wtorek, 15 czerwca 2010

JZTZ z odrobiną Tai-chi

piątek, 11 czerwca

Pogoda rano — patrz wczoraj. Re-we-la-cja!
A zaś w czwartek graliśmy sobie na próbie ROCK z Johnym i Wojtem. Nawet nam wpadł jeden numer, miał być w stylu Oasis, ale wyszło nam po naszemu. Płyta audio ITNON w wozie Johnego nie ma za dużo basów, soprany dobrze przypala, zatem wytrzyma na każdym sprzęcie. Ogólnie cacy.
***
W piątek już właściwie emocje, które pewnie będą mnie trzymać przez miesiąc (niezależnie od jakości imprezy) wzięły górę. Aczkolwiek, po kompletnym zmoczeniu się w burzy, kompletnym zmarznięciu od wilgoci i kompletnym zmęczeniu, kiedy pobiegłem, żeby się rozgrzać, a potem po zjedzeniu obiadu — byłem naprawdę zmęczony. Ale pizza — dooobra. Pyszczku zrobiła.

Po meczu Meksyk-RPA pojechaliśmy z Pyszczku do Oliwy. Tam na dachu ok. 21 zagrał JZTZ. W numerze "Mam ojca w cee" "zatańczył" nam tai-chi Tai-chi. Podobno wyszło fajnie, wyglądaliśmy/śpiewaliśmy jak zespół. Gdyby nie ten rozrzut stylistyczny, to chyba robimy hip-hop? Nawet kaptury mamy.
Emocje były. Jeszcze większe były potem. Ogólnie występy, idea naoliwiania, miejsce, ludzie, tradycyjny zestaw do zabawy był szałowy. Można uznać, że spotkała się taka młoda artystyczna "bohema" + okoliczni mieszkańcy. Efekt zabaw był taki, że pewnie kościół i tak przejmie to miejsce. Był z nami też Maciek, wszyscy uznaliśmy, że bawimy się dalej. Zatrzymaliśmy się w porę o 22:53, żeby dokonać ostatecznych zakupów w pobliskim sklepie nocnym. Potem bawiliśmy się dalej.
Właściwie szkoda tylko, że tańców nie było. Albo karaoke. Co tydzień dzień dziecka? Czemu nie. Bawiliśmy się do ok. 2. Po czym jedni poszli na pociąg, inni na autobus, inni na taksówkę, a myśmy poszli do domu. Pewnie nawet byśmy zjedli kebaba po drodze we Wrzeszczu, ale ten kawałek podjechaliśmy. Już zrobił się zimny, wietrzny świt (Pyszczku pokazała mi niezły skrót na górę — zamiast schodami) i grzecznie poszliśmy spać ok. 5.

sobota, 12 czerwca

Wstaliśmy około 12, żeby zjeść śniadanko. Potem był mecz Korea-Grecja. Źle obstawiłem. Potem film "Miś". Fajny. Potem mecz Argentyna-Nigeria. Za mało obstawiłem. Potem obiad i drzemka. Wieczorem mecz Anglia-USA. Źle obstawiłem. I chyba nawet coś jeszcze obejrzeliśmy przed snem ("Damages").

Brak komentarzy: