czwartek, 6 września 2012

Paryz — dzien piaty (28 sierpnia) / Paryz — dzien szosty (29 sierpnia)



Odcinek ze sformulowana przewidywalnoscia

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca bylismy na powaznych zakupach i prawie cos rzesmy kupili.

No ja powoli zaczynam nieogarniac, ale metro nam sluzy. "Rob zdjecia, obejrzymy potem, co widzielismy". No ale to nie tak. Np. dzien dzisiejszy byl wyjatkowy pod tym wzgledem, a to glownie zasluga zakazu w M'O. Ale przez czlowiek musial sie troche nagryzdac, ale do rzeczy.

A, jeszcze nie do tej. Bo w czym rzecz. W tym, ze moje oczy zdaja sie juz nie miec wolnego miejsca, zeby zapamietac wszystko, co widze i zapamietac chcialbym wlasnie. A oprocz tego, co widze, jeszcze tyle sie dzieje. Mega. Jest.

Noc niezbyt plynnie (kark/kark/grypa?/przewialo?/niemniej, Szefowej nie az tak fajnie) i rano przywitalo nas zachmurzenie. Bagietka utracila swoja swiezosc, ale kawior nie zawiodl, nawet bez szampana. Kanapki na droge, plan majacy na celu maly skrot przedobiadowy. Tabletki co jakis czas dzialaja. Kolejka przed Musée d'Orsay sporawa, ale sprawna. Kierunek wycieczki bardzo dobry — zaczynamy od Mikolajow (czyt. gwiazdorow), w szczegolnosci nam sie podobajacych.



Wszystko skatalogowane mozna obejrzec tutaj (http://www.musee-orsay.fr/en/collections/index-of-works/), co jest bardzo mile z ich strony.

Zatem dwie sale na tip-top, trzecia w miare, czwarta po lebkach, piata i szosta, o ktorych zapomnielismy, juz przebieglem w 10 minut. Znaczy sie, mozna zwiedzic jeszcze raz. Niemniej, w duzej mierze bylo to zjawiskowe, historyczne i zachwycajace, jak i zmieniajace perspektywe (patrz: Renoir-Cézanne 0-1).
Miejsca pierwsze zajmuja ex aequo:
Caillebotte, Gustave, Raboteurs de parquet (Ty)
Burne-Jones, Edward, La Roue de la Fortune (ja)


Wiec jak juz skoncze te liste, to tez bedzie extra (juz jest) (wciaz jest). Lekko podsumowujac: gdyby temu muzeum dodac nieco Flamandow i kilku sredniowiecznych mistrzow — byloby prawie wszystko czego potrzeba.

I jak zwykle dobry transfer, znajdujemy kolejna ksiegarnie oraz sklep DIA (dobrzew), kupujemy malego chinczyka (po przeliczeniu okazal sie wcale nie taki drogi: 16E, a jeszce nam zostanie na nastepny obiad. Omlet w sam raz na zapchanie, pasztecik z wolowina wygral, do tego pikantne krewetki oraz kurczak szefa.

M'O skonczylismy o 15, jedzenie o 17, o 18 wybralismy sie do FNACa, a tam, oczywiscie layernia: m.in. winyle Blur i RATM, juz na filmy nawet nie patrzalem. Mala encyklopedia impresjonizmu 24E, ale tylko po fr, z kolei duzy i ciezki album impresjonistow 40E. Stosunek liczby stron do ceny ok, zlocone brzegi kartek. Zaleta? Ksiazka po fr, ale duzo duzych obrazkow i prawie zadnego tekstu!
Wiec jest nad czym rozmyslac w nocy.

Sukces nr 2: jest gra! Co prawda kosztuje 25E, ale jest. Z kolei sa tez pociagi, za 45E, ale za to wersja z USA!
Wiec jest nad czym rozmyslac w nocy.

Maly spacer kolo Comédie-Française oraz Palais Royal oraz Jardin du Palais Royal, takze La fontaine Moli
ère. Nastepnie, skoro zmierzcha, do niej. I akurat trafilismy na swiatelka. Hurra. I jeszcze ladnie sie prezentowala w nocy. A mysmy spokojniutko, zaliczywszy sformulowanie, udali sie zgrabnie do domu. Co poniektorzy w strojach wieczorowych. Ladnie. Bardzo ladnie. Jutro i potem jeszcze ciag dalszy.



Odcinek ze zgonem

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca twardo nie dalismy sie skusic indiancom, wietnamczykom, tunezyjczykom (kus kus fuj), koreanczykom, turkom, libanczykom i innym arabom, ale brudna bluza? — czemu nie.


Noc plynnie, jakkolwiek kark/kark/grypa?/przewialo?/Szefowej nie az tak fajnie. Ach, tak, nawet poranek mnie zaskoczyl, gdyz poprzedniej nocy sie zabawilem, hi hi. Sniadanie bylo wyrozniajace sie z tegoz powodu, iz nie mielismy tostow, a koncowke bagietki, ktorej reszta poszla na przemial na sniadanie drugie. Dodatki niezgorzej.


Kaplica sykstynska impresjonizmu. Wprowadzenie, wyciszenie i jest. Brawo za pomysl i wykonanie, ale jednak male mniejsze. Do tego Cezanne, Derain, Modigliani, Renoir i "nowi": Soutine i Utrillo. Szybko poszlo.

Muzeum sciekow rozczarowujace. Dia zaliczona, bez dodatkowych fajerwerkow. Kielbaski chipolata. Smaczne. I obiad smaczny (+ makaron z pesto + salatka). Mycie, kawa i nowy zestw ciastek. Koncerty jakies tak, ale niekoniecznie. Zatem po odpoczynku zwiedzanie Quartier Latin: meczet, Ar
ènes de Lutèce, najurokliwszy zakatek Paryza, Pantheon, St Étienne du Mont, Sorbonne, Musée de Cluny, jedzeniowa layernia kolo St-Michel, Marché Saint-Germain-des-Prés, Église Saint-Sulpice, czerwone butki i juz jestesmy w domu. Bardzo ladny spacer. No i obowiazkowe wypisywanie pocztowek. A reszta potem, potem, w koncu ile sie mozna zabawiac nocami.





środa, 5 września 2012

Paryz — dzien trzeci (26 sierpnia) / Paryz — dzien czwarty (27 sierpnia)





Odcinek z najladniejszymi wszystkimi cukierkami.

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca nie wstalismy wczesnie rano, bo to przez te zaluzje.

Ale nie zamierzamy poprzestac. Po prostu nastawimy budzik. Na 9. Sniadanie niejako tradycyjne, niemniej wciaz znakomite. + dodatkowa porcja na droge. Nawet nie tyle, ze ratujaca zycie. Ot po prostu. Dzisiaj w planie odhaczenie dzielnicy. (juz teraz moge zdradzic, ze z sukcesem).
Zatem, kiedy juz dobrze, a nawet bardzo dobrze bylismy przygotowani do dzisiejszego dnia:

— ogrody Tuileries troche za malo zielone, zbyt zapiaszczone i brudzace butki; karpie w sadzawce, wiatr i zbytnie naslonecznienie; ach no i wyglaskane kolano Rodina; 
Place de la Concorde ogromniasto; obeliks zlocenia w tym wypadku na miejscu; zasadniczo imponujace, zgrabne przejscie do
Avenue des Champs-Élysées kolejny znaczacy punkt programu: czlowiek sie nastoi (co, oni produkuja tam te bilety?!), a one i tak kosztowaly 70E, wiec szwedzki Indianiec nas nie zobaczy, sorczak; aleje jak aleje, monciak lepszy; natomiast salony samochodowe bardzo extra, i racja, kiedys nie zwrocilbym na nie uwagi, no moze na czerwone renault, na duzy plus mozliwosc dotykania i wsiadania, wciaz mowie o autach;



Arc de triomphe monumentalny, moze nie jakis brzydki, ale luki nie naleza do moich konstrukcji;
dzielnica z ambasadami, wyludnione ulice, przegapiony ruski kosciol; Parc Monceau perelka: sprawa z cukierkami, nalesniki, hustawki, mini karuzela ("bardzo to Mikolajkowe"), pomnika Chopina nie znalezlismy, albo niezwykle kontentni z odkrycia lokalnej ludnosci i parku dla osob
 az chcialoby sie polozyc na trawie, ale nie, bo idziemy do 
Musée Jacquemart-André znalezione, ale 11E za 4 Rembrandty oraz Boticellego i Tiepolo to nastepnym razem, kiedy najdzie nas chetka na dodatkowy palac
 wglad do Grand Palais (zamkniety do jesieni), wglad do Petit Palais (darmowa wystawa grafik) (na deszczowe dnie), przeglad Pont Alexandre III ze zlotymi okropnosciami, a z daleka widzimy wiadomo co juz coraz blizej;
le obiad: pesto ze wstazkami i znakomita salatka, nastepnie kawa i ciastko, potem przeglad aktualnosci muzycznych (na przyszlosc) oraz dezaktualnosci (no tego wolalem nie wiedziec) oraz filmowych (albo za drogo albo nic ciekawego), z ktorych wycelowalismy w jedna projekcje, gdzie szczesliwie dotarlismy na czas z odpowiednimi metrem przesiadkami; 
a La Cinémathčque française mowi nam, ze jest nieczynne do 29 sierpnia (sacrebleu!);
zatem przechadzka wieczorna nowa dzielnia z mego imponujaca La Bibliothèque nationale de France i dalej w kierunku domu; Gare d'Austerlitz; zaskakujaco objawil nam sie punkt jutrzejszej wycieczki, potem jeszcze Institut du monde arabe (ufo ale stadion w Gdansku ladniejszy) (i wiekszy) i
 crêpes + compote de pommes oraz crêpes + crème de marrons (dobra dzielnica dobra cena, 2,20E), wiec kolejny haczyk; 
transport jedna linia i mamy minute do domu cudownie!

rasoir
wirtualny Chinczyk





Odcinek z Jean d'Aronque

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca, mimo iz nie wiemy czy zyjemy, szczesliwie przezylismy caly dzien (kompletnie) na zwiedzaniu, i to na dwoch chlebkach z czekolada, czyli rekord.

(Gwoli scislosci: do kompletu mielismy brzoskwinie, sztuk jeden, oraz 0,25L autorskiego miksu coli ze sokiem jablkowym) (zapisac q potomnym).

Pobudka teoretycznie o 9, ale co poniektorzy zaczeli szlescic kartkami wczesniej i jeszcze wywolali tajemniczego tytulowego Francuza. Polowa sniadania okazala sie zaplesniala, co nam w niczym nie przeszkodzilo. Dobrze, a nawet bardzo dobrze przygotowalismy sie do drogi. Nastepnie, dzieki Szefowej osiagnelismy niebagatelny sukces i zakupilismy 7-dniowy bilet metrowy (zdjecia przygotowane zawczasu): wyrobienie karty (na miejscu!) 5E, bilet niecale 20E (zwroci sie po dwoch przejazdach dziennie i troche). Jedziemy. 



Quartier latin i stacja Gare d'Austerlitz. Wysiadka. Jardin des Plantes od razu wita nas budynkiem, z ktorego przezieraja szkielety (Galeries de Paléontologie et d'Anatomie comparée), ale to jeszcze nie to, nie na teraz, nie na ten wyjazd. Biezymy do Grande Galerie de l'Evolution (7E), gdzie spedzamy upojne 4 godziny ze szkieletami, makietami, wypchanymi zwierzaczkami (takie tam slonie i zyrafy), zwierzecym memento mori, zukami, motylami, owadami oraz innymi okazami, ktore zaczely juz mienic sie w oczach, tak ze czwarte pietro niemal biegiem (no dobra, wcale nie). Z pewnoscia (za) duzo zdjec, ale co tam. Pieknie tam bylo, i dodatkowo oszalamiajaca konstrukcja stali, szkla, wymoszczona pelnoformatowa boazeria — po prostu archetyp XIX-wiecznej biblioteki-muzeum.

Posileni i niezrazeni uplywajacym czasem udalismy sie do oczekiwanej Ménagerie du Jardin des Plantes. Ograniczona przestrzen i liczba zwierzat nie zawodza, dodatkowo umieszczone w klatkach i pomieszczeniach w baaardzo starym stylu. Urocze okolicznosci, sloneczna pogoda (witaj ukapeluszony podrozniku w czasie), moze troszke za malo picia i jedzenia, ale kto mogl sie spodziewac, ze bedzimy tam caly dzien miast jego polowe. Na mile zakonczenie fragment Jardin des Plantes (to tu, gdzie planowalismy byc dzisiaj) i juz jestesmy w domu. Male zakupy (drobne problemy decyzyjne), na obiad-kolacje tarta z porem (leader price, 2,20E), w sam raz, kawa, i na tym nie spoczniemy dzisiejszego dnia, bo dzisiaj juz nie zamierzamy sie nigdzie ruszac!

Radio Nova rzondzi!
http://tunein.com/radio/Radio-Nova-1015-s17696/#






wtorek, 4 września 2012

Paryz — dzien 1. (24 sierpnia, piatek) / Paryz — dzien 2. (25 sierpnia) (sprawdzic)

 

Pobudka: 3:50. Lepiej brzmi — za 10 czwarta. Duza kawa, co by zuzyc nieco mleka. Pol kromki chleba z gorgonzola. Bulka z gorgonzola jednak lepiej. O 4:30 transport. Lotnisko ojej; jakie wielkie! Samolot nieco spozniony, ale i start i ladowanie w porzo.
Jacek Dehnel, Lala. Poczatek moze nienajlepszy, ale powoli mozna dac mu szanse, w koncu jestesmy na wakacjach ilez mozna przewodnikow.
Sen w wersji skroconej, troszke, dopoki kark nie pobolewa (czlowiek jednak jeszcze nie dorosl do tego by wozic ze soba nakarcznik). Ladowanie w Beauvis, chwila oczekiwania na autobus (15E) (nie mozna szamac!) i juz miasto; no prawie ktos znowu sobie pospal przy wjezdzie do. A wiesz, ze czasem jest tak, ze bramka metra nie chce sie otworzyc? Taa, malo zabawne: no i prosze dzis zyczenie, dzis spelnienie. Wreszcie jazda, przesiadka, ladujemy w samym centrum babilonu. 1 cm na mapie = 100 metrow. A my mamy mega bliziutko. rue Récamier niezla kamienica, zjawiskowa winda i klatka schodowa, tyle ze my spimy na poddaszu w pomieszczeniu dla sluzby, szoste pietro, a tu windy nie ma. Jest fajnie, mieszkanie tyci, kibel na zewnatrz, przez okno widac wieze Notre Dame. Fajnie.


Male ogarniecie, a nastepnie podstawowy punkt programu: znalezc sklep nr 1 i nr 2. Wspaniale. Sa oba, oba dzialaja, w jednym zakupy (carefour) na wysokosc 36E, ale i obiad i sniadanie i jedzenie i picie i slodycze mamy juz zapewnione.
Obiad sprawnie, ze spozywaniem 3 kwadranse. Do tego CYDR! Co prawda najtanszy wychodzi 2E za litr, ale my nie bedziemy narzekac. Jest cieplo, jestesmy na wakacjach.
Pierwsza trasa zwiedzanie paryskich wysp. Troche popsula sie pogoda, ale mamy parasol.



Notre Dame bez szalu, ale jednak moze sie podobac. Paryskie ulice wszystkie jednakowe, ale taka jest specyfika duzych miast. Pierwszy rekonesans rozpoznawczy (dziki pies dingo, sztuczny lateks). 4 godziny spaceru, troszke juz wiemy. Wystawy sklepowe ok. Na pozegnanie dnia franprix, danie i napoje. Na kolacje tosty z francuskim serem, tanie (nie az takie tanie) wino, relaks, ladnie, spokojnie, fajnie. Prysznic, radio, internet i znakomicie, niemal pelnie przygotowani jestesmy do jutrzejszego dnia. Uniknelismy niebezpiecznego banana (W. Allen). A ja w ogole nie umiem pisac na tej francuskiej klawiaturrrze. Spaaaac. Tylko ze jeszcze prace trzeba wykonac. Umyc zeby. Spaaac. Juz mi sie podoba: miasto, ulice, domy, kamienice. Smacznie i pelnie. Jak w lodowce.


Odcinek z jaderkiem

Spalem zupelnie posrodku, znalazlo sie tam bowiem idealne wglebienie. Zatem cale lozko dla mnie. Na szczescie jest tez miejsce po boku. Noc niezbyt dluga (pobudka o 8), ale obudzilismy sie na poddaszu obcego miasta, widzimy paryskie dachy, przez rolety wpada umiarkowane pokawalkowane swiatlo. Na sniadanie francusko-amerykanskie tosty (ser + ser) (na peanutbutter bedzie jeszcze czas). Nastepnie szybki marsz w strone turystycznego centrum. Piramidka ok, wejscie ok, bilety ok i jedziemy na 6-godzinna wyprawe wytrzymalosciowa z 6 batonami spozywanymi po kryjomu w kiblu.


Wiec:
przygotowania z siostra Wendy, choc przykrotkie, cos nam uprzytomnily, aczkolwiek oryginaly nie zachwycaly swoja uroda. A, zaczelismy od 2 pietra, przynjmniej bylo luzniej, no chyba ze tam zawsze jest luzniej. Malarstwo religijne, ok, choc po jakims czasie za duzo. Nasz Memling ok, van der Weyden bardzo ok, Francuzi slabo, Holendrzy i Flamandzi na wypasie (m.in. Rembrandt, ale procz tuszy wolowej szalu nie bylo)(mega zestaw Rubensa przesaaaaada). Nie bylo notatek, sa foto bez flasha + sygnaturki q pamieci w ogole eureka: w Luwrze mozna robic zdjecia!
W ramach przerywnika apartamenty Napoleona najwspanialsze wnetrza palacowe jakie widzialem. Przepych i przesyt, ale godne zawieszenia oczu. Obu.



Juz w miare schodzenia ze stanowiska trafilismy na Nike z Samotraki, nastepnie przemarsz przez Wlochow, Angelico Fra jak zwykle sliczny, wole kopie Mony Lisy, Veronese za duzy, juz na wyjsciu Delacroix, David oraz drobiazgi w stylu Edymiona (no, nieco kobiecy, ale co tam). Uff. Przezylismy; I bylismy bardzo dzielni.
Ulica Pyramides, "polska" pani z info dla turystow zalatwione.
Na obiad quiche, potem kawa, lody, frykasy. Zmeczeni udalismy sie wieczorem jeno na zakupy. Plany zrobione. Czekamy na kolejne.
najnudniejszy (aktualnie) film swiata: Le Dernier Tango à Paris (1972)




czwartek, 23 sierpnia 2012

Odcinek z przedwakacjowy




niedziela, 19 sierpnia

Odcinek z pustynią

My, drogi i miłościwie Nam Panująca zażywaliśmy relaksu na klasycznej działce. Mieliśmy się zebrać, ale jakoś nie wyszło, ale to co wyszło, wyszło ekstra.

Zbiórka kamieni była poprzedniego wieczora. Prawdziwa akcja! No i terenowy ciqueciento. Więc wstaliśmy, chata wolna, śniadanie, kawa, słońce, pogoda. Czytamy, leżymy, relaks, swoboda (tak, ten). Materac trochę popuszcza, ale cień za samochodem jest ok. Do tego przydaje się auto. Wielce inspirująca wycieczka po żwirowni i naturze. Jezioro.
Prawdziwe. Lato. Wakacje. Woda. Wiatr. Stroje kąpielowe. Pomost. Deski. Schnięcie. Spacer.
Następnie okoliczności rodzinno-działkowe, ale nienastręczające.
Powrót w znakomitym stylu, pobyt w znakomitym stylu. Całość znakomicie.
Depresji popowrotowej brak. Znakomicie.

Frantic (1988)



poniedziałek, 20 sierpnia

Powrót trochę nie halo, ale czegóż to się można spodziewać jak jest się niezastąpionym. Prócz tego wybycie poranne nieustająco jest absolutne. I się nie nudzi. A że autobus uciekł — to już jego wina. W tyrce trochę poszemrałem. Ale żeby zabrać mój parapet bez niewysławszy? Nieładnie. W końcu jestem w trójce klasowej.

Niemniej, jakoś to zeszło. w końcu odliczanie skraca się do trzech. Chyba byłem dosyć zajęty. Ale najważniejsze, że mamy gdzie spać, a jedzenie sobie znajdziemy na ulicy. No i pełne 20 kg. Czad.
Następnie zestaw pytań do, potem nieustające peregrynacje: oddział jeden, oddział dwa, biedra, rożek advovat, znowu oddział jeden, pytania, odpowiedzi, szybka piłka, załatwiłem punkt jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i sześć i jestem szczęśliwym posiadaczem zamrożonych pieniędzy. Autobus, 007, podobno kręcą nowego, ale mam zaległości, Niedźwiednik, znowu dobrze, pogłos jak trzeba, powtórki jak trzeba, bardziej już wyjściowo, trzeba się zbierać, transfer, jestem gotowy.
Ba, nawet już zacząłem się pakować — mam dowód.




wtorek, 21 sierpnia

Jak się już ma takie fajne foto z super bohaterem, to trzeba mieć całą dyskografię pod ręką. Więc mam. "Sleepy Hollow" w zachwycającej wersji również. Ponadto coś tam coś tam.
Szybki transfer na centrum, spotkanie o 17:19 miast o 17:29. Las. Ale mój chyba lepszy. No ok, widok na zatokę jednak wart tego wysiłku, który wysiłkiem nie był. Ja potrafię sprawić lepszy — vide czwartek dwa tygodnie temu. A cała reszta spotkania ok, choć pod koniec ja, mistrz logistyki, zostałem "rzucony na pastwę polskich rozkładów jazdy".
Graficiarze słabo. Gdynia wciąż ok. Orientacja w t(T)erenie — na wysokim poziomie. Żadnych wątpliwości.
Przybyłem, zwiedziłem, zgłodniałem, wróciłem.



środa, 22 sierpnia

Nietypowo, nie chciało mi się drałować. W tyrce mały zakwas + zapasowe bagaże — w końcu jestem niezastępowalny.
Na chacie zaś zaliczenie punktacji do numeru 9 włącznie. Jak mi się będzie chciało, to machnę również dziesiąteczkę.
M.in. przecedzenie wina truskawkowego. Na razie jest drożdżowe i nieco
wytrawne. Ale da się radę.
No dobra, styrałem się.
Należy się odpoczynek.
Więc lecę.
Paaa.



środa, 22 sierpnia 2012

lizał lateks/martwy naskórek




piątek, 17 sierpnia

lizał lateks

My, drogi i miłościwie Nam Panująca zażywaliśmy relaksu na obniżonym levelu energii. Przynajmniej ja.




Seans pierwszy: godzina nieznana. 4 intensywne skurcze. Gdzieś pomiędzy jawą a snem. Długo. Łokcie wbijają się w kolana. Seans drugi: zdaje się 20 minut. Króciutko. Skończyło się około 4:23. Potem jeszcze dwa seanse. Na jeden nawet wziąłem sobie książkę. A co, po co marnować czas. Niemniej. Pomysł. Pomysłowy Dobromir i jest podjarka. O 8 telefon, brzuszek i główka — dobra wymówka i mam wolne!
W nagrodę dostałem tableteczki i suche bułeczki.
Potem już tylko leżakowanie.
Ach, jaki pyszny potrafi być ugotowany ryż. Ze solą!
Oczekiwanie na bycie grzeczny chłopcem.
Jedziemy jednak do sklepu — jasno.
Wracamy jednak ze sklepu — ciemno.
Ki diabeł.
A tyle pyszności.
Chyba cała energia poszła w odcinki. Albo zabrałem ją dnia następnego.



sobota, 18 sierpnia

martwy naskórek



My, drogi i miłościwie Nam Panująca zażywaliśmy relaksu na klasycznej działce z klasycznym grillem. I nie mówicie, że nie zazdrościcie. (ej, nie zrobiliśmy foto kiełbasek!)

Zatem poranny sobotni spacer do piekarni i kwiaciarni. Kto nie kuma w czym cymes — nie ma po co żyć.
A potem pakowanie na dzień i kawałek, a wyglądało, jakbyśmy się szykowali do III wojny światowej i następującej po niej ery post-atomowej. Ochota może została w łóżku, ale nie tacy my. W końcu mamy etui na płyty cd. Transport poszedł mega łatwo i znakomicie. Łącznie z kamieniołomem. Siwiałka wita. Potem leżakowanie i relaks. Chyba namiot się jakoś rozłożył. Potem jedzenie i picie. Potem leżakowanie i relaks. Następnie w jeziorze kąpiel. Potem leżakowanie i relaks. Potem jedzenie i picie. Potem kasjopea. Następnie droga mleczna. A następnie wychodek. Prawdziwy. Potem leżakowanie i relaks. Słowem — wakacje.



wtorek, 21 sierpnia 2012

Odcinek z weekendem w środku tygodnia



wtorek, 14 sierpnia

Odcinek z weekendem w środku tygodnia

My, drogi i miłościwie Nam Panująca mieliśmy we wtorek imprezowy piątek.

Na początek jazda mała, potem jazda duża, logistycznie cacy, troszkę w biegu, 3 siateczki, ale ładnie zgrabnie i powabnie. Ekscytacja. Z rozmarynem w jednej ręce, przybyłem, przysiadłem, zmontowałem i było pięknie. No ja jestem zachwycony. Następnie zaś, które to następnie bardzo szybko minęło do wtóru grzanek i zupy cebulowej z substytutem winiaku (grzanki!) zajęliśmy się wieczornymi okolicznościami. Grzanki! Do tego stara/nowa historia z cyklu: jak łatwo zaspokoic głód? 1. ugotować wody, wsypać cukier, zamieszać, wypić; 2. kromki starszego chleba usmażyć na maśle - wersja z wyrafinowaniem.

No mi było wygodnie: muzyka, sieć, pliki tu, pliki tam. Jak się się napracowałem, to zrobiłem sobie przyjemność. I całą ją zjadłem i popiłem. A to była podwójna porcja i wyraźnie to poczułem. Chwila na gotyk, a potem już bonusowa radość z robienia printscreenów — tak tylko oszukuję, że robię streszczenie. Bo robię. No dobra, nie oszukuję. Nie oglądam, bo znam na pamięć. A potem już mnie zmogło i widziałem tylko milimetrową szparką. Sen.


środa, 15 sierpnia

Odcinek z frytkami. Domowymi rzecz jasna

My, drogi i miłościwie Nam Panująca rozwiązujemy dylematy za pomocą pogody.

Nie leżakowałem zbyt długo, bo w końcu ten weekend miał się skończyć jednak szybko. Siedziałem cichutko jak myszka, aż dzwonek telefonu mnie przestraszył. Chwilami gotyk bywa znośny. Już już byliśmy przygotowani, i to znakomicie przygotowani do udania się na pojedynek tenisowy, kiedy spadł deszcz. Hurra!

A może to było w innej kolejności i nieco inaczej, ale tak bardziej pasuje do historii. W tak zwanym międzyczasie nastąpiła wizytacja wodociągowa. Zaś w czasie rozłożyło nam się wykonanie śledzi w cytrynie oraz frytek w rzutach trzech (czyli prawie jak zawody sportowe).

Frytki, choć zarumienione odpowiednio, nie posiadają chrupiącej struktury zewnętrznej, jeno są mięciutkie. Wobec czego, podzieliwszy się z bratnimi i dodatkowymi członkami wizytacji jedną trzecią naszej porcji, dwie pozostałe zjedliśmy sami. I można było wypoczywać.

Ha, już wiemy, gdzie mamy wysiąść, gdzie się udać i gdzie będziemy mieszkać. Światła wielkiego miasta — patrzajcie na nas!

I jeszcze mały maraton filmowy z akcentem budyniowym: wersja nieskalana waniliowa, wersja zmodyfikowana — z dodatkiem czekolady. Potem już zostało szykowanie się do snu, przygotowania jak trzeba, jeno ktoś znowu naniósł piasku. Po wysupłaniu dodatkowych funduszy na specjalnie przygotowany projekt detektywistyczny odkryliśmy, że naniosła to plaża. Chyba. A filmy należało oglądać w innej kolejności. Albo jakoś tak.

Chwilami życie bywa znośne (2009)
Charlie and the Chocolate Factory (2005)





czwartek, 16 sierpnia

Odcinek krótki

My, drogi i miłościwie Nam Panująca staliśmy się posiadaczami etui na płyty cd, co wcale — wbrew pozorom — nie było takie łatwe.

Jak to było, jak to było. Na szczęście chyba nieinwazyjnie w tyrce, bo nic nie pamiętam. Więc tak — albo zapisywać, żeby pamiętać, albo zapisywać, kiedy się jeszcze pamięta. Do diaska. Z drobiazgów: etui. Potem lody, paluszki i próba. Jak zwykle znakomita. "I wzięli tego niewidomego hip-hopowca z Kielc". "Dlaczego, dlatego, że ślepy?" "Nie, dlatego, że z Kielc".
I świetnie, a nawet bardzo dobrze, byliśmy przygotowani do snu, bo przecież trzeba się było wyspać przed pójściem do pracy.
No dobra, to był krótki odcinek.

Grzesiek Michał, James Bond szpieg którego kochamy




poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Odcinek z efektem piorunującym



poniedziałek, 13 sierpnia

Budzik wyrwał mnie ze środka nocy. Ale nocne szperanie po pudełku pamiętam. Zaczęło się od erroru z podwójnym  wpisem, a potem trzeba było nadrabiać. W końcu normy i przepisy obowiązują. Ale zaraz potem mega szczęście i pędrak pełny nowych okoliczności. Życzenie jeden i dwa, a nawet trzy
spełnione. Taki jestem.

Nadrabiam, nadrabiam, prawie jestem na przedzie. Pożegnanie z Michałem, oryginalna fryzura, nowy przedział ściany, igrzyska się skończyły, i bardzo dobrze, kto by tam pamiętał. A, no ja pamiętam: ja oglądam jak murzyny wsadzają białasom, a Ty się wiercisz.

Właśnie, jest okazja. Wiele się działo, bliskich mi parę: Grant Hill —> LA Clippers; Steve Nash
> LA Lakers (Gortata/Phoenix słabo widzę w tym sezonie) (zresztą, po ostatnim transferze wszystkie drużyny wyglądają jak ogórki, będziemy oczekiwać na finał Lakers-Miami, każden inny zestaw będzie niespodzianką); Dwight Howard > LA Lakers; Andre Igoudala > Denver Nuggets; Andrew Bynum > 76ers; > Magic =  ogórki. Acha, no i tekst z zawsze po pierwsze (http://zawszepopierwsze.bloog.pl/id,331911042,title,DUZY-SRODKOWY-PALEC,index.html)

Miałem bardzo przyzwoity plan na wieczór bez kompa. Ale wszystko spaliło na panewce. O ile obróbka wstępna bardzo cacy (efekty wkrótce), to potem zacząłem się zajmować. Efekt był piorunujący. A że późno poszedłem spać? Co tam. Przynajmniej już wiedziałem, jak się szybko sprawić następnego popołudnia. Ekscytacja.



ps. a tu właśnie nastąpił mały zawiech, bo do następnego odcinka potrzebuję grzanek!