wtorek, 14 czerwca 2011

MAVS



niedziela, 12 czerwca
Tym razem można zacząć nieco w zmienionym porządku. Ważne: osobista logistyka. Pobudka o 3:45, zatem trzeba wcześniej iść spać. Wyjątkowo nie za dużo alkoholu. Zastosowanie odpowiednich technik ("w lewej ręce trzymam twoje zdjęcie, prawą myślę o tobie") pozwoliło mi szybko wpaść w ramiona morfeusza. (ostatnim razem — w zeszłym roku — było to trudne do uzyskania, kokosiłem się niepomiernie, a efekt był słaby, tyle że mecz odbywał się w dogodniejszym, weekendowym, terminie). Pobudka sprawnie, kod do domofonu zawierał braki, ale szczęśliwie wszystko się udało. No i jaki finisz! Teraz będę mógł się na własne oczy przekonać, jak grało w poprzednich Miami, bo ten mecz nie wyglądał w ich wykonaniu rewelacyjnie, i łudziłem się nadzieją, że mimo 1/11 Dirka, mimo szybkich pogoni Miami (12-0), Dallas wciąż było w grze, nawet prowadziło kilkoma punktami. Nadzieja tym bardziej ulokowana, że Dirk w IV kwarcie na pewno coś trafi. Nie ma co się znęcać na "Big 3" — o tym będzie śmigać nba przez cały rok. Ja jestem wystarczająco zadowolony. Nawet myślałem o tym, by w okresie lokatu obejrzeć sobie kilka dziwnych drużyn (np. Cavs z Baronem), choć ostatnio rzeczywiście nawet w późne weekendy zajmuję się "pracą", a nie oglądaniem meczy. Czy ja już pisałem, że "i" słabo wchodzi z lapsa? Więc z chęcią obejrzę teraz wszystkie mecze finału i koniecznie rozwałkę Lakers 0-4. Team złożony z "no name'ów" (oczywiście, że to oczywista nieprawda), ale nawet mimo strat (które zawsze się zdarzają) Dallas GRAŁO, czego nie można powiedzieć chwilami o głupawej koszykówce Miami — abstrahując od niezwykłej indolencji w liderowaniu w zespole.
***
Co prawda nadal włączamy stacjonarny przez F1, ale być może odkryliśmy, że za zawieszenia odpowiada myszka, przynajmniej po jej zmianie (na "nowoczesne" łącze usb — szczęśliwie komp potrafił sam znaleźć odpowiednie sterowniki) (dzisiaj mam słowotok — niby samie pierdoły, ale proszę korzystać zawczasu), wszystko chodzi cacy, przy czym okazało się, że stary monitor działa, więc teraz mamy dwa dobre.
***
Zakończenie "Armacord" nieco bardziej nostalgiczne, bardziej jako klasyczne przywołanie nieustającego koła życia i śmierci. Wrażenie musiało być słabsze po pierwszych dwóch aktach, zwłaszcza, że szczęśliwe zakończenie (ślub Gradisci) nie jest rzecz jasna zakończeniem szczęśliwym. Niemniej, film może nie tak niezapomniany (Wanda! Wanda! Wanda!), ale wciąż wybitny.
***
"Duch wychodzi" Phillipa Rotha może nie zapowiada się tak wesolutko jak poprzednia historia o rzeźniku, ale jeżeli mam już czytać fabułę, to musi być tak fantastycznie potoczysta i gęsta.
***
Po wycieczce rowerowej (Olszynka 2) kolejne partie ramion uzyskują odpowiednią barwę. Chyba w tym roku będę miszczem. Pyszczku rewelacyjnie przygotowało kurczaka, mięso rozpływa się w ustach.
***
W tygodniówce tvp kultura było akurat o "Kyodontas" (było też o nowej płycie Foo Fighters i to było smutne, bo kreowano opcję, że była nagrana w garażu, co wystarczająco świadczy o indolencji prowadzących w kwestii muzyki) (podobnie zeszły tydzień Fleet Foxes i Tv on the Radio) (to tylko dowód na to, jak mocno mainstream jest obecny świadomości osób, które naprawdę zajmują się kulturą — czego zatem można wymagać od osób, które na tacy mają wyłącznie publikacje radiowo-telewizyjno-netowe). Mówię o tym dlatego, że film, mimo swojej wyjątkowości — nie szokował mnie jakoś szczególnie. Co więcej, mamy nawet z tego prywatne dowcipy, co zrobiłbyś za ołówek. Pamiętaj — z gumką!
***
Już pisałem, że ze mnie człowiek-maszyna. Skoro bolą górne partie, to można wybrać się na dolne. Olszynka po raz drugi nas nie zawiodła, zwłaszcza, że wystarczy pokręcić się po terenie i swobodnie można znaleźć tam orientację — przejechaliśmy kilka innych dróg. Sielsko-wiejsko. Mini piknik na nasypie. Trochę wiało chłodem, ale pomysł z opiekankami ok. Chyba nawet trochę się podmęczyliśmy w drodze do domu, ale pogoda niemal w sam raz.
***
Zaplanowałem wczesne wstanie (8), żeby móc wcześniej położyć się spać. Budzik dał radę — ja nie (11).

Brak komentarzy: