niedziela, 10 września 2017

Kevin Arnold - radio arnet (live) (1995)



nie ma co oszukiwać, człowiek kiedyś myślał, że jest Kurtem
z ciekawostek, prócz tego, że nie mieliśmy sprzętu, to duch i wspólnota była, mimo że perkusja grała do gitary, a i tak mieliśmy szczęście, że nas wzięli na wizję
muzycznie - kiedy już zabrakło tych ciekawostek z demo - to powtórzone nagrania są nudne
niemniej - "slightly" to mógłbym nagrać nawet na serio dzisiaj, plus "where she goes" wskazują, że jednak byliśmy pierwszym zespołem indie tutaj - mimo że z NY
bacząc, Sonic Youth wydali "właśnie" płytę z deskorolkami, to i horyzonty nam się poszerzyły, no i proszę jaka bezkompromisowość, nie miałem pojęcia co "śpiewam", a i angielskiego nie znam do dziś




1 komentarz:

Anonimowy pisze...

no duch i wspólnota, też mi tego brak, to było najlepsze w tym całym pierdoleniu o nazwie zespół :) adhd