z okazji długiego deszczowego weekendu obejrzeliśmy kilka filmów
Diamond Dogs (2007) to chyba fantastyczne marzenie Dolpha Lundgrena, reżyserował go, mógł pojechać do Chin i Mongolii, dobrze wyglądał, bił się, miał własne pomysły, chyba nawet okoliczna ludność go tam lubiła
na przykład Dolfi zrobił sobie nowocześniejszy design, gra już zmęczonego faceta, potrafi być też czuły wobec kobiet, scenariusz jest nędzny, sceny walki w stylu starych dobrych filmów na wideo — klasyka kina akcji klasy C; nauczył się jeszcze nowej sztuczki — puszcza tzw. kamerę z ręki, wtedy obrazki wyglądają bardziej realistycznie, czasem wygląda to tak, jakby ekipa pojawiała się na jakimś "realnym" planie, a kamera z boku filmowała ich naturalne zachowanie (ot, po prostu nie robili nic), wraz z ewentualnymi reakcjami miejscowej ludności — jak na Dolfiego, to i tak postęp!


Robert Carlyle zagrał tak, że rzeczywiście można było poczuć odrazę do postaci; no i ładnie oddane "realia" epoki (choć skąd ja się mogę na tym znać, nie żyłem wtedy) — uzupełnijmy — realia epoki zgodne z moimi wyobrażeniami



elementy komediowe filmu były niezłe (głównie sceny u weterynarza; jak też
"środkowisko mormońskie" — czy cokolwiek to było); zachwyty nad Jane Fondą, oprócz tego, że dobrze wygląda, przesadzone, rola raczej niewiarygodna, zbyt duża lekkość zycia, przy takim obciążeniu psychologicznym (że tak powiem)
na pewno ma ładne piegi
podobno to jakaś celebryty, tak mawiają

Dot.com (2007) — portugalski (trochę słówek podobnych rześmy wysłyszeli)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz