piątek, 4 grudnia 2009

Gorączka sobotniej nocy

czwartek, 3 grudnia

No, to już ostatnie piosenki, więc trochę poćwiczyłem na nieustającą sesję nagraniową z Endriu. Powoli układam sobie melodię so "ketus death II" — E już czeka. Przemebluję trochę "Brainstorm" by ITNON — żeby było inaczej niż w oryginale, więc do przodu.
***
Roy Jones Junior przegrał, Hopkins wygrał, a Adamek będzie walczył z cieniasami.
***
A wieczorem...
A wieczorem party! Oglądać młodego Johna Travoltę to zawsze frajda. Akurat na "ale kino" był wieczór z Travoltą, ale marne filmy, jeden kiedyś nawet oglądałem, "Wybuch" jak to napisali: "Powiększenie" Antonioniego w amerykańskiej wersji de Palmy. A my postawiliśmy na "Gorączkę sobotniej nocy". W takiej wypasionej wersji, że mógłbym to puszczać w centrum galerii bałtyckiej.

Aż potem korci człowieka, by od razu uzbroić się w dyskografię Bee Gees (chociaż teraz jestem na Black Sabbath). W sumie nawet nie wiem, czy film jest bardzo dobry. Oprócz tego, że jest dobrze zagrany. Bo jednak sentyment mocno podbija ten obraz. I to nie tylko sentyment za latami 80. i klasyce disco.

Jednakowoż byłem na tym filmie w kinie "Kosmos" z matulą — taką matkę miałem kiedyś!, nie, że teraz nie mam, ale jej się pogorszyło. Więc film oglądany w dzieciństwie w kinie "Kosmos" ma o wiele większą wartość emocjonalną. I ten Travolta.


zczuba już mnie dawno nie podniecają, ale tekst o nieznanym mi koszykarzu był fajny.
http://www.zczuba.pl/zczuba/1,90957,7322304,Pierwsza_piatka_tygodnia_NBA_wedlug_Z_Czuba.html
"Retro gracz tygodnia: Xavier McDaniel

W nowym poddziale 'Pierwszej piątki tygodnia' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.
Jedne z pierwszych ciarek, które pamiętam na swoich plecach w kontekście oglądania spotkania NBA, to widok Xaviera McDaniela w barwach Knicks, krzyczącego i walącego bezlitośnie gąbkę ochronną na konstrukcji kosza po udanej akcji 2+1. To była pierwsza runda play off 1992 z Detroit Pistons. Nowy Jork stał się wtedy moim ulubionym zespołem, a X-Man moim ulubionym graczem (do czasu aż w czwartej kwarcie Mark Jackson wykonał fenomenalne podanie za plecami). Mimo tego nie zdążyłem się do McDaniela jako zawodnika Knicks przyzwyczaić. Już w kolejnym sezonie przeszedł do Boston Celtics, gdzie jego rola coraz bardziej się zmniejszała. Kiedy Xavier po rocznym pobycie w greckim Iraklisie (1996 rok) wrócił na 2 lata do New Jersey Nets, grał już ogony (po 9 minut w 20 meczach w sezonie 97/98).

Jeśli nie pamiętacie McDaniela to prawdopodobnie dlatego, że swoją najlepszą kreację koszykarską stworzył na deskach hali Seattle Supersonics w latach 80., gdzie wraz z Natem McMillanem i Derrickiem McKey tworzył trio pieszczotliwie zwane ''Big Mac''. Reputację prawdziwego twardziela i pierwszego w historii NCAA zawodnika, który przewodził w kraju pod względem punktów i zbiórek, potwierdzał w tamtym czasie notując po 20 parę punktów i blisko 10 zbiórek.
Jednak żadne jego parkietowe kreacje nie przebiją filmowego epizodu, z 'Singles' Camerona Crowe'a.
Co prawda transmisje NBA w Polsce spóźniły się nieco na najlepsze lata X-Mana, ale to co zobaczyłem wystarczyło. To jeden z tych koszykarzy, których chciałbym mieć przy sobie otoczony w ciemnej uliczce bandą zbirów, albo grając w kosza przeciwko Charlesowi Oakleyowi
".

Ranek całkiem ciekawy, bowiem po całej dobie padającego deszczu okazało się, że woda prawie całkowicie została wchłonięta przez glebę, do tego przymrozek i mgła — bardzo widowiskowe. I wygodne do spaceru.

Brak komentarzy: