Ot, jedna praca Czermińskiej i "Tylko Beatrycze" w serii "Biblioteki Narodowej". Czytam jedną książkę Parnickiego na rok w ramach ćwiczeń umysłu. Jest to wybitne i zakręcone, ale ani we fragmencie nie ma styku geniuszu z popularnością, vide Eco, Marquez. Ot dziwoląg. Jedyny taki na świecie.


A wracając do lekkiej atletyki. Kiedyś Marek Głowienka i Sławek Bańkowski potrzebowali dwójkę do sztafety na jakiś zawodach. Razem z Radkiem Klimczykiem po raz pierwszy biegliśmy w prawdziwych kolcach po prawdziwym tartanie. Kiepsko poszło. Chociaż odnosiłem wrażenie, że nogi odbijają się od takiej nawierzchni, człowiek bardziej leci w górę niż do przodu. W sumie podoba mi się, ze bez zbędnego wysiłku i żadnych sukcesów sportowych mam chudą sylwetkę, dobry oddech jak umyję zęby i spokojnie dobiegam do autobusu. Łatwizna.
Trochę staroci. Na tapecie FREE, Songs of Yesterday, pięciodyskowy box z rarytasami i niewydanymi nagraniami. Nie ma to co prawda zwięzłości i hiciarskości "All right now", ale pokazuje, że bluesmani byli z nich nie od parady, a perkusista grał o wiele bardzie rozbudowane rzeczy. Momentami zabierają się za struktury bliskie CREAM. W sumie dobrze się tego słucha.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz