czwartek, 10 czerwca 2010

przygoda, przygoda

środa, 2 czerwca

Obudziłem się i wstałem jak do roboty. Wyszedłem, ale nadmiar świeżego powietrza uświadomił mi, że dzisiejsza praca byłaby pozbawiona sensu, zatem wziąłem sobie dzień wolny. Potem obudziłem się o 12, zjadłem śniadanie, potem obudziłem się o 15, obejrzałem mecz Brazylia-Zimbabwe i można było zacząć długi weekend.
***
Generalnie czułem się jak bohater piosenki „a ślimaaaaaaaki, niech szaleją, szaleją...” by vreen, ale w końcu: oj tam.
W ogólnym rozrachunku były plusy dodatnie i ujemne: żołądek wytrzymał, ale głowa już nie. Czyli odwrotnie niż u Marcina drukarza. No i on był w robocie, i to na szóstą i to na "dwunastkę". A ja proszę — weekend przed telewizorem!
***
Z taksówkowych ciekawostek, to w połowie drogi do domu (wiadomo – blisko) uznaliśmy, że musimy się jeszcze napić piwa. Zatem zawróciliśmy. Ale kierowcy na pewno mają wliczone to w koszta.

czwartek, 3 czerwca, boże ciało

Pogoda (w dzieciństwie zawsze upał) nas nie rozpieszczała, choć znowu nie było tak najgorzej. Sezon na mecze przed mundialowe w pełni, więc relaksowałem się do woli. Jedyne co zrobiłem, to ułożyłem perkusję do Wojta 2. Może ułożyłem to za duże słowo — cięcia było niewiele, prawie wszystko pasuje i na tym etapie tak gra, że prawie nic nie trzeba robić, tylko nagrywać bas i gitarę na czysto.


Seriale mają sens tylko oglądane łącznie, w ciągu, wtedy, kiedy można sobie włączyć i wyłączyć. Zatem wciągnęliśmy się w „Damages”. Glen Close — warto. Postać głównej bohaterki strasznie nas wk... denerwuje, ale lecimy już drugi sezon. Serial to jednak fabuła, więc wciąga.

Brak komentarzy: