poniedziałek, 28 grudnia 2009

świąteczny time

niedziela, 27 grudnia

Świąteczny time, cóż. Zawsze w jakimś sensie to czas stracony, którego nie można spożytkować inaczej, chyba że wyjeżdża się na narty do Austrii. Akurat jakoś niespecjalnie się tym martwiłem, dopóki nie zmarnowałem pół niedzieli, która zaraz ma się ku końcowi. Taka powtarzalna maszyna czasu. Stojąca maszyna czasu, kiedy następny dzień nie różni się od poprzedniego. Zatem inaczej.
Jak zwykle tradycyjnie, kiedy nie zabrałem aparatu — były momenty do sfotografowania.

1. dnia: śnieg jeszcze leżał wszędzie. Szczególnie w lesie i okolicach. Lodowe pokłady roztapiają się, tworząc na powierzchni kilkucentymetrowe warstwy wody. Bateria wydmowa jest całkiem pokaźnym budynkiem, ale największe wrażenie robi obszerna połać traw między pasem wydm, lasem a dzielnicą. Przy aktualnej wilgoci intensywna mokra słomiana żółć wyraźnie odznaczała się od białej podstawy, nad nią stała w powietrzu mgła, gdzieniegdzie przecinana czarnym cieniem, wycinanką z drzewa.

2. dnia, po spacerze różnorodnymi miejscami, od intesywnie zielonych mchów i traw na wyżej położonych partiach lasu, po jeszcze pobielone, podmokłe, częściowo oblodzone fragmenty, przedarliśmy się przez pas wydm, by po wejściu na wydmowe wzgórze mieć wgląd na zatokę pod zachmurzonym niebem, które miało różnorodną, intensywną granatową barwę. Nawet może wyglądało kolorowo w swojej szarej nieieskości, po prawej stronie latarnia, po lewej rząd kolorowych kontenerów, dźwigi suwnicowe, a całość okalały właśnie żółte trawy i niskie krzewy.

Oprócz tego przeczytałem dwa numery MVP — magazynu, którego wstępną prenumeratę sobie zamówiłem — na razie wygląda na to, że będzie to przyjemny kolorowy przypominacz w przyszłości. Natomiast w jaki sposób rozwinie się pismo — a jakoś musi — trudno powiedzieć. Na razie bazuje na jakiejś ogólnodostępnej i obecnej u wszystkich w podobnym "podeszłym" wieku nostalgii za "hej, hej, tu nba".

To co uznaliśmy za klucz od wyrwania się z tyranii świąt spełniło swoją rolę, choć filmów obejrzeliśmy zaskakująco mało.


Paradoksalnie film, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia — "Stardust" — zostawił na nas nieodparcie dobre wrażenie. Baśń fantasy, w której Michelle Pfiefer podciągnęli biust, a Robert de Niro tańczył w sukience.

"Grindhouse: Planet Terror" (2007) wyglądał dokładnie tak, jak horrory z lat 80., które ostatnio mieliśmy okazję oglądać — to jednak Rodrigez. W pamięci zostanie nam Machete oraz Palomita (Rose McGowan). No i Josh Brolin.

Z kolei "Fame" (1980) zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, szczególnie, że sam sprawiał wrażenie żywiołowego, improwizowanego, pełnego dźwięku, choreografii w stylu lat 80. (saturday night fever), z charakterstycznymi bohaterami młodzieńczego wieku — idealny film dla początkującej młodzieży, która mogłaby szukać przyszłości w sztukach wielorakich. Jak na film muzyczny — niezła realizacja.

Zaś "The Weather Man" to istotnie bezwartościowa, banalna opowiastka z Nicolasem Cage'em (mnie akurat nie przeszkadza jednakowy wyraz "spanielowatej" twarzy), ale zdjęcia (zima, zima, zima!) były fantastyczne i robiły wrażenie na tyle, że akurat tego filmu nie uważam za stratę.

W niedzielę próba o 12 (tak, tak), wcześniej obejrzałem mecz Miami-Sacramento z głównym rywalem Jennigsa do tytułu rookie of the year — Tyreke Evansem. Nawet jakieś emocje były, choć duet Wade-Beasley był zabójczy dla drużyny młodziaków. No i Heat to ja nie widzę w II rundzie play-off.

Humor popsuł mi fakt, że zostawiłem portfel na stogach i musiałem po niego pojechać. Cóż. Grunt, że się nie zgubił. A Pyszczku zasnęło w sobotę wieczorem o 22 przy "You only live twice". Trzeba wybadać, jak działają inne tytuły z tej serii.

Brak komentarzy: