piątek, 10 sierpnia 2012

Giżycko — saga (wiśniowa)




czwartek, 2 sierpnia

Odcinek z początkiem wakacji, w którym my, drogi i miłościwie Nam Panująca wyruszyliśmy na pierwsze dłuższe wakacje

Jest ok na wcześniejsze wyjście. Extra. Kilka prac porządkowych, rozdysponowanie dyspozycji i szu szu.

Trafił nam się upał. I pikacz. I to stanowiło deja vu. Ale uff, udało się, choć nerwy już były. I upał. Ale jazda była wyborowa, Krzysiu się sprawił, może końcówka była nieco zaskakująca, ale w końcu i camping się znalazł. 265 km, dwa przystanki, 4,5 godziny jazdy, dużo płyt, ale kanapek za mało. System wietrzenia może nie do końca doskonały, pod koniec miałem wrażenie opuchniętych oczu i nosa, ale przeżyliśmy.

Wieczór zmierzch. Recepcja. Jedno miejsce oszukane, drugie bardzo dobre. Pierwszy camping w życiu, kto by pomyślał. Fajnie. Materac z prądem. Rozkładanie i układanie. Sprawnie. Fajnie. Kto by pomyślał. Że to fajne.



piątek, 3 sierpnia

Odcinek z kartuszami, w którym my, drogi i miłościwie Nam Panująca nieomal pękliśmy

Jako że nie było żadnych konieczności, prócz takich, żeby schować się w cieniu, śniadanie zjedliśmy w cieniu. I do tego herbata. Na palniku. Nie takim (http://hikingdiy.blogspot.com/2011/07/restove-re-your-stove-on-trail.html).

Jeszcze wozem. Pierwszy wolny parking. A potem okazało się, że tam wszystkie są wolne. I pierwsze. Zatem ulica główna (Warszawska). Zatem zwodzenie. Mostu. A raczej jego posuwanie. Przesuwanie. Zatem most — cud techniki. Pruskiej rzecz jasna. Ale wciąż działa. Twierdza Boyen. Kolejny cud pruski. Tym razem architektury fortyfikacyjnej. Upał, gorąco, sporo zwiedzania. Niejako półtorej trasy zaliczone. Zatem natura, czerwona cegła, obtarcia od sandales (pamiętać na przyszłość o pancernych sandales!), ścieżki, pomieszczenia, okazyjny chłód, piekarnia, scenografia do horroru, zdjęcia ciemności, intendentura, kleszcze, szczęśliwie nie zdążyły się podpiąć, odbitki Rembrandta, kreskowanie cacy, upał, głód, żyjemy. (amfiteatr z zewnątrz — powiedzmy, że ptaszek).

Kartacze okazały się chyba hitem weekendu. Z chęcią bym jeszcze i jeszcze. Przede wszystkim stosunek ceny do ilości. Szybko przyszło. Potem jedzenie. Pyyyyszne. Zawartość mięsa w mięsie bardzo dobrze. Obwoluta cepelina — znakomicie. Oblanie jak trzeba, a do tego rozlewający się sos po przekrojeniu. Jakże żałuję, że jadłem surówki. (kłuły w ząbki). Bo przecież była jeszcze zapiekanka z ziemniakami, większa i wspanialsza niż ta z zielonego smoka. I tej już nie daliśmy rady. Szkoda było pęknąć żołądek. Ledwo dowlekliśmy się na plażę miejską, gdzie zaliczyłem trzęsiawkę i drzemkę. A potem był latający materac i latający materac 2.

Trafił się niemal biały szkwał na trawie, który przeżyliśmy w markecie. I słusznie. Bo "dużo jedzenia, oj dużo" niekoniecznie musi się nakładać na dużo jedzenia. Do weryfikacji. (cerkiew). Skoro padało i leciały pioruny, to był zakaz kąpieli, chociaż gdyby nie było zakazu, to nie trzeba by było mnie dwa razy namawiać. Zatem namiot, po namiocie, jednak kąpiel, zmarźluch, piechotna droga do miasta, port (czyli przystań), molo, księżyc za kratami, piechotna powrotna i tyle nas widzieli. Czas przejścia zupełnie nieznany.

 

sobota, 4 sierpnia

Odcinek z jednym z dziesięciu, w którym my, drogi i miłościwie Nam Panująca byliśmy jakby w programie drugim

Zaraz zaraz, to co tam było z "rana"? Na pewno: jako że nie było żadnych konieczności, prócz takich, żeby schować się w cieniu, śniadanie zjedliśmy w cieniu. I do tego herbata. Na palniku.

Następnie piechotnica, za torami, dom starców, znajomy już park z ekshibicjonistą oraz morderstwem. Straszna historia. Słabo znana. Ale straszna. Stawik. Daleko i głęboko. Rynek — był. Ciucholandy
były (czyli top secret). Czerwone stoliki były. Wieża ciśnień była. Guz był. Hotel Wodnik był. Obraz olejny był. A potem Polska Żegluga Mazurska. I elegancki (w środku statek), i słońce, i opalenizna, i kanał (kanały fajne), trochę łódek, trochę łabędzi, sommersby, alkohol przez cały dzień (czyli piwo), a tu proszę, jak w Hiszpanii, Niegocin-kanał Łuczański-Kisajno, dwa Brunony (wpisałem Bernardy), miały być pyzy, ale zamknione, potem miał być zestaw innych rzeczy, ale albo zajęte, albo długo, albo, więc pizza i chłodnik i to dokładnie w tej kolejności, sandały pobolewają, bo się popsuły chyba od deszczu tego, bo wczoraj kałuża raz i kałuża dwa, akurat na dwie stópki. Powrót, kąpiel, leżakowanie, pokolejne ubieranie, bo zmierzchująco zimno zaczęło się robić, i herbata wiśniowa z piwem, bo ikea, nie widziałem wcześniej, co ja robiłem, że nie widziałem tych rzeczy? Spać, bo trzeba jechać. Ach, przecież, jeszcze pokazy samolotowe były, orkiestra wojskowa, obwarzanki, pasaż, fontanna, kamieniczki, dworzec, wystawa, słowem moc wrażeń.


niedziela, 5 sierpnia

Odcinek z Lidzbarkiem Warmińskim, w którym my, drogi i miłościwie Nam Panująca szczęśliwie wracamy z wakacji

Śniadanie, pakowanie, sprawnie. Krzysiek nie chciał działać, ale Szefowa mu pomogła. Cmentarz raz, Kętrzyn dwa, coś tam coś tam i dojechalim. Ciepło. Słowem: wakacje.

Kiedyś to ładne miasteczko musiało być. Zameczek wciąż zgrabniutki. Jak z obrazka. Słowem: wakacje. Zawartość bez specjalności (no ale tamten pan bardzo nerwowy), ale tego zdjęcia nie podrobi żaden efekt malarski w fotoszopie. Przypiekane panini i pierogi ruskie. Słowem: wakacje. Ok, mogło być bez natrętnych ptaków. A potem już jazda, i to jaka. Śmy pędzili. (150?) (chyba nawet 155). Krzysiu prowadzi, droga prowadzi, samochód prowadzi, Szefowa prowadzi. Słowem: wakacje. Może w uszatce będę wyglądał trochę dziwnie, ale co tam. Nieco dłuższa trasa, nieco więcej godzin, ale wszyscy byli dzielni. I wspaniali. Udało się! I to jak. Pewnie, że może nie zarejestrowałem wszystkiego, ale jak tu zarejestrować wszystko. Nie da się. Chyba by trzeba dzienniczek prowadzić. Albo blog. A to gupie jest przecież.



czwartek, 9 sierpnia 2012

Odcinek z kranem i innymi "nieszczęściami"



środa, 1 sierpnia

My, drogi i miłościwie Nam Panująca dożyliśmy czasów, że tropik rozstawia się najpierw.

Siedzenie w nawietrzanym karku i tyle głowy nie jest specjalnie upojne. Więc istnieje konieczność modyfikacji polityki otwierania okien. Ale jestem już prawie przyzwyczajon. Na początek przesunąłem się  maksymalnie pod ścianę. Zawsze coś.

Ponadto zaczęło się coś, co można nazwać pracowniczym wirem. Gdyby nie to, że jest lato i zaraz wyjeżdżam, to te ciosy z każdej strony mogłyby przetrącić moją wątłą konstrukcję. W dodatku rozdzwonił się telefon. I to ten najbardziej dramatyczny z dramatycznych: zepsuł się kran! A ja przecież wyjeżdżam!

