wtorek, 22 kwietnia 2014

Odcinek z nagrywaniem Juliusza


Jules Verne Allen and his band
10 marca, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca śpimy pod lżejszym kocem, bo już cieplej.

Dzisiaj miałem (prócz pragnienia) akcję z coca-colą, jaka pokazują na filmikach z joe monstera: bumszczczczczczc.
Poza tym się spieszyłem.
Poza tym poszedłem po chleb.
Poza tym byłem zszokowany ty, że jest taaaak ciepło.
Poza tym Bryson znowu jest świetny.
Poza tym dużo zajęć.
Poza tym Miami wyglądają jak starzy dobrzy wyjadacze. Tak dobrze się znają, tak dobrze grają wspólnie, tak dobrze wykonują pewne zadania na pamięć, czasem bez uśmiechu, ale maszyna gra. I to z Chicago. Zimowym Chicago (foto!).

a tymczasem w Chicago
Ale ale Chicago potem okazało się wściekłym bykiem (znowu) i pchnęli ich w dogrywce. Wcale nie są na straconej pozycji w play-off?
***
Jakieś kontrowersje w meczu Houston-Portland, ale nie uważałem. Niespecjalnie z tym sezonie ich lubię widzieć. Mimo brody Hardena (41 pkt). Oczywiście minuta do końca i się rozemocjonowali. A Brook  Lopez wcale nie był gorszy od Howarda. I znowu dogrywka!
Portland w ostatniej akcji nie trafili 3 x 3 z rzędu i było 118-113.
***
Telefon do ryanair.
Nagrywanie gitar — Juliusz rulez.
Loty, loty.
Późno spać pod lżejszym kocem.

Billy Ze Kick et les Gamins en Folie
11 marca, wtorek

Odcinek z pracą domową

My drogi i Miłościwie Nam Panująca późno z zajawką na mieszkanie.

Jeszcze nie jestem przyzwyczajony, że lot klepnięty (urlop do wzięcia?).
Żałuję, że dzisiaj nie wziąłem tej książki Billa Brysona. W domu: Krótka historia rzeczy codziennego użytku, którą od Ciebie dostałem, bo ona świetnie się zaczyna.
W wyniku natłoku zadań, słucham mniej uważnie, nawet rondo-palmą ledwo.
***
Miami nie zachwyca ostatnio, również wobec Wizz (Gortat nie trafił 3 x spod kosza). Jakoś tam szło, ale 99-90. Gortat 7/15, 14 pkt, 18 zb. (9 w ataku), no i Drew Gooden (hallo Kwiatkowski?) 7/12, 15 pkt.
***
PJ Tucker walnął Griffina pięścią (w twarz?! w twarz?!) i wyleciał z boiska, a Suns przegrali 112-105.
***
Pożegnanie z kasetami:
Jesus Lizard — Goat (1991) — to będzie na park, jeszcze nie wiem.
Pixies — Doolittle (1989) — jednak nie mogę znieść po latach. Tych wrzasków i sopranów. Nie to co Breeders po całości.
Whigfield (1995) — ulubiona disco z dawnych czasów. Te 5 wybranych piosenek bardzo dobrze. A zaraz na drugiej stronie:
Billy Ze Kick et les Gamins en Folie (1993) — szalooone. A jak miło się tego słucha. Kompletnie zapomniałem.
Helmet — Aftertaste (1997) — słabo to miałem przegrane, żeby mi bardzo podobało, podobnie jak:
Jesus Lizard — Blue (1998) — będę musiał odświeżyć na lepszym.
Jesus Lizard — Shot (1996) — już napisałem na plus.
I kaseta niespodzianka, którą nagrywałem z Radio Afera (czasem nie łapało fali, czasem szumi), a na niej rzeczy, które łykałem, kiedy jeszcze brałem mp3 od Jaśka:
Whipping Boy, Blackhole (hardcore), Machine Head, Prodigy, Sweet 75, Live, Agent Provocateur i inne jakieś tam mocarze. Dużo osłuchane.
***
wbk — dolary
park — zimno
robię — Piero
Głowacki — felietony — fantastyczne
dEUS — In A Bar Under The Sea (
1996) — oryginalna kaseta zespołu, który odkryłem dla nas, zaskakująco ładna, bogata, spokojna, artystyczna jakby
wracam — zjazd do snu


piątek, 18 kwietnia 2014

Odcinek z osadnikami



8 marca, sobota

Odcinek z dniem kobiet

My drogi i Miłościwie Nam Panująca świętujemy już od rana.

John Barry — The Ipcress File (1965) — tak, oczywiście, że już była. Winyl gdzieś się skojarzy za horyzontem. Harry Saltzman na chwilę przed sukcesami 007. Nieśmiertelny Michael Caine. Świetnie nakreślony i zagrany bohater, genialna muzyka, powolność i napięcie "Quiller Memorandum" (dla niektórych to już jest wina) (podobne motywy fabularne -> tortury), kapitalne relacje między postaciami tego szpiegowskiego mini-dramatu.
Ja już chyba raz to wspominałem — relacja damsko-męska z tego filmu — fantastyczny wizerunek.
***
Wstawanie tym razem wspólne, gdyż zabawiłem wczoraj. I od razu dzień kobiet.
Jemy resztki lodówkowe (nieprzebite jajko na twardo, jajecznica).
Przy kawie kończę swoje niedoróbki, ale też ciągnę w szale pozostałe części trylogii Leightona  ("Billion Dollar Brain" właściwie nigdy nie obejrzeliśmy po ludzku do końca) oraz zaległy "High Road to China", a także najlepszy mecz Gortata — to będzie trwało wieki. No i jeszcze "Luwr" z serii "Arcydzieła malarstwa". Ten mnie trochę rozczarował, nie nawet, że mało opisu, dzieł mają zatrzęsienie, lecz reprodukcje są strasznie wyblakłe, więc nawet te stare stare obrazy nie wyglądają w rzeczywistości tak źle i mało kolorowo jak w książce.
***
Słońce (rano nie warto się ślepić w lapsa), ciepło na dworze (potem zdjąłem nawet czapeczkę), rynek, ryby, mielone, sernik — spotkanie rodzinne o grach — goździki, warzywa i owoce, toaletowy ser, margaryna i wędlina. Tośmy wszystko zanieśli.
***
Dobre światło — historia sztuki na start.
Pieczony pstrąg z serem gorgonzola — 1000 filmów kawałek, ha, te fragmenty/filmy to nawet znam ("moje" lata 1969). Koniec światła.


9 marca, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy wyjścia a wyjścia.

No, osadnicy byli, a myśmy po wielu piwach wrócili do domu.
Grać! Grać! Grać!



czwartek, 17 kwietnia 2014

Odcinek z rakietami/wystrzałami/nieprzyzwoitymi okładkami



6 marca, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca widzimy się w domu.

Człowiek się wyspał (po ludzku o 22:30), więc jakby od razu lepiej — po wczorajszym wieczorze, też ma znaczenie — nawet jeżeli jest sie w trakcie czytania o przesłuchaniach i zsyłce Oberiutów (LnŚ). Z tą liryką i analizą to się męczę (ale obowiązkowo od deski), więc fragmenty prozą są jak wytchnienie.
Najlepszy był ten o lokalnym Petersburgu po rewolucji i przeniesieniu stolicy.
***
Z tego wszystkiego nawet nie wiem, jaki był wynik meczu: wczoraj zabawne były zajawki rondo-palmą.
***
Wizards-Jazz. Kwiatkowski śmieje się z Drew Goodena (wrócił do ligi), ale on dobrą brodę ma. I rzucił punkty. Wizz się nie zmieniają, łatwo uzyskują prowadzenie, po czym łatwo je tracą poprzez niepilnowanie strzelców za 3 i głupie straty pod koszem przeciwnika. Ale ponieważ to Utah, to chwilowo są 10 do przodu. No ale poszło stosunkowo łatwo: 104-91. 7/11 na 16 pkt., 9 zb., 4 as. Drew zaś 6/7 na 12 pkt., 3 zb., 2 as.
***
Do płyty zbierającej należy dołożyć "Swellę", zeszłe rano nawet ją sobie nuciłem.
***
"Trener wschodu powiedział jeszcze, że stroje jego zawodników można kupić na każdym bazarze. Ja się pytam, co z prawami autorskimi!!!" (Lanfaust, szostygracz.pl)
***
Cressida — Trapped in Time  The Lost Tapes (1969) — miało być kingcrimsonpodobne, ale jednak rozczarowanie w stylu typowych lat 60/70. Może inny album?
***
Hoover — The Lurid Traversal of Route 7 (1994) — wiedziałem, że to będzie dobry wybór. Nie wiem czemu leżą mi bardziej niż Rodan. Mimo dużej ilości sopranów. 
Shot (1996) Jesus Lizard okazał się bardzo nowoczesny (choć prosty) w nowych czasach. Głównie chyba ze względu na jednolitą techniczną perkusję i jej brzmienie. Ach, kaseta Hoover, to teraz rozumiem, czemu było więcej basów. Lata mijają, a ja wciąż bardziej pamiętam okładkę kasety, listopadowe sobotnie zakupy spożywcze, las koło niż układ mieszkania na Dębcu i inne okoliczności, w sumie czemu nie. Kasety zostają z ludźmi na zawsze.
***
Hoover — Hoover (1997) — ciekawe, czemu już tak dobrze nie wyszło.
***
Ha, wychodzi na to, że moja pierwsza ogólna wiedza na temat rzewnego Barry'ego pochodzi ze składaka "John Barry Loneliness Of Autumn" = pełna kaseta. Leandro Barbosa złamał rękę, a szkoda, bo Suns, bo on ma jeden z najciekawszych ruchów w bieganiu. No i wreszcie, wraz z odpowiednim wydrukiem 12 arkuszy tekstu mogę się zabierać za porządki w plikach/płytach Barry'ego, ot co. "Stringbeat" już wykupili.
***
Setting The Woods On Fire (2009) trochę mnie rozczarowało. To że winyl i to że Chris Crisci to naprawdę ok, ale zachowawczość perkusji w "You Started The Fire I Was Burnt Alive" nagrywanej na konsolecie pana Ryśka jest tak wstydliwa (weź tę blaszkę + syntetyczny kociołek/przejściówka), w gitarach czasem więcej grunge-punka niż emo, a prócz niedostatków wokalnych całość nie jest jakaś taka przejmująca. Owszem, naparzają ja trzeba, ale nie ma "moich" melodii.
***
Po przekąsce przepalam. Acha, jest nowy gość w ramówce domowej: bitwa o dom — oglądasz całkiem zajęcie.
***
Chybaśmy rudego ze dwa razy obejrzeli, bo tak wypadło, a scenarzyści kręcą, ale coś tam się dzieje.


7 marca, piątek

Odcinek z prawie tańcami

My drogi i Miłościwie Nam Panująca śmy mieli wieczorne niezaplanowane wyjście.

Znowu 0 stopni. Dobrze mi idzie czytanie. Mam wrażenie, że Miami i Spurs to "stare" drużyny, które gorzej sobie radzą z młodymi, rozbieganymi graczami. Tyle, że ich rywalizacja jest jakby klasykiem, to w końcu oni występują w tych finałach, a nie młodziaki, więc tamci — mimo że teoretycznie lepsi — muszą się jeszcze trochę nauczyć. Z kolei bezpośrednia rywalizacja zawsze przypomina fale dużych przewag, a mecze nie są na styku, tylko jakby jedna drużyna wygrywała przez totalną dominację, co przy pewnej dyspozycji dnia nie jest już do zniwelowania. Zobaczymy. Spurs idzie wszystko, 37-22 po I kwarcie, 66%. Zasadniczo do końca meczu daleko, wszyscy się zmęczą, nie będą trafiać. Miami jeszcze nie przegrało. Zaczynają się problemy z faulami. 62-51 po II kwarcie. Kilka gwizdków przychylnych dla Spurs, ale Miami dochodzi. Ciekawe, że od III kwarty nie widać wyniku. Ale co za mecz. 82-74. Miami się zgrzali, 7 strat w IV kwarcie, Spurs odjechali na 15 pkt (ale mniej uważałem), nie poszło. W końcówce rozjebali ich na 111-87.
***
Wciąż nie uważam, ale Suns doszli OKC i już mi mignęło, że rekord i najlepszy mecz. Potem posłucham. Niesamowite jest to, że Phoenix wyglądają na niebojących się nikogo. Tacy GSW z zeszłego roku. Końcówka III kwarty była łał. I koniec meczy też kłejzi. 128-122. They mighty, they powerfull.
***
Aż niemal do końca roboty się zrobiło, wysyłam-przesyłam-dostaję. Jeden warning z tekstem, który doczytam w weekend. Kwiatkowski się emocjonował meczem mocno aż + diagnoza zNYKa o polskiej piłce. Wszystko owocnie, gdyby nie to zmęczenie potem tygodniem i dniem pracy.
***
Fragmenty o Igorze i Skrawku to sam smaczek w książce. Kawa, kanapka, 2 x Where is Jerry z występu (źle plik przyciąłem) i z powrotem. Niesamowite odkrycie kasetowe!
Cell — Slo-Blo (1993) — ależ oni świetnie grali! A jak to znam na pamięć! A jednak amerykanie  dobrze się nagrywali.
Ożywiłem się dopiero na koszu (bieganie i skakanie), 4/5 dostaliśmy w dupę, odkuliśmy się w drugiej połowie. Udawało mi się pobiegać i kilka (dosłownie) razy trafić. Ciekawe, czy jak będę miał szkła, to będę lepiej widział/trafiał.
***
Się dziewczyny nie zorganizowały, ale było piwo, był hamburger przed północą, było też dramatycznie zimno wietrznie przejmująco i potwornie chciało się sikać na nawrocie.
Już musiało być bardzo późno, ale piątek jest piątek. Ty śpisz, ja film, rum, nachosy, się wciągnąłem znakomicie i skończyłem chyba o 3:30, co mi się nie zdarzyło het het.




środa, 16 kwietnia 2014

Odcinek z kinem!



4 marca, wtorek

Odcinek ze Stogami i śledzikiem na słodko

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wieczorem staramy się leżakować (i nie wojna).

Dzisiaj 0 stopni. Memphis są lepsi, ale wygląda, że Wizz nie składają broni jeszcze. Gortat w miarę skutecznie, Marc Gasol oczywiście lepszy, ale tylko 5 w plecy po II kwartach. Szczególnie dwa runy po 9-0 Memphis były zabójcze i z trudem uzyskiwany remis był trwoniony w trymiga, więc po III kwartach zrobiło się -15. Obrona była jakaś słaba i nieogarnięta, bo jeżeli Kosta wjeżdża na luzaku pod kosz? I Wizz nawet pozwolili "odbudować się" Prince'owi (rekord sezonu 19 pkt). Emocjonujące ostatnie 2 minuty, ale znowu za późno te trójki i bez sensu gonienie.
Marc Gasol 4-10, 7 zb., 8 as., 10 pkt
Marcin Gortat 7-12, 8 zb., 3 as., 16 pkt
***
Pożegnanie z kasetami:
The best of Vaya con Dios — dwa przeboje, nie takie straszne.
Radiohead — Pablo Honey (1993) — potencjał jest, zwłaszcza że z tej nienajlepszej realizacji przebijają się żywiołowe i głośne gitary. Bardziej ku pamięci występ na molo w Sopocie.
Clannad — Banba (1994) — bez historii ponownie, ale nie szkodzi na uszy.
Fugazi — Steady Diet for Nothing (1991) — zbyt dobrze osłuchane, bym się zachwycał, ale realizacja całkiem porządna, nie zestarzała się, ewidentny brak głosu i melodyjności w wokalu, ale przyjemne wrażenie pozostaje.
***
kurwa zacięło mi internet i wjebało plika. A miał być ostatni na tej liście. No nic, czekamy.
***
LeBron 61.
Posłuchałem potem, bo to jednak jest wynik.
61 punktów, 22/33 z gry, 8/10 za trzy, 7 zbiórek i 5 asyst w 41 minut.
***
"Jutro idziemy do kina".
***
Zaliczam sklep, przy okazji bank/dowód/lokata na zaś, park na szaro dzisiaj, dobrze, że wróciły stare wiedźmy — przyjemniej. Na Stogach się leniłem i nic na półkach nie umieściłem. Z okazji śledzika zżarłem całą miskę czipsów i innych słodyczy.
***
Trochę jeszcze nerwu, że muszę jutro zdążyć z tą rezerwacją i do snu, do snu.


5 marca, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca byliśmy w kinie i na meksykańskim żarle.

W szalonej środzie jedynie Bruksela i Dusseldorf, ale już są niezłe ceny na Grecję/Włochy na maj. Może w przyszłym roku. Może kiedyś.
Przeszedłem piechotą, troche tlenu. Jesus Lizard i Thing na kasecie. Polacy robią zakupy na wypadek III wojny.
***
Na początku Houston trafiło 9/10 rzutów i prowadziło sporo, ale kontrataki Miami są świetne i widowiskowe. Niemal remis w połowie.
Ale ofensywny atak Houston 15-4 w III kwarcie był imponujący. Z kolei powroty, jakie notuje ławka Heat są skuteczne = ładny mecz. Przy 106-103 LeBron nie trafił za 3 broniony przez Howarda i już.
***
No, udało się. Witamy na pokładzie:
021 Casino Royale (2006) Blue-ray 35.0 GB
***
Warriors w Indianie. Nie będzie powtórki z zeszłych play-offów, to już wiemy (nie ma elementu zaskoczenia). Bardziej ciekawostką jest, że O'Neal zdaje się bardziej przydatnym graczem niż Igoudala — to już nie jest ten chłopak. Jermaine O'Neal oraz Marc Jackson w Indianie — podróż sentymentalna, pokazywali stare fragmenty. Rozproszyłem się i ledwo docierało do mnie, że Indiana wciąż goni GSW — znaczy się tamci wciąż mają na nich patent. 
(John Barry — Stringbeat, Płyta winylowa na gigancię 27,99 zł)
(no ale to są wczesne, big-beatowe nagrania, mam na kasecie parę, i to tych lepszych)
Następnie Indiana zrobiła 12-0 i zrobiło się 94-94 = ładny mecz. 10 s przed końcem trafił Clay, a już 0,6 s nie trafił George i git.
***
No to jeszcze Clippers-Suns, bo lubię ładnie grające drużyny (a Spurs maja brzydkie koszulki). No a Suns są pasjonujący. Czasem bardziej niż Clippers. No wiadomo: gonili. Nie dali rady: 96-104.
***
Twój wiersz:
 
mexico nas nie ominie!
możemy pójść po kinie
***
Blitzen Trapper — VII (2013) — zaskakująco przyzwoite po latach. Ciekawe, do słuchania, pogodne.
***
Napięcie jest, ale jakby ciut mniejsze.
***

Oczywiście, że zdążyłem, zjadłem kostkę piernikową, Non-stop (2014) okazał się całkiem emocjonujący, aczkolwiek słabych momentów też nie brakowało. Ale tak dawno nie byłem w kinie, że sama radość.
Pokontynuowaliśmy ją w jadłodalni meksykańskiej: quesadilla oraz żeberka po amerykańsku, dwa piwa i obżarliśmy się w sam raz. Ty nawet bardziej. Aż do południa dnia następnego. Kopacze sobie zaczęli pykać w gałę (pols-ka! du du du!), my zaś wykończeni jedzeniem udaliśmy się niemal od razu spać. Taki wieczór wyjściowy.



wtorek, 15 kwietnia 2014

Odcinek z marmurowym jajem



2 marca, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mieliśmy wyjazdową niedzielę.

Rano wstaję, nie ma! Ruscy wyłączyli prąd? Grzeję w czajniku na gazie.
***
Ariza 6/6 za 3 w I kwarcie (24 pkt) 41-28, grał Drew Gooden (nowy w Wizz). Ale to nie był dobry mecz Wizz (przegląd), co prawda 62-72 po II kwarcie, ale dać sobie tyle rzucić? W połowie meczu uhonorowali Iversona. Larry Brown się pokazał via telebim (wzruszające to było) (po co to oglądałem?) Julius i Moses też byli, Allen wszystkich kochał (najwyraźniej tego mu teraz brakuje: po pieniądzach i koszykówce). 103-122. Gortat 13 pkt (6/9), 14 zb., 2 bloki, Ariza 40 pkt, Wall +30 w plusominusach. Michael Carter-Williams miał słabą skuteczność.
***
Rarytasów nie było, zdążyłem się rozpisać i przejrzeć — śniadanie. Spożywamy kawę, w końcu ruszam porządnie z dużą przeglądową książką o sztuce. Na kredytkarcie jakieś dziwne saldo. Trochę straszne nagłówki na www. Nie czytam.
***
Jedziemy do Gdańska po prezent — udało się. Potem spacer (zimno), kościół św. Katarzyny, ciasto i na wro. Skoki, Stoch pierwszy (z bólem), z zaskoczenia obiad dwudaniowy, kawa, deser — jak typowa niedzielna rozrywka. I wracamy do domu, starczy już tego pobytu poza. Drobne zakupy pod domem. Coca-cola. Pierścionek powiedział, że jestem zestresowany. To nie mija nawet z niedzielnym meczem o przyzwoitej porze.
***
"Zaraz wracam" Orzecha, którą słyszeliśmy dzisiaj w aucie była bardzo ciekawa muzycznie. Znaleźć setlistę.

PONTIAK „ghosts”
X AMBASSADORS „giants”
X AMBASSADORS “unsteady”
DUM DUM GIRLS “Rimbuad eyes”
ANDREW RIPP “won’t let go”
IAMAMIWHOAMI “fountain”
INARA GEORGE “mistress”
FAREWELL DEAR GHOST “cool blood”
FAREWELL DEAR GHOST “fire”
THE BOMBAY ROYALE “Bobbywood”
THE BOMBAY ROYALE “phone baje na”
THE SMITHS “half a person”
THE SMITHS “please,please,please let me get what I want”
RACHEL SERMANNI “lay-oh”
X AMBASSADORS “the business”
CRYSTAL CASTLES “not in love”(feat. Robert Smith)
TONI BRAXTON “un-break my heart”
BLACK LABEL SOCIETY “my dying time”
VANCOUVER SLEEP CLINIC “collapse”
VANCE JOY “riptide”WHO IS ZOE? “London is calling”
WHO IS ZOE? “flight”
WE HAVE BAND “tired of running”
ciekawe, co to było to ciekawe.
***
Pontiak — Innocence (2014)
początek oszałamia werwem i realizacją. W środku jest różnie, ale to znakomite znalezisko.
***
Joakim Noah jest rozgrywającym (!), ma już 10 asyst, Chicago prowadzili z NY już 27, ale tamci doszli do 9 - niezwykłe, jak na nich.


3 marca, poniedziałek

Odcinek z nagrywaniem akustyków

My drogi i Miłościwie Nam Panująca oswajamy się z sytuacją po wizytach dwóch.

Trochę słabo spałem (Krym/mikrofon, ale bardziej Krym = zbyt bliskie skojarzenia z dyktatem monachijskim/anschlussem). Jak rano zajrzałem, to już widać, że dokonało się. Co tam teraz to rozdanie oskarów.
***
Raptorsi wygrali z GSW 104-98, co wynik Wizz stawia teraz w nienajgorszym świetle. Sama końcóweczka była na styku.
***
Spurs twardo i rozsądnie ograli Dallas, ale też było niemal do końca.
***
rondo-palmą:
"wladimir putin ma wysoką efektywność ofensywną, natomiast konferencja zachodnia zaskakująco słabą obronę"
"zdaje się, że nie ma pomysłu na grę i nie ma jednego trenera"
"myślisz, że nasz sojusz będzie walczył za białystok?"
***
No i debile pobili się wczoraj znów, więc nie widzę, żebym kiedykolwiek miał pójść ma mecz ligowy tutaj.
***
Rodan — Rusty (1994) — tak w nastroju dnia.
***
John Barry
The Deep (1977, 2010) jednak mnie bardziej uspokaja.
***
Aż zrobiłem sobie lenistwo w terminie lanczowym. 007 nie wchodziło, ale wyglądało, szczególnie przy zasłoniętych wertikalach.
***
Piwo kupione, mikrofon nie działa, Ty wybywasz z domu, a chłopaki o czasie. Bez interakcji, bo byłem zajęty nagrywaniem. Akustyki nagrały się dobrze, nawet z chrząknięciami i mruczeniem. Chyba będzie to ładne. Na razie jest za bardzo akustyczne, ale tym może zajmiemy się potem.
***
Po dwóch piwach, nieutulony w niepokoju o przyszłość naszego świata, pożarłem przed snem cały chleb co został, w ramach kanapek i poszedłem spać, mając nadzieję, że skoro już tak późno, to zasnę.



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Odcinek z nie do końca miesięcznicą



28 lutego, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w piątkowy wieczór z piwem i żel-Pittem (i Wałęsą).

Tak, już od początku widać, że Toronto jest mądrzejszą drużyną, zaczęli 7-0, a Gortat z Valanciunasem nie trafił pierwszych 3 rzutów, to by było tyle w kwestii dominacji. Na szczęście nie położyli się. Miller pograł, Wall trafiał, zaczęła się walka na kilka techników, widać było, że to ciut ważniejszy mecz. 54-57 po I połowie. Szybko słucham, bo mi się spieszyło. No no, dawno nie widziany dunk Gortata. 4 minuty przed końcem III kwarty było 12 pkt przewagi dla Wizz, ale Raptors wracają. Ciekawe jak będzie. 102-102 na 1,21 przed końcem. 5 s — trener rozrysował, Gortat trafił z faulem. Wolnego już nie trafił. Potem, uff, na 5 s przed końcem zebrał na atakowanej i trafił. Lowry nie trafił i dogrywka! Gortat dał się zablokować, 110-106. Atmosfera. Vasquez dzisiaj trafiał. Wow, ale końcówka. Remis na 114-114. Ostatnie 5 s wstaję z krzesła i oglądam na stojąco. No ej, druga dogrywka?! Co tam się działo: straty, przechwyty, niepotrzebne dobitki. Szczęśliwie Gortat trafił dwa wolne (on nie jest w tym mocny). Była strasznie emocjonująca akcja (foto Gortat), ale po czasie i jest 3 dogrywka! Jak już za faule było wyautowanych 3 zawodników Toronto + nie grał Terrence 51 pkt Ross, to mogło się już wydawać, że Wizz mogą wygrać. Na 56 s przed końcem Gortat też złapał 6 faul. Ale miał mega mecz: mam na to foto. Uff: 129-134 wygrali na wyjeździe.
50:48 minut; 12/23 z pola; 7/11 wolne; +1; 12 zb. (7 w ataku); 6 fauli; 4 bloki; 31 punktów — rekord kariery.
***
Miami u siebie z NYK. Tak z ciekawości. LeBron i J.R. Smith w maskach. Biegają i się ścigają. Carmelo żartuje z chłopakami z Miami, też tak by chciał. Oczywiście mecz był popisem strzeleckim Wade'a, MeBrona i chłopaków. Mecz się po prostu skończył w III kwarcie.


***
Ha! Kiedy człek już zna The Cheerful Insanity Of Giles, Giles & Fripp (1968) to The Brondesbury Tapes już nie są takim zaskoczeniem, jedno przed/wtórką. Ale psychodeliczny klimat Londynu tamtych czasów (patrzaj Syda z Floydami) musiał być niesamowity. I do tego pajączki na gitarze klasycznej potem tworzące nową muzykę art w wykonaniu King Crimson. Przypominam sobie dzisiaj tę krótką książeczkę. (aż jestem oburzony, że wczesnym płytom poświęcono raptem 2 strony).
Bo na przykład jedna piosenka z "Islands" ma melodię z "Why Don't You Just Drop In" jak nic. Podobnie "I Talk To The Wind" jest ewidentnie TĄ piosenką. Gdzieś słyszałem również "Passages of Time".
***
Wpisany za cały luty, miałem jeszcze coś podziarać, ale 12 arkuszy o Barrym ma jakby za dużo stron, więc zacząłem to edytować — fajna zabawa. W ogóle po 16 czas strasznie szybko minął (nie żebym chciał tak pracować, ale jak nie ma luda jest taki spokój!)
***
Pętelka po ciemku od kościoła zrobiona (usunęli płot) i gramy w kosza 7/7. No, zmiany były — mniej biegania, ale bardziej intensywne. Nawet ze 3 trafiłem ciekawe, głównie przepychałem się i symulowałem grę w ataku. Dobra wataha.
***


Killing Them Softly (2012) — kryminal z Pittem w ogóle nie wyglądał. To znaczy się było staroświeckie kino, z brzydkimi aktorami, gdzie więcej gadano niż strzelano. Toczyło się wolno (no właśnie takie coś bardziej dla mnie), cała ta gangsterka była rozmemłana (Gandolfini!) i antybohaterska, celowo skonfrontowana z kryzysem Ameryki jako takiej. Powiedzmy, że była to jakaś krytyka systemu, mi zaś pasował ten nastrój pesymizmu, zniszczenia, starości, bez koloryzowania (ok, fury wypasione), film taki w kontrze do współcześnie musiejącego się dobrze sprzedać szybkomontażowego sensacyjniaka. Ustawił bym go obok bajkowej story "London Boulevard" (przeczucie nieuniknionej porażki/beznadzieji), rzucające się w oczy (prócz porowatej twarzy Raya Liotty) zdjęcia przedmieść jakby wyjętych z lat 70 w czasach Obamy (+ dobrze jest pomylić Chicago z Detroit) (a Osamę z Hussainem). 


Zimne piwo pyszne. Do tego jeszcze odcinek z rudym, ale scenarzyści rozpaczliwie chwytają się nieprawdopodobnych motywów by przedłużyć opowieść, a nie wyjawić wątków za wcześnie. Słowem: czwarty na minus.
Do snu 1:25.


1 marca, sobota

Odcinek z "co chcesz ze sklepu"

My drogi i Miłościwie Nam Panująca trenujemy mambo do samby

Zasadniczo nie wyszło na złe, ale ten dziad mnie obudził z rana, co mnie wyrwało ze snu i nieco zdenerwowało. W końcu to 7 z minutami była. Poszedłem na net itepe. OKC wygrało se z Memphis (starszy kolega Mike Miller porzucał sporo trójek). Zająłem się King Kongiem Deluxe, ale chyba nawet bardziej porwały mnie nowe filmy, zatem na pokładzie "American Hustle" i kolejny fantastyczny film z Jasonem Stathamem oraz duży Arabian Nights (1942) — rozpoetyzowałem się, więc do rogala/chleba/piekarni/śniadania stanąłem pełen werwy.
***
Przeniosła się ona na 20-minutową podróż na Stogi (tak jakoś wyszło), tyle że sikać się chciało sporo. Outlet bezpiecznie, bardzo szybkie zakupy butów, nie narobiliśmy sobie z matką wstydu, pani była uprzejma, a sklepy wciąż są ładne i kuszą aksamitnymi spodniami, kolorowymi garniturami i butami. Ale byłem dzielny. Teraz na co innego wydaję pieniądze.
***
Zatem symulacja spaceru, w dół do zbiornika retencyjnego — ależ tam się pozmieniało! wybudowali drogę, asfalt, rondo, nowe bloki, wyczyścili brzegi strumieni, uregulowali je, podobnie zrobili z tym czarownym w czarownej dolince, co aż tak bardzo mi się nie podoba, bo połączono to z poszerzeniem i uregulowaniem ścieżki, ale grunt, że tereny zielone jakoś się ostały. Zatem niezwykłe to bliskie mi miejsce wciąż jest i choć było przenikliwie zimno, szaro (i sikać) to mile wspominam. Reszta transferu do Gdańska, a potem do domu bez historii i zameldowałem się na drugie śniadanie i książkę.
***
W okresie obiednim i po (schab w sosie strogonow) ze świetnie pasującym fałszywym winem byłem nieco śnięty i otumaniony (za mało snu/niezdrowe emocje związane z jazdą wciąż/zakupy — taki z tego martwy ciąg wyszedł) za dużo czytania nie było, tak jak za dużo nie było światła dziennego. Odnalazłem się na wczorajszym filmie (chwyć klatkę jest), po czym wsiąkłem w wyszukiwanie skarbów, co mnie skutecznie pobudziło.
A zatem, jest niemal wszystko co sobie mógłbym wymarzyć, tyle że w większości za duże pieniądze (od 70 wzwyż). Tymczasem dowiedziałem się, że Pontiak wydał nową płytę, singel Black Keys/Stooges ładnie pomarańczowo wygląda, coś tam się zaciąga.
***
Trenujemy sambę. Potem okazało się, że to kroki do mambo, ale mamy nagrania bossanovy/samby i do tychże szybko przebieramy nóżkami, nawet się zmęczyły.
***
Będzie wojna? (niedobrze)
***



niedziela, 13 kwietnia 2014

Trade Deadline (2014) (film taki)


Do Indiany: Evan Turner do Philadelphii: Danny Granger
To była największa niespodziewanka. Przyzwoitość mówi, że powinni mu pozwolić pograć do mistrzostwa. Przez fakt, że byłem w okresie przedkomputerowym nba, to w ogóle nie widziałem jak gra, jeno czytałem w MVP. Teraz historią będzie, gdzie wyląduje. I czy Larry Bird nie popsuł atmosfery w zespole.

Do Golden State: Steve Blake do LA Lakers: Kent Bazemore
Wzbudzający moją niekłamaną sympatię Steve już był w poprzednim odcinku.

Do Cleveland: Spencer Hawes do Philadelphii: Earl Clark
Wysoki biały brodacz umiejący rzucać za 3. Krótkie historie z Sacramento, 76ers. Jest jeszcze szansa, że pogra chwilę.

Do Charlotte: Gary Neal, Luke Ridnour do Milwaukee: Ramon Sessions
Neal, jeden z małych bohaterów finałów 2013, który zgubił się w Bucks, oraz Ridnour, biały, który potrafi rozgrywać dla tych powodów warto by jeszcze pograli.

Do Washington: Andre Miller do Denver: Jan Vesely do Philadelphii: Eric Maynor
No brawo, wreszcie przyzwoity nowy kolega Gortata. Szkoda, że marnował się odsunięty od drużyny. Żelazny weteran, ktoś, w przyzwoitym w porównaniu ze mną wieku.

Do Brooklynu: Marcus Thornton do Sacramento: Jason Terry, Reggie Evans
Okazało się, że Reggie był kiedyś młody. Terry'emu pozostaje fakt, że jednak ma mistrzostwo. Bye, bye.

 
Do Denver: Aaron Brooks do Houston: Jordan Hamilton
Koszykarz o twarzy dziecka, czy to on uczestniczył w historycznym rajdzie Houston?

Do Atlanty: Antawn Jamison (z LAC)
Superstrzelec, z którego już nic nie zostało. Nie miałem okazji oglądać w ekipie z Arenasem. W każdym kolejnym klubie coraz mniejsza rola szczególnie ten mało udany epizod jako wsparcie dla Lebrona w Cavs.


Do Toronto: Nando DeColo Do San Antonio: Austin Daye
Nando w masce o tym wspominałem. Obecnie Kwiatkowski z Antonim prorokują, że Popovic zrobi z Daye'a koszykarza.

Do Philadelphii: Byron Mullens (z LAC)
Obiekt kpin tak, broda jest, zdjęcia w kolorowych koszulkach jest, rzut niby jest, kariera zaraz się skończy. To (i kilka innych historii) warto mieć na uwadze, kiedy ocenia się karierę Gortata w nba. To przecież tylko zmiennik Howarda był.


 
 
 
 
 
 
 
Do Sacramento: Roger Mason Jr. (z Miami)
Trochę pozwiedzał, zdziwiony byłem, że po efektownych występach w San Antonio (pewnie dawno temu to było) nie wyrósł z niego koszykarz na stałe.


Glen "Big Baby" Davies wspomnienie z mistrzowskich Celtics, potem jeszcze wspaniała story z Nate'em, później już transfer do Orlando, obecnie LAC (wspominałem) (za dużo je) (też wspomniałem).