trafił się wczoraj), że sportowy przegląd dnia w tvp, który w teorii trwa pół godziny, jest li i jedynie powtórzeniem wiadomości sportowych, jakie są po dzienniku — te trwają maksymalnie 6 minut, tylko że dopraszają jakiegoś "fachowca", który klepie jakieś oczywistości podpuszczany przez prowadzącego, albo — rzadziej, bo i sukcesy przychodzą w polskim sporcie rzadziej — trafia się wujek, czy ojciec takiego czy innego sportowca, który z reguły nieskładnie opowiada, jak to chłopak/dziewczyna od dzieciństwa miał ciąg do sportu. Oszustwo — jeżeli chodzi o dziennikarstwo sportowe. Podobnie nie czytam już magazynu "Piłka Nożna", gdyż dotyczy w głównej mierze mizerii, jaką są nasze niby rozgrywki lokalne, co do innych — skoro zdarzają się co tydzień, to później też będą zdarzać, co za różnica. Podobnie spadek zainteresowania meczami ligi mistrzów objawia się tym, że nie iglądam ich, bo po pierwsze: za długo trwają, po drugie: wciąż grają te same drużyny, po trzecie: jest nudno. (co ciekawe, argument, że grają wciąż te same drużyny nie przeszkadza mi w przypadku nba). W związku z tą niechęcią do piłki nożnej, przed snem oglądałem mecz Ekwador-Brazylia, gdzie ten pierwszy grał w piłkę i w końcu osiągnął zasłużony remis. Ładną pogodę tam mieli, i ładne kolory były. Właśnie wczoraj jeszcze mi mignęło, jak alkoholik Kowalczyk, nażelowany polsatowiec i germanofil Kołtoń znęcali się nad Beenhakkerem.
***
Johny mi sprzedał newsa, że nasz "chlebodawca" dostał propozycję sprzedania firmy znacznie większemu podmiotowi, co może niekorzystnie wpłynąć na naszą przyszłość, ale Skarbie na razie bagatelizuje tę kwestię, zapewne wykazując pożądany zdrowy rozsądek, w końcu po co się martwić na zapas, szczególnie w obliczu oczywistości, że po śmierci niedogodności szukania nowej pracy same znikną.
***
Zawsze wolałem zachody słońca od świtów (prowadzę bardziej nocny tryb życia, ranne wstawanie uważam za nieludzkie; nadto mam traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy jako młody szczyl zakochałem się nieszczęśliwie po całonocnej rozmowie i nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze fakt ten mnie uderzył i nie było to jakieś radosne wydarzenie, jak na pierwszy raz), dzisiejszy świt nadszedł niespostrzeżenie i już się rozgościł na dobre. Dosyć dobrym lekarstwem na ucieczkę od chmurnych myśli jest muzyka z 007 — teraz "Thunderball" — ta jest rozbudowana orkiestrowo — dużo scen akcji, cały zestaw podwodny również długo trwa. Zupełnie inaczej się tego słucha — mogłem się ostatnio przekonać dokonując przeglądu parku — niż zestawu złożonego w dużej mierze z piosenek.

***
Co jeszcze na plus, katar tzw. mokry przerodził się w stały, więc kulminacja miała miejsce w najmniej odpowiednim momencie — wczoraj, kiedy miałem się popisywać moimi niezdolnościami wokalnymi; zaś historia Anny Jagiellonki zrobiła się porywająca; nidaleko stąd do wizerunku szlachciurów utrwalonych przez "Potop", który w wersji filmowej (nie jak w wersji książkowej, która stała się biblią dla mojego dziadka, że po raz n-ty ze wzruszeniem przeczytał ją przed samą śmiercią) stanowi najlepszy obraz polskiej kinematografii jak dla mnie. Jak miałbym jeden wybrać, to właśnie ten. Może lecieć w każde święta.


***
Miałbym jeszcze ochotę obejrzeć film. Z 007. Chociaż może na razie byłaby to przesada.
***
1 kwietnia, środa
tradycja prima aprilis już nie istnieje, chyba że przyjmiemy za żart wynik meczu z San Marino (10-0).
poniedziałek uczciłem smutną piosenką, przeszliśmy kawałek parku, było słonecznie, załatwiliśmy kawałek sklepu i reszta dnia rozpłynęła się w niepamięci — z pewnością nie oglądaliśmy filmu

***
we wtorek Piotr przywiózł nam mapy szlaków PTTK, o które go poprosiłem, chciał trochę poplotkować, ale nie daliśmy mu szans, bo szykowaliśmy się do śniadania, a potem w trasę; SKM do Oliwy (Stara Oliwa jest jednym z bardziej uroczych miast; lubimy ją), zahaczyliśmy o cukiernię — niewiarygodnie tanie produkty — kupiliśmy kilka małych pączuszków, a potem zielonym szlakiem "skarszewskim" w kierunku Gdańska, przez Trójmiejski Park Krajobrazowy, w lesie, na wzgórze i w dół doliny, na wzgórze i w dół doliny, przez pierwsze dwie godziny trochę rześmy się zmachali, ale potem po piwie i batonach odzyskaliśmy równowagę, przejście przez ulicę Słowackiego na wysokości Matemblewa było co najmniej niebezpieczne (mimo że na przejściu dla pieszych), kilka razy zgubiliśmy oznaczenie, ale przez większość trasy było ono klarowne. Byliśmy w miejscach, których nigdy nie oglądałem (wiocha Nowiec, okolica cegielni, Dolne Migowo, dolina Strzyży — naprawdę ładna, w dalszej części struga jest uregulowana, ale wciąż wygląda malowniczo). Z zielonego szlaku zeszliśmy na żółty w kierunku Brętowa, widzieliśmy słynny nasyp kolejowy koleji Wrzeszcz-Kokoszki (powstała w 1913, zlikwidowana po wojnie), przechodziliśmy pod ciekawym mostem. Potem na szczęście był autobus na ulicy Rakoczego (skąd z Moreny jedzie się w dół do oryginalnych zabudowań Brętowa, gdzie mieszka Michał), pojechaliśmy w okolicę Grodziska, stamtąd poszliśmy na rynek koło więzienia, w domu byliśmy ok. 17. Zgodnie z licznikiem tras (nawet coś takiego jest wydrukowane) przebyliśmy pieszo ponad 20 km. Git.

***
Zjedliśmy obiad mięsny przygotowany poprzedniego dnia — wtedy chyba zacząłem czytać "Kircholm" z serii bitew historycznych — jak bardziej na czasie, koronacja Zygmunta III Wazy (vel. Snopka) była ostatnim elementem książki o Jagiellonce — i w serii puchar ekstraklasy grał Ruch ze Śląskiem Tarasiewicza. Potem Skarbie skoczyło na sporty, a ja utworzyłem chyba najpiękniejszą piosenkę urlopu: "PTTK". Naprawdę wzruszająca.

***
W środę miało być "dla ludzi", więc na strzał poszły lumpeksy w Gdańsku. Pogoda nie była wybitnie spacerowa, trochę się ponudziłem, na szczęście na koniec trafiliśmy do spichrzu "Błękitny baranek", gdzie znajduje się wybitna — jak na 3-miejskie warunki — wystawa poświęcona dawnemu Gdańskowi. Zeszło nam na tyle, że z muzeum już nas wyganiali, a nie zdążyliśmy jeszcze obejrzeć dwóch materiałów o Wyspie Spichrzów. Oprócz bardzo dobrego wrażenia, jakie zostawiło muzeum, budujący jest fakt, że wszystkie rozbiórki, jakie mieliśmy okazję swojego czasu podglądać przez szpary płotów mają jakiś sens, na podstawie tych badań dochodzi się do jakiś wniosków i formułuje je np. w tak insteresujący sposób.


Brak komentarzy: