poniedziałek, 27 września 2010
piątek, 24 września 2010
las i grzybnia (zen i karma)
niedziela, 19 sierpnia
Pogoda wstała dobra, ja wstałem dobry, więc pora była na grzyby. Wziąłem zapas picia,jedzenia i kaset i w autobus na Otomino. Początek zapowiadał się nieźle, znane rejony, wpadło stadko kań, kilka ładnych prawdziwków, po czym... zgubiłem się. Okazało się, że jestem w części lasu, której nigdy nie widziałem na oczy. Co nie powinno dziwić, bo właściwie zawsze podążaliśmy do jeziora tą samą ścieżką, bez zbaczania. Cóż pozostało zrobić (mech po północnej stronie drzew nie pomagał), najpierw do małej ścieżki, która doprowadziła do większej, ta z kolei doprowadziła już do znanego oznaczonego szlaku rowerowego, problemem pozostawał jedynie kierunek, w jakim mam się udać. Szedłem w sumie jakieś 40 minut i cały czas byłem przekonany, że idę nie w tę stronę co trzeba, gdy nagle pojawił się znany motyw. Doprawdy, trudno mi sobie wyobrazić, jak zrobiłem tego ślimaka wcześniej, że znalazłem się w tym miejscu, co do którego nigdy bym się nie spodziewał, że się znajdę. Przygoda, przygoda.
W sumie i tak było warto, bo w zeszłym roku znaleźliśmy kilkanaście grzybków, a za drugimrazem jednego, a tutaj proszę. I mieliśmy pyszną kolację.
Po biedronkowej promocji pozostało jedynie wspomnienie, a ja po zrobieniu pętli z Otomina przez Szadółki do domu (jakieś niezłe kilosy) pozostałem bez stóp i już chciało mi się tylko siedzieć. Gdyby nie późna pora, to obejrzelibyśmy "Shutter Island" do końca, bo całkiem wciągający jest. Pomijam tutaj wiecznie za młodo wyglądającego do roli Leo, ale występuje np. Max von Sydow (Oktober!) czy Mark Ruffalo (Zodiac). Tak jak ostatnio wspominałem Aleca Guinnessa (Quiller Memorandum) iż taki nieznany jest, to proszę, kto grał Bena (Obi-wan) Kenobiego? Ale ok, pierwszym/drugim/trzecim lowelasem hollywood nie został.

aneks:
http://www.forum.biolog.pl/taki-grzibek-vt10542-15.htm
borowik ceglastopory (przekrojony lub uszkodzony szybko zmienia barwę na ciemnoniebieską)
Pogoda wstała dobra, ja wstałem dobry, więc pora była na grzyby. Wziąłem zapas picia,jedzenia i kaset i w autobus na Otomino. Początek zapowiadał się nieźle, znane rejony, wpadło stadko kań, kilka ładnych prawdziwków, po czym... zgubiłem się. Okazało się, że jestem w części lasu, której nigdy nie widziałem na oczy. Co nie powinno dziwić, bo właściwie zawsze podążaliśmy do jeziora tą samą ścieżką, bez zbaczania. Cóż pozostało zrobić (mech po północnej stronie drzew nie pomagał), najpierw do małej ścieżki, która doprowadziła do większej, ta z kolei doprowadziła już do znanego oznaczonego szlaku rowerowego, problemem pozostawał jedynie kierunek, w jakim mam się udać. Szedłem w sumie jakieś 40 minut i cały czas byłem przekonany, że idę nie w tę stronę co trzeba, gdy nagle pojawił się znany motyw. Doprawdy, trudno mi sobie wyobrazić, jak zrobiłem tego ślimaka wcześniej, że znalazłem się w tym miejscu, co do którego nigdy bym się nie spodziewał, że się znajdę. Przygoda, przygoda.

aneks:
http://www.forum.biolog.pl/taki-grzibek-vt10542-15.htmborowik ceglastopory (przekrojony lub uszkodzony szybko zmienia barwę na ciemnoniebieską)
środa, 22 września 2010
(zen i karma)
sobota, 18 sierpnia
Mieliśmy taki plan i go zrealizowaliśmy. Jako że telefon ze Stogów działał w jedną stronę, zahaczyliśmy o Gdańsk, w osolineum kupiliśmy obtaniony przewodnik po Rzymie oraz "Rycerzy okrągłego stołu" Garlickiego i jak głupki szukaliśmy przystanku autobusowego za tramwaj. Już na Stogach zakupiliśmy gigantyczne etui do okularów przeciwsłonecznych i zestaw piwa. Tym razem trafiliśmy ładnie, bo był żubr w promocyjnej cenie i większej objętości: 586 ml — ekstra!

Obiad mieliśmy nasz. W ramach ostatniego przywiązania do gier planszowych wyciągnęliśmy prehistoryczny eurobiznes i pograliśmy chwilkę, a ja przypomniałem sobie, dlaczego setki są najbardziej wymięte, i jak łatwo ustawić grę, kiedy się ma Austrię. W kanastę już poszło nam tradycyjnie. Dzień minął nam szczęśliwie i po trzech piwach wracałem do domu w całkowitej jedności z kosmosem (zen i karma).
***
Nawet obejrzeliśmy do końca "Salt" (przynajmniej ja).
***
A na We Are From Poland jest recka:
http://wearefrompoland.blogspot.com/2010/09/in-name-of-name-in-name-of-name-radio.html
Mieliśmy taki plan i go zrealizowaliśmy. Jako że telefon ze Stogów działał w jedną stronę, zahaczyliśmy o Gdańsk, w osolineum kupiliśmy obtaniony przewodnik po Rzymie oraz "Rycerzy okrągłego stołu" Garlickiego i jak głupki szukaliśmy przystanku autobusowego za tramwaj. Już na Stogach zakupiliśmy gigantyczne etui do okularów przeciwsłonecznych i zestaw piwa. Tym razem trafiliśmy ładnie, bo był żubr w promocyjnej cenie i większej objętości: 586 ml — ekstra!

Obiad mieliśmy nasz. W ramach ostatniego przywiązania do gier planszowych wyciągnęliśmy prehistoryczny eurobiznes i pograliśmy chwilkę, a ja przypomniałem sobie, dlaczego setki są najbardziej wymięte, i jak łatwo ustawić grę, kiedy się ma Austrię. W kanastę już poszło nam tradycyjnie. Dzień minął nam szczęśliwie i po trzech piwach wracałem do domu w całkowitej jedności z kosmosem (zen i karma).
***
Nawet obejrzeliśmy do końca "Salt" (przynajmniej ja).
***
A na We Are From Poland jest recka:
http://wearefrompoland.blogspot.com/2010/09/in-name-of-name-in-name-of-name-radio.html
wtorek, 21 września 2010
zen i karma
piątek, 17 sierpnia
Ha! vis-a-vis i sacreble. Przyjechał Tomek, zrobiła się pogoda, przyszedł Arek i nawet pograliśmy we 4, a potem lujnął deszcz. Choć i tak zdążyłem się zmęczyć. Coś ostatnio nie mamy szczęścia do pogody.
***
Przeczytałem wywiad. Można to ująć "w ch.. długi", ale warto było. Co prawda w opcji zen/karma v. a może bym sobie zmielił dzisiaj pieprzu do opiekanki zawsze wybieram to drugie, to ten słowotok był wciągający. No i z nowości: "szyszki u dupy" — to ciekawy zwrot.
http://www.pawnhearts.eu.org/~gregland/w-matni/burdel/totart/totart1.html
Niemniej wciąż uważam, że "Bigos Heart" jest dla nikogo prócz wiernych fanów i nie ma znaczenia, jakie pokłady duszy otwiera tam przed sobą autor angielskich tekstów. Co innego ITNON!
***
Obejrzeliśmy połowkę "Salt". Nawet nie takie najgorsze, jak się spodziewałem. Pyszczku słusznie mówi, że to taka żeńska wersja tożsamości berna, no i trzeba przyznać, że scenarzyści dokonują cudów i naginają rzeczywistość do granicy prawdopodobieństwa, żeby jeszcze utrzymać zainteresowanie widza pośród tego łubu dubu. Mimo to, da się to oglądać. To jest historyjka o tzw. ukrytych zabójcach, którzy czekają w uśpieniu na sygnał. Koncepcja ukuta zaraz po wojnie, była opisywana w tej książce o cia i innych nielegalnych spiskach/doświadczeniach. Ba, wystarczy zajrzeć do "On her Majesty's secret service", by znaleźć ten bajkowy pomysł, zrealizowany w romantycznym, szpiegowskim stylu niepoważnych lat 50.
Do snu oglądałem mecz Cavs-Nuggets 2010, który był bezpośrednim pojedynkiem dwóch strzelb: Carmelo i LeBrona, ale mimo blogowego zachwytu nie wzbudził moich emocji. Miło popatrzeć na obrazek historyczny — James i Shaq w Cavs, ale same wyniki 40-punktowe nie robią na mnie wrażenia. Co innego Rondo.
Ha! vis-a-vis i sacreble. Przyjechał Tomek, zrobiła się pogoda, przyszedł Arek i nawet pograliśmy we 4, a potem lujnął deszcz. Choć i tak zdążyłem się zmęczyć. Coś ostatnio nie mamy szczęścia do pogody.
***
Przeczytałem wywiad. Można to ująć "w ch.. długi", ale warto było. Co prawda w opcji zen/karma v. a może bym sobie zmielił dzisiaj pieprzu do opiekanki zawsze wybieram to drugie, to ten słowotok był wciągający. No i z nowości: "szyszki u dupy" — to ciekawy zwrot.
http://www.pawnhearts.eu.org/~gregland/w-matni/burdel/totart/totart1.html
Niemniej wciąż uważam, że "Bigos Heart" jest dla nikogo prócz wiernych fanów i nie ma znaczenia, jakie pokłady duszy otwiera tam przed sobą autor angielskich tekstów. Co innego ITNON!
***
Obejrzeliśmy połowkę "Salt". Nawet nie takie najgorsze, jak się spodziewałem. Pyszczku słusznie mówi, że to taka żeńska wersja tożsamości berna, no i trzeba przyznać, że scenarzyści dokonują cudów i naginają rzeczywistość do granicy prawdopodobieństwa, żeby jeszcze utrzymać zainteresowanie widza pośród tego łubu dubu. Mimo to, da się to oglądać. To jest historyjka o tzw. ukrytych zabójcach, którzy czekają w uśpieniu na sygnał. Koncepcja ukuta zaraz po wojnie, była opisywana w tej książce o cia i innych nielegalnych spiskach/doświadczeniach. Ba, wystarczy zajrzeć do "On her Majesty's secret service", by znaleźć ten bajkowy pomysł, zrealizowany w romantycznym, szpiegowskim stylu niepoważnych lat 50.
Do snu oglądałem mecz Cavs-Nuggets 2010, który był bezpośrednim pojedynkiem dwóch strzelb: Carmelo i LeBrona, ale mimo blogowego zachwytu nie wzbudził moich emocji. Miło popatrzeć na obrazek historyczny — James i Shaq w Cavs, ale same wyniki 40-punktowe nie robią na mnie wrażenia. Co innego Rondo.poniedziałek, 20 września 2010
stoner
czwartek, 16 sierpnia
Dzisiaj miałem dzień wolny, bo mieliśmy deal z komputerem laptopem, a potem zająłem się meczem. Oglądałem co prawda jednym okiem (czasem dwoma) i to była rzadka sytuacja od wielu miesięcy, kiedy nawet emocjonowałem się grą polskiej drużyny. 3-3. Co prawda Juventus był rzadki, jak nigdy, ale to wciąż Juventus, a mecz był u nich. Artjoms Rudnevs trzy gole, z czego ostatni mistrzowski. W tak zwanym międzyczasie uzupełniłem o okładki zawartość kolejnych 10 pudełek dvd. Będę się musiał postarać jeszcze o dwa.
***
Nie poczęstowałem się z Pyszczku obiadem, do którego wrzuciłem imbir i było mniam. Przewalałem się masowo po tekstach nba.
***
Tymczasem zarzuciłem sobie więcej Lalo Schifrina, przy okazji nawinęło się trochę funku i zupełnie od czapy zajrzałem na blog stonerowy, gdzie między innymi były takie odmienności, jak jesusowo-lizardowo-dazzling-killmenowy Bamboo Diet - DSM-VI.
***
I dzięki temu blogu mam trzy wyjątkowe foto.
1. Bo kręcą mnie takie okładki sf-fantasy. Może niekoniecznie Boris Vallejo, ale chyba zachoruję, jeżeli na Vreenie 3 nie pojawi się taki cover albo back. Oczywiście nie mam pojęcia, kto mógłby się zająć projektem. Sam nie namaluję.
2. No, sam napis już nie zmyli nikogo, że są to chłopcy z Azerbejdżanu, ale foto i tak w jakiś sposób zjawiskowe.
http://www.myspace.com/gandhisgunn
3. Stonermani zawsze imponowali mi okładkami płyt i plakatami, tak nawiązującymi do psycho lat 60.-70.



Jest to oczywiście standard, tak jak pewną normą są zdjęcia z "poczuciem humorów" członków tychże zespołów. Ale to wzbudza moją sympatię

Dzisiaj miałem dzień wolny, bo mieliśmy deal z komputerem laptopem, a potem zająłem się meczem. Oglądałem co prawda jednym okiem (czasem dwoma) i to była rzadka sytuacja od wielu miesięcy, kiedy nawet emocjonowałem się grą polskiej drużyny. 3-3. Co prawda Juventus był rzadki, jak nigdy, ale to wciąż Juventus, a mecz był u nich. Artjoms Rudnevs trzy gole, z czego ostatni mistrzowski. W tak zwanym międzyczasie uzupełniłem o okładki zawartość kolejnych 10 pudełek dvd. Będę się musiał postarać jeszcze o dwa.
***
Nie poczęstowałem się z Pyszczku obiadem, do którego wrzuciłem imbir i było mniam. Przewalałem się masowo po tekstach nba.
***
Tymczasem zarzuciłem sobie więcej Lalo Schifrina, przy okazji nawinęło się trochę funku i zupełnie od czapy zajrzałem na blog stonerowy, gdzie między innymi były takie odmienności, jak jesusowo-lizardowo-dazzling-killmenowy Bamboo Diet - DSM-VI.
***
I dzięki temu blogu mam trzy wyjątkowe foto.
1. Bo kręcą mnie takie okładki sf-fantasy. Może niekoniecznie Boris Vallejo, ale chyba zachoruję, jeżeli na Vreenie 3 nie pojawi się taki cover albo back. Oczywiście nie mam pojęcia, kto mógłby się zająć projektem. Sam nie namaluję.
2. No, sam napis już nie zmyli nikogo, że są to chłopcy z Azerbejdżanu, ale foto i tak w jakiś sposób zjawiskowe.http://www.myspace.com/gandhisgunn



Jest to oczywiście standard, tak jak pewną normą są zdjęcia z "poczuciem humorów" członków tychże zespołów. Ale to wzbudza moją sympatię
piątek, 17 września 2010
The Lion in winter
poniedziałek, 13 września
Tradycyjnie bez pecha.
Berto Pisano — Interrabang (1969) — można słuchać na okrągło, godzinami.
***
Zapakowałem się już wczoraj, wino będzie dla dziewcząt ("Chodźcie dziewczęta, nie ma czego się bać, wujek Icchak pokaże, wam-swój-znak"), zameldowałem się u Endriusa wcześnie. Wreszcie do roboty!
On miał tamburyno, ja miałem niebieski pojemnik z ryżem. Na szczęście instrumenty perkusyjnie dodawaliśmy oszczędnie, tylko w momentach, które tego potrzebowały. Ogólnie zrobiliśmy dobrze, tradycyjnie już (ale ja nie mam w tych sprawach opamiętania) zachwycałem się smyczkami oraz to co pięknego zrobiły z moich piosenek. Które same w sobie oczywiście są ładne. Posiedzielim, pogralim i tylko szkoda, że do snu nie było poniedziałkowego agenta.
wtorek, 14 września
Pogoda się wyszarzyła i nie było kosza. Czymże zatem się zająłem? Małe mieszanko z plikami (się ich narobiło, tych filmów), a potem zgranie kasety John Barry II. Tym razem w zestawie "Deadfall" (1968), "The Lion in winter" (1968) (ten film historyczny nawet kupiliśmy w Hiszpanii na dvd), "Follow me" (1971). Najlepiej w tym zestawie wypada ten pierwszy, gdzie piosenkę tytułową śpiewa Shirley Bassey (Goldfinger, Diamond are forever, Moonraker), a piosenka jest zrobiona wg szablonu "From Russia with love", nawet podobne frazy grają instrumenty perkusyjne. Kaseta będzie cacy.
***
No i do snu oglądaliśmy drugą część "LaFayette Escadrille" — niewiarygodne, jak pozbawiony sensu był ten obraz. Jego zamysł, konstrukcja i realizacja stoją w takich sprzecznościach, że jest to złe kino po prostu. Cudaczne, ale nie tak rozbrajające, jak klasyki.
środa, 15 września
Dzisiejsza pogodowa bryndza przypomniała mi o niedawnym zjawisku, kiedy już zaczęło robić się zimno, poranek, ale świeci słońce, całe okoliczne trawy i krzaki pokryte są kropelkami wody. Jak okiem sięgnąć, wszędzie między wyższymi trawami rozpięły się rozliczne pajęczyny, które w tej mnogości wyglądały jak talerze anten satelitarnych. Spektakularne.
***
Pogoda była, jaka była, ale doszła do pewnego rozjaśnienia, więc pojechałem na kosza z Jerzym. Wcześniej jeszcze zakupiłem w avansie pudełka dvd do okładek 007 i przy okazji słuchawki, bo rzucili. Potem piwo i do domu. Zjadłem opiekanki, pojechałem rowerem jak szatan i pograliśmy sobie równo z Jerzym godzinę. Powrót, PRAWDZIWY obiad, i jednym okiem obejrzałem mecz — zapiski nba były ciekawsze.
***
Muzyka z "The Lion in winter" to utwory na chór i orkiestrę, utrzymane w tonie średniowicznej muzyki religijnej ze sporo dozą pompatyczności, ale imponujące (te wielkie) i intrygujące (te kameralne, oprate głównie na chórze).
***
Teraz mam Paul Horn "Jazz suite on the mass texts" composed and conducted by Lalo Schifrin - i to jest dopiero zabawka: klasyczny jazz połączony z muzyką liturgiczną (weź choćby tytuły: "Kyrie", "Offertory", "Agnus Dei"). I co ciekawe, jest to frapujące, ale znakomite i połączenie tych dwóch światów nie kłóci się ze sobą. Czad.
Jeśli dołączę do tego muzykę Pendereckiego do "Egzorcysty" ("Kanon For Orchestra and Tape"), to może kiedyś przełączę się na muzykę kościelną?
***
Taka zajawka z blogu:
http://whatsinmyipod.blogspot.com/2008/02/prog-is-not-four-letter-word.html
Prog Is Not A Four Letter Word
This album was found at the great Astronation.
A good collection of prog from around the world; a few of the artists already made an appearance on this blog, namely the koreans San Ul Lim and the turks 3 Urel (AKA 3 Hur-El) and Baris Manco. I also heard Czerwone Gitary (Red Guitars — or is it Golden Guitars?), I think they are Czech. The other bands are new to me.
Oczywiście wkleiłem ze względu na Czerwone Gitary.
Tradycyjnie bez pecha.
Berto Pisano — Interrabang (1969) — można słuchać na okrągło, godzinami.
***
Zapakowałem się już wczoraj, wino będzie dla dziewcząt ("Chodźcie dziewczęta, nie ma czego się bać, wujek Icchak pokaże, wam-swój-znak"), zameldowałem się u Endriusa wcześnie. Wreszcie do roboty!
On miał tamburyno, ja miałem niebieski pojemnik z ryżem. Na szczęście instrumenty perkusyjnie dodawaliśmy oszczędnie, tylko w momentach, które tego potrzebowały. Ogólnie zrobiliśmy dobrze, tradycyjnie już (ale ja nie mam w tych sprawach opamiętania) zachwycałem się smyczkami oraz to co pięknego zrobiły z moich piosenek. Które same w sobie oczywiście są ładne. Posiedzielim, pogralim i tylko szkoda, że do snu nie było poniedziałkowego agenta.
wtorek, 14 wrześniaPogoda się wyszarzyła i nie było kosza. Czymże zatem się zająłem? Małe mieszanko z plikami (się ich narobiło, tych filmów), a potem zgranie kasety John Barry II. Tym razem w zestawie "Deadfall" (1968), "The Lion in winter" (1968) (ten film historyczny nawet kupiliśmy w Hiszpanii na dvd), "Follow me" (1971). Najlepiej w tym zestawie wypada ten pierwszy, gdzie piosenkę tytułową śpiewa Shirley Bassey (Goldfinger, Diamond are forever, Moonraker), a piosenka jest zrobiona wg szablonu "From Russia with love", nawet podobne frazy grają instrumenty perkusyjne. Kaseta będzie cacy.
***
No i do snu oglądaliśmy drugą część "LaFayette Escadrille" — niewiarygodne, jak pozbawiony sensu był ten obraz. Jego zamysł, konstrukcja i realizacja stoją w takich sprzecznościach, że jest to złe kino po prostu. Cudaczne, ale nie tak rozbrajające, jak klasyki.
środa, 15 wrześniaDzisiejsza pogodowa bryndza przypomniała mi o niedawnym zjawisku, kiedy już zaczęło robić się zimno, poranek, ale świeci słońce, całe okoliczne trawy i krzaki pokryte są kropelkami wody. Jak okiem sięgnąć, wszędzie między wyższymi trawami rozpięły się rozliczne pajęczyny, które w tej mnogości wyglądały jak talerze anten satelitarnych. Spektakularne.
***
Pogoda była, jaka była, ale doszła do pewnego rozjaśnienia, więc pojechałem na kosza z Jerzym. Wcześniej jeszcze zakupiłem w avansie pudełka dvd do okładek 007 i przy okazji słuchawki, bo rzucili. Potem piwo i do domu. Zjadłem opiekanki, pojechałem rowerem jak szatan i pograliśmy sobie równo z Jerzym godzinę. Powrót, PRAWDZIWY obiad, i jednym okiem obejrzałem mecz — zapiski nba były ciekawsze.
***
Muzyka z "The Lion in winter" to utwory na chór i orkiestrę, utrzymane w tonie średniowicznej muzyki religijnej ze sporo dozą pompatyczności, ale imponujące (te wielkie) i intrygujące (te kameralne, oprate głównie na chórze).
***
Teraz mam Paul Horn "Jazz suite on the mass texts" composed and conducted by Lalo Schifrin - i to jest dopiero zabawka: klasyczny jazz połączony z muzyką liturgiczną (weź choćby tytuły: "Kyrie", "Offertory", "Agnus Dei"). I co ciekawe, jest to frapujące, ale znakomite i połączenie tych dwóch światów nie kłóci się ze sobą. Czad.
Jeśli dołączę do tego muzykę Pendereckiego do "Egzorcysty" ("Kanon For Orchestra and Tape"), to może kiedyś przełączę się na muzykę kościelną?***
Taka zajawka z blogu:
http://whatsinmyipod.blogspot.com/2008/02/prog-is-not-four-letter-word.html
Prog Is Not A Four Letter Word
This album was found at the great Astronation.
A good collection of prog from around the world; a few of the artists already made an appearance on this blog, namely the koreans San Ul Lim and the turks 3 Urel (AKA 3 Hur-El) and Baris Manco. I also heard Czerwone Gitary (Red Guitars — or is it Golden Guitars?), I think they are Czech. The other bands are new to me.
Oczywiście wkleiłem ze względu na Czerwone Gitary.
czwartek, 16 września 2010
relaks
piątek, 10 września
I właśnie kasetę wypróbowałem podczas wieczornej przejażdżki rowerem. Nie było tak fajnie, jak oczekiwałem, bo ciepło było u nas na górce, a jak zjechałem do parku, to wiało wilgocią, chłodem i komarami.
***
Wieczorem (nie wiadomo po co) podciągnąłem się w nba-extra z odcinków, których wcześniej nie widziałem, co zbiegło się z podsumowaniem drugiej części sezonu, którą sobie podczytuję.
***
Na chwilę odczułem ulgę w pracy, po czym popsułem sobie weekend zastanawiając się, czy dobrze zrobiłem, jak coś tam zrobiłem.
sobota, 11 września
Ponieważ dzień wstał tak piękny, jak jeszcze nie było we wrześniu, sterroryzowałem Pyszczku, narobiliśmy opiekanek i pojechaliśmy rowerami na Gdańsk. Wypożyczyliśmy kajak na Żabim Kruku, zrobiliśmy tradycyjną pętlę przez Polski Hak, a w drodze powrotnej nawet popłynęliśmy na Olszynkę niemal do mostu kolejowego za Orunią. Z powrotem zajechaliśmy do sklepu na dolnej, ale lodów sernikowych nie było, buuu. Potem Pyszczku musiała odbudować zapasy energetyczne, a ja w tym czasie obejrzałem pierwszy półfinał.
Wieczorem poszliśmy do Jerzego na pociągi, w ostatniej partii grała też Dagmara, ale byli bardzo gościnni i wygraliśmy z Pyszczku wszystkie partie. W nocy trasy mi się nie śniły.
niedziela, 12 września
Śniadanie z grzankami zrobiłem cacy, a po kawie poszliśmy porzucać na kosza. Jedną 50 wygrała Pyszczku, drugą ja. Tym razem szło nam zdecydowanie słabiej, bo: rzucaliśmy z dalszej (niemal prawidłowej) odległości, było ciepło, a nawet gorąco, świeciło słońce czasem w twarz, a fantastyczna czarna gumowa wykładzina oddawała swoje ciepło. Ale aktywność fizyczna na plus.
Po obiedzie odcedziliśmy prawie roczne wino aroniowe, pyszne, gęste, ale po ujęciu owoców strasznie mało się go zrobiło. Poobiedni relaks postanowiłem kontynuuować na balkonie z rumuńskim piwem i czipsami o smaku pesto z bazylią (że jak?) (acha). Rewelacja. Ostatni dzień lata. Siedziałem na balkonie, czytałem o Grancie Hillu i grzałem się w słońcu (zdjęcie jak w autocadzie, ha?).
***
Wieczorem łatwy finał i przed nami kolejny tydzień do rozwałki.
Piszę pospiesznie i nie mam przemyśleń, bo ostatnio potrzebuję wyłącznie relaksu. Dramatycznie potrzebuję wyłącznie relaksu albo aktywności fizycznej dla umysłowego relaksu.
I właśnie kasetę wypróbowałem podczas wieczornej przejażdżki rowerem. Nie było tak fajnie, jak oczekiwałem, bo ciepło było u nas na górce, a jak zjechałem do parku, to wiało wilgocią, chłodem i komarami.
***
Wieczorem (nie wiadomo po co) podciągnąłem się w nba-extra z odcinków, których wcześniej nie widziałem