No co zrobić. Przejażdżka z tym samym ciężkim plecakiem, który miał jechać gdzie indziej. Na szczęście w miarę udanie można zostać bohaterem. Demontaż, kupno, montaż, działa. Bateria jak malowana, niemal taka sama. Szybko. Cacy.

A potem już była zabawa, relaks, walka ze stelażem. Do jakich to czasów dożyliśmy, że tropik rozstawia się najpierw! Zatem mieliśmy biwak. W domu. Z materacem. Wszedł był. Namiot bardziej pojemny niż okoliczności pokoju. I sam się spuścił. Ach zupa wyglądała pięknie. Może nie tak prze-pięknie, jak wczorajszy placek (tylko wirtualnie), ale nic jej nie brakowało. I miała pietruszkę. Mnie można złapać na pietruszkę. (za pietruszkę?). Do tego lody z wysmażoną śliwką. Wszystko na codziennym wypasie. Łącznie z gaszeniem światła.


środa, 8 sierpnia 2012

Odcinek z końcem lipca



wtorek, 31 lipca

My, drogi i miłościwie Nam Panująca jesteśmy już jednymi nogami (lewymi) w gpsie oraz zapewnieniu właściwej karmy muzycznej na nadchodzącą podróż.

I tak nam minął lipiec psze państwa. Komputery — rozpakowane i podłączone i działające. Stanowiska - rozdzielone. Książki (lub czasopisma)
porozkładane. Półki zarwane. Stare kible śmierdzące. Stare kuchnie i lodówki małe i okradane. "Czuję się jakbym nigdy nie wychodziła z tego pokoju" "Gyy, no idź już stąd". High-life już za nami. Robota niektórzy pracują. Inni służę i pomagam. A wy gdzie teraz siedzicie? Jeszcze inni się przenoszą ale co nas obchodzą jeszcze inni mniej sympatyczni. A pan kiedy będzie się mógł nauczyć globa? no nie teraz szanowny panie, nie teraz. Wraz z miejscem siedzenia zmienia się perspektywa "to nawet troszkę miło pomyśleć, że siedzisz na moim miejscu". Wygodniejszy fotelik bardzo proszę. Ładna tapeta znaleziona. Trzy śniadania zjedzone. Paski rozdane. Etui znalezione, acz jeszcze niesatysfakcjonujące. Grzeszne 600 stron za 60 zeta wydane. Chata zaliczona. Przygotowania w toku. Szefowa wydziarała mniam.

No do czego to przyszło, o Sonic Youth po całości już było. Więc co teraz? Smashing Pumpkins
Mellon Collie and the Infinite Sadness (1995). Proszę, proszę. Więc za chwilę pójdzie "Siamese Dream". Zaczęło się od starej kasety. No ej, gęsią skórkę zaliczyłem przy jednym fragmencie. Ale żeby nie było:

100nka — Zimna Płyta (2004)
A Place to Bury Strangers — Worship (2012)
Alternative TV — The Image Has Cracked (1978)
Alva Noto — Transform (2001)
Andrew Bird — Break It Yourself (2012)
Barn Owl — Ancestral Star (2010)
Baroness — Blue Record (2009)
BEAK — BEAK (2012)
Blitzen Trapper — Hey Joe (7_Inch_Vinyl) (2012)
Broken Betty — EP
Chris Watson — El Tren Fantasma (2011)
Chromatics — Kill for Love (2012)
Colosseum — Valentyne Suite (1969)
dEUS — Following Sea (2012)
Die Last — Marzenia Zdesperowanych Romantykow (2001)
Die Last — Medecine (2004)
Die Last — Ostatni (2007)
Eels — Beautiful Freak (1996)
Eels — Blinking Lights and Other Revelations (2005)
Eels — Daisies Of The Galaxy (2000)
Eels — Electro Shock Blues (1998)
Eels — End Times (2010)
Eels — Hombre Lobo (2009)
Eels — Shootenanny (2003)
Eels — Souljacker (2001)
El Banda — Skutki Uboczne (2010)
Emeli Sande — Our Version Of Events (2012)
Enchanted Hunters — Peoria (2012)
Evan Caminiti — Digging The Void (2009)
Fela Kuti — Gentleman (1973)
Fight!Suzan — Viper's Eye An Open Wound (2010)
Food — Quiet Inlet (2010)
Frank Zappa — Hot Rats (1969)
George Shearing — The Definitive George Shearing (2002)
Gonjasufi — MU.ZZ.LE (2012)
Guided by Voices — Class Clown Spots a UFO (2012)
Guillemots — Hello Land! (2012)
Head of Wantastiquet — Dead Seas (2010)
Higuma — Pacific Fog Dreams (2009)
iamamiwhoami — BOUNTY (2009)
Innercity Ensemble — Innercity Ensemble (2012)
Jan Ptaszyn Wroblewski — Sprzedawcy Glonow (1973)
Jan Ptaszyn Wróblewski Quartet — Flyin' Lady (Polish Jazz vol. 55) (1978)
Japandroids — Celebration Rock (2012)
Jon Porras — Black Mesa (2012)
Kelis — Kaleidoscope (1999)
Krzysztof Komeda — The Complete Recordings, vol. 15 — smarkula
Lali Puna — Faking The Books (2004)
Lali Puna — I Thought I Was Over That — CD2 (2005)
Lali Puna — Our Inventions (2010)
Lali Puna — Scary World Theory (2001)
Lali Puna — Tridecoder (1999)
Lana Del Rey — Lana Del Rey (2012)
Lotus Plaza — Spooky Action at a Distance (2012)
Lotus Plaza — The Floodlight Collective (2009)
Lungfish — A.C.R. 1999 (2012)
Lykke Li — Wounded Rhymes (2008)
Lykke Li — Youth Novel (2011)
Megafaun — Bury The Square (2008)
Megafaun — Gather, Form & Fly (2009)
Megafaun — Heretofore (2010)
Megafaun — Megafaun (2011)
Mount Eerie — Clear Moon (2012)
My Bloody Valentine — EP's 1988-1991 (2012)
Noel Gallagher's High Flying Birds (Japanese Edition)
Old Man Lizard — Old Man Lizard (2012)
Once OST (2006)
Paula And Karol — Whole Again (2012)
Pontiak — Echo Ono (2012)
Pontiak — Echo Ono (2012)
Pontiak — Living (2010)
Red Crayola — The Parable Of Arable Land (1967)
Red Fang — Murder The Mountains (2011)
Red Fang — Red Fang (2009)
Red Fang — Tour EP (2007)
Red Fang — Wings Of Fang EP (2007)
Robotobibok — Instytut Las (2003)
Robotobibok — Nawyki Przyrody (2004)
Salah Ragab And The Cairo Jazz Band — Egyptian Jazz (2006)
SicSic Tapes — Impermanent Nature (2012)
Stan Getz — Focus (1961)
Stephans — Minimal 7.20 (2005)
Sun Kil Moon — Among the Leaves (2012)
Sun Ra — Cosmos (1976)
Sun Ra — Nothing Is (1966)
Sun Ra — Nuclear War (1982)
Sun Ra — The Magic City (1966)
Supersilent — 10 (2010)
The Frames — Another Love Song (1991)
The Frames — Burn the Maps (2004)
The Frames — Dance the Devil (1999)
The Frames — Fitzcarraldo (1996)
The Frames — For The Birds (2001)
The Frames — The Cost (2006)
The Mars Volta — Noctourniquet (2012)
The Vaccines — What Did You Expect From (2011)
Tres B — Winks Of Courage (2012)
Turing Machine — What Is The Meaning Of What (2012)
UL_KR (2012)
Vladislav Delay — Vantaa (2011)
Xaddax — Counterclockwork (2012)
Zbigniew Namysłowski — Winobranie (1973)
Zbigniew Namysłowski Jazz Band & Zakopane Highlanders Band — Jazz & Folk (2000)
Zbigniew Namysłowski Modern Jazz Quartet — Lola (1964)


wtorek, 7 sierpnia 2012

Odcinek z przeprowadzką



poniedziałek, 30 lipca

My, drogi i miłościwie Nam Panująca dzielimy się na tych zapamiętliwych i nie. Szczęśliwie niekonieczne wytłumaczenie jest po prostu szczęśliwe.

12 koszy x 40 kg x 6 obrotów, to mniej więcej ujmując 2880 kg, czyli 1440 na łebka. Tylemże przetargał po schodach w tę i we tę. Dłonie czuję aż do jutra do dnia następnego. Opuchnięte są. Trochę potargane. Czy dłuższe?

I tak nam stuknęło cztery psze państwa. A samochód bezpieczny pod blokiem, jeno dupa mokra. Ale to jest temat w ogóle na list. THE LIST.

A ja to sobie zapiszę do dzienniczka. O!

Ledwo ogarniając ten dzionek (nieco podobnie do piątku) (tylko inaczej), muszę stwierdzić, że niemal wszystko się udało z kretesem. I pakowanie i rozkładanie, i noszenie i przenoszenie, i zwijanie i układanie, i kwiaty i papiery. A właśnie — papierkowa robota. A chujki stoją i się przyglądają. Pani dyrektorowa zaprzątnęła gacha do roboty, a ten se wynalazł zastępstwo, niemniej, myśmy wykonali swoje zadania i zrzucili graty do starego budynku. Warto było się przeprowadzać, co nie, Kaziutek? Jako że "kapitan schodzi ostatni" odbyłem dwa seanse filmowe: "Last lunch" oraz "Last lunch 2" i udałem się po kwasek cytrynowy oraz galaretki. (hah, galaretka! zapisać sobie => Szefowej — na poczet niedzieli przecież).

Próba nad wyraz udana i z odpowiednim nastrojem (jednak te sprawy potrafią się zmieniać). Po raz kolejny miałem poczucie, że wiem co gram i wiem kiedy gram. I rzecz jasna zawsze powinniśmy grać drugie wersje numerów. Ponadto w zestawie:
Sherlock Holmes A Game of Shadows (2011)
Ridley Scott (2012)
Smashing Pumpkins
Sonic Youth
piwo
wino jabłkowe
wakacje na działce
księżyc
oraz inne tematy
stare schody na Niedźwiednik
czyżby nowa tradycja?
a w lesie tamże jest leśny szlak
chodź
idę, szybciutko, 13 minut
a idzie się po ciemku
toml
i bardzo dobrześmy się przygotowali (kompot wiśniowy!) do snu w zimowym pokoju
przecież to banalnie proste
a niełatwy ze mnie chłopiec.


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Odcinek z "jak twój chłop"



niedziela, 29 lipca

My, drogi i miłościwie Nam Panująca zabawiliśmy się w "Małego Fryzjera 2".

A ja strasznie szybko przewracam te kartki. Dobrze, a nawet bardzo dobrze i niezwykle oryginalnie, doprawdy, przygotowaliśmy się do postrzyżyn. Siedzimy. Pada. Siedzimy. Mamy maszynkę. Bawimy się. Tym razem ja. Nawet zapomniałem nałożyć ogranicznika do 0,3 — czad. Trzeba było zatem strzelić improwizkę — pola ryżowe (prawie jak kod paskowy). No nie wiem jak Tobie (choć wygląda na to, że mimo TO, również), ale mi się bardzo podobało. W związku z tym odkryłem/zajarzyłem, na czym polega kwestia macania świeżo wygolonego łba (to o moim). Słodkości. Prawie tak wybitne jak wysmażone czereśnie. Chociaż to kwestia nad wyraz niedefiniowalna. Powiedzmy, że inna dyscyplina sportowa, skoro już (podobno) rozpoczęły się te igrzyska. Przecież to chłopiec.

Siostra Wendy oszukuje. I kto decyduje o tym, że czarny kwadrat na białym tle jest extra. Ale niech jej tam będzie. Niemniej. d'Orsay, w moim mniemaniu, szykuje nam nie lada atrakcje, i już pierwszy, wspólny, szlif na nadchodzącą ferię wrażeń wzrokowych mamy za sobą. W końcu, jak powiedziano: oglądanie obrazów na żywo, to...

I sałatka post-przystawkowa i pop-corn i się objadłem, ale do tego już się przyzwyczaiłem. Przecież, gdybym się nie objadał, to byłbym chyba chudy, co nie?

Listy do M (2011) — "polskie" "Love Actually", ładny montaż, ładne kolory, Polska jak nie Polska, zestaw klisz, okropne to, ale bez żenady — czy kiedyś uda się "wypośrodkować" między total amerykanizacją a total polskością (vide "Plac Zbawiciela")?


czwartek, 2 sierpnia 2012

Odcinek z cyanobacterią



sobota, 28 lipca

 
My, drogi i miłościwie Nam Panująca uroczo przemogliśmy upalny dzień tego lata.

 
Uuupał. Prawie jak w Hiszpanii. Dobrze, a nawet bardzo dobrze przygotowaliśmy się na wizytę na dworze w towarzystwie upalnych temperatur. Trasa na plażę na Przymorzu — no tak chyba można nazwać ten fragment plaży zajęła mniej niż się spodziewałem. Wliczając w to powrót, to byłem (byliśmy?) tam drugi raz w życiu. Takie sprawy. Kąpiel w sinicach. "Czy rośliny to zwierzęta?". 

Jeżeli my drogi kąpie się dwa razy = to jest prawdziwe lato. Ponadto drzemka na plaży, szczęśliwie na wznak, spalenie nie nastąpiło. Nastąpił brąz, przynajmniej tak mówi nadchodzący wtorek. Realny sklep. 

Cukinia na sposób maminy, klasyczny. Skoro już odkryliśmy (my, drogi) istnienie warzyw i owoców, to klasyka pozostaje czymś z górnej półki. Ba — posiada mięso. Ładnie się kroi. Estetycznie wygląda. I smakuje. Jeżeli tak — to ja bardzo poproszę. Sałata okazała się przystawką i jako taka posłużyła. Zamiast bobu kupił chłop piwo. Tak to z nimi jest.  

Ale to pewnie przez tę drogę powrotną na upalnym (nie upalonym) (eh, te literówki) rowerze. Wyprawa rozłożyła nam się na cały dzień. Duszność powodowała niekomfort, zaistniała konieczność wprowadzenia dodatkowych ciągów powietrznych. A potem spadł deszcz. A potem nastąpiło przygotowanie nowego pokoju na nowe okoliczności. Lato wymogło zastosowanie nowych rozwiązań w kwestii dyspozycji pokoju w systemie ciepło-zimno.

Małgorzata Musierowicz, Kłamczucha 
Safe House (2012) — z węzłem Washingtonem i Ryanem Reynoldsem — niedokończony sens.


środa, 1 sierpnia 2012

Odcinek, kiedy Francuz daje radę



piątek, 27 lipca

My, drogi i miłościwie Nam Panująca, zaliczyliśmy (z bólem głowy, hi hi) imprezę w dalekiej miejscowości.

Lato, lato, leniwiec. Wstawać się nie chciało, bo przecież weekend już od środy albo co najmniej od wczoraj. Babka drożdżowa wciąż ok (kurcze, nieuwieczniona), wafle vel andruty, szczególnie chłodzone, bardzo na czasie, lody wciąż czekają. Kanapki ostatnio bardzo urozmaicone, jakieś zielone i inne (nie że pleśń podchodzi).

Kiedy oko saurona nie patrzy albo przynajmniej nachyla się swoją obecnością w naszą stronę, można powiedzieć, że wszystko w naszym domu idzie. Kto wie jak będzie w przyszłym tygodniu, ale jak już człowiek zaliczył małe przyzwyczajenie do standardu nowych obowiązków i nie pęka z wizytacją w dużym budynku, to da się nawet żyć. Najważniejsze, trzeba podlać kwiaty teraz, na spakowanie się i tak nie ma czasu, przeprowadzka nr 2 dopiero będzie, więc nie ma się co martwić na zapas. I nie — nic już nie będzie takie samo, Moi Drodzy. To się nie wróci. 26 to nie 18 (ale wciąż nie 40).

Zagadki, zagadki. Kto mi teraz powie z perspektywy wtorku, co się wydarzyło. Oprócz tego, że moc rzeczy. Jakieś szczegóły?

Zabajdurzyłem czasowo. A na obiad szybkie pesto. Szefowa przygotowała (się również) na cacy. Szybkośmy doszli. Na peron skm. A ona się podciąga. Sukienka. Witomino. Ponad dekadę tam nie byłem. Sklep, chata, Francuzi, szkło. I poszło. Miałem te różnokolorowe piwa, ale jakbym nie pił. Impra (międzynarodówka) udana, Gospodyni (hiper)nadaktywna, piwna ciąża, kuchnia, wszystko się udało, łącznie z konwersacjami (obowiązkowo!) w języku obcym (oczywiście, że nie ja, ja nie umiem). Pewnie już było, ale co tam — dobrze, że prócz czipsów zapodają marchewki, przynajmniej człowiek ma poczucie, że zżera również coś pożytecznego. Sałatka z gotowanych ziemniaków i smażonej kiełbasy — godne zapamiętania. No, i co to za impreza, kiedy nikt się nie leje po mordzie. To oczywiście podwyższyło punktację imprezy. Choć nie wiem, czy nie bardziej pamiętam, co ważnego kryje się na końcu peronu.