środa, 30 grudnia 2009

Black Christmas

wtorek, 29 grudnia

Black Christmas (1974) właściwie jest całkiem niezgorszym obrazem. Chyba można go uznać za prekursora "Halloween". Co prawda wygląda staro i nie straszy jak współczesne horrory, ale klimatem bliżej mu do "Lśnienia" czy (jeśli wyjąć satanizm ze środka) "Dziecka Rosemary". Bowiem kilmat i narastanie napiecia jest tym czymś, co niegdyś budowało gatunek zwany horrorem, który obecnie zastąpiły wszechobecne slashery i makabryczne gore.
Porucznik John Saxon występował w "Wejściu smoka".

Olivia Hussey to Julia.

Margot Kidder była dziewczyną prawdziwego Supermana (i w ogóle sporo filmów, między innymi "Amityville Horror" z JAMESEM Brolinem, ojcem Josha).

Dzisiaj już można było zaobserwować, że słońce wstaje wcześniej. Wczoraj świąteczna chlapa, 1,5 stopnia, śnieg padał na marne. Ale w nocy ciut się go zachowało.
Znów mi się śnił dom na Oruni Dolnej. Być może pod wpływem drewnianych wnętrz studenckiego domu w "Black Christmas". Nigdy wcześniej (we snach) nie wyglądał tak pięknie. Całe wnętrze w bejcowanym drewnie, każde piętro w innym kolorze. Na każdym półpiętrze były zabudowane werandy, częściowo przeszklone. Rzeźbione półeczki, sekretarzyki, regały z szufladami, szafki z dobudowanymi nastawkami przeznaczonymi na fotografie w ramkach czy wazony z suszem wyglądały zjawiskowo. Kto wie, czy nawet się nie witałem z sąsaiadami na każdym piętrze (których w rzeczywistości aż tak nie lubiłem, żeby się witać). Jeżeli czegoś miałbym żałować w życiu w ogóle, to właśnie ten fakt, że ukmnął mi moment powolnego wyburzania domu (+ ten brak odwiedzin piwnicy). No, że już człowiek nie spotka się z tym domem. Z domem? Bez sęsu.

Aaaa, w ogóle mieliśmy występ KA na spędzie "metropolia jest okey". Wyglądało to tak: po pracy szybko do domu, spakowałem kable i sprzęt, ubrałem koszulkę pod kolro, zjadłem coś na stojąco, potem z Johnym wozem jakąś godzinę do Gdyni. Udane parkowanie koło Ucha, szybkie strojenie (bo jeden zespół wypadł), na szczęście gitara była tak zmrożona, że nie zdążyła puścić stroju. Technicznym coś się popsuwało, więc staliśmy tam jak głupki z 10 min. Grałem na beżowym fenderze (najprawdopodobniej tego Karola, właściciela Cyganerii), który nie ma czystego brzmienia, tylko lekki fuzz. Zagraliśmy 3 numery w 12 minut, gdzie prezentowaliśmy ruchy właściwe nogom krzesła. Johny chyba wypadł emocjonalnie, bo dostał pochwałę na wyjściu (oprócz tego, że zapomniał pałeczek swoich). Potem godzina jazdy z powrotem, szczęśliwe wypakowanie we Wrzeszczu i jeszcze sobie nba obejrzałem w domu. Co tam wrażenia artystyczne, jak mówi Johny: grunt, że nie dostałem wpierdol od Potulskiego, a chyba kasa jakaś wpadnie. Nie takie szarugi człowiek wykonywał i za stary już jest, żeby się przejmować nietrafionym dźwiękiem (tych akurat mało się trafiło) czy letnim przyjęciem — no bo kto nas tam zna oprócz Paulusa.
***
Z tego wszystkiego jeszcze napędziłem się na taki nerwowy nastrój, jazda na występ, zrobienie punktów w pracy, rozmowa z Dżerdżejem napuściła mnie, że może powienienem szybciej zabierać się za te miksowanie ITNON, zacząłem martwić się na zapas, jak pojadę do tego sklepu w Gdyni, skoro on od 10 do 18, a z kolei piszą, że ten przedzwmacniacz nie taki dobry, że ten inny to jest lepszy... mam na czole tyle "spraw do załatwienia", że nie mam spokoju kiedy przychodzi do leniwej konsumpcji, a kysz! ciut zdążyć, by się cieszyć tymi fragmentami, które czasem ładnie wychodzą. W sumie mam na to receptę, pierdolnąć przez łeb, wyrwać paznkocie i jak się człowiek uspokoi - to do roboty!
***
Ów filmik "pocztówka z wakacji" jaki wrzuciłem również na myspace uspokaja mnie. To ładny fragment właśnie.
***
Właśnie, chciałbym teraz grać stonera. Czuję, że to mnie by uspokajało.

Brak komentarzy: