wtorek, 1 czerwca 2010

relaks


poniedziałek, 31 maja

W piątek przyjechał po mnie Tomek (wygodnie), pojechalim do dziupli i nagrywalim gitary do vreena 3. Tomek przygotował 5 piosenek, więc te poszły sprawnie. Było bardzo cicho, więc zastanawiałem, się, czy sygnał nie jest zbyt słaby względem ewentualnych szumów, ale potem wyrównałem te kwestie. Zwłaszcza, że Tomek w kilku fragmentach używał różnych efektów, więc to się na pewno przykryje. Potem zajęliśmy się dodatkowymi numerami, z niektórymi poszło łatwo, z innymi się męczyliśmy (samba), ale jak się okazało, nagraliśmy 9/10, zatem wszystko, co należało. Najzabawniejszy był fragment związany z piosenką nr 10 (bird), gdzie przy użyciu irracjonalnego brzmienia "kazałem" grać Tomkowi para-r'n'rollowe popierduchy i przejawiał te same objawy, co chłopaki poprzedniego dnia: niedowierzanie w połączeniu z niezrozumieniem. Heh.

Ale, co chyba również on przyznał, ta cudaczna zagrywka w sam raz wklejała się do tego wesołego
przecież numeru. Dobrze, że zwózka do domu (wygodnie) i dzień się skończył. Ponieważ jest tak, że swoje zagrywki już znam, i nawet jakbym przeczuwał, co bym zagrał w takim czy innym momencie, to gitara Tomka spowodowała, że odmienność dźwięków oraz odmienność ich frazy sprawia, że piosenki, w połączeniu z żeńskim wokalem, nabierają innego smaku. Brzmienia też są ciekawe, w dużej mierze przybrudzone albo chociaż zmodyfikowane, co powoduje lekki skręt w stronę delikatnej przyswajalnej alternatywy.

Można rzec, że dobrze, że trafiła się taka sobota "niemuzyczna" — chwila relaksu. Pojechaliśmy do miasta, kupiłem ilustrowany przewodnik po małych miasteczkach w Polsce (będzie do kolekcji miejsc, których nie zobaczę), potem na Stogi, a tam już tradycyjnie. No może oprócz fragmentu, gdzie dziki zatarasowały nam drogę. Widziałem nawet mecz Polska-Finlandia i być może mam niewłaściwy pogląd sytuacji, bo spodziewałem się padaki, a tu nawet trochę bieganiny było (fakt, że nieskutecznej) i gdyby nie liczne kiksy i niewykorzystane sytuacje naszych snajperów, to może nawet byłby gol.

Wieczorem zaczęliśmy oglądać "Królestwo niebieskie" (2005). Wszystko wiadomo. Ale właśnie takie rozbuchane uplastycznione widowisko chcieliśmy obejrzeć. Wątek romansowy nie do zniesienia ("Dlaczego ta Vesper Lynd maluje się jak demon?" "A ty widzisz, z jakiego lustra ona musiała korzystać?"), ale druga część filmu, statyści, makiety, komputery, kamera prawie rekompensuje wcześniejsze dłużyzny. Głupie, ale się przyjemnie patrzy. Natomiast mój tekst o templariuszach chyba mówi więcej o prawdziwej historii niż ów film. He he. (w domyśle rzecz jasna, w domyśle). Aczkolwiek warto zauważyć, że przynajmniej użyli postaci historycznych. I te stroje, i architektura, i wizualizacja dziecięcych wyobrażeń. Wiadomo, że to już nigdy nie będą te emocje jak przy "Potopie", ani nie da się przeskoczyć holywoodzkich schematów, w związku z kosztami, jakie muszą być wygenerowane. No bo czy ktoś wyobraża sobie ekranizację "Czerwonych tarcz"?

W niedzielę relaks, pogoda dopisała. Poszliśmy po worek ziemniaków, potem po inne drobiazgi. Na obiad wyśmienicie: placki ziemniaczane, schabowy, sałatka feta/cukinia/pomidor/oliwki/oliwa. Potem nawet drzemaliśmy na słońcu na balkonie — rewelacja. Zrzucałem pliki do vreena 3, zrobiłem filmik. Wieczorem druga część filmu. I zleciało.

Okoliczności finału nba sprzed dwóch lat nie pamiętam, ale przypomniałem sobie dvd Celtics championship 2008, więc jestem na bieżąco. Stawiam na dziadków 4-2.

Brak komentarzy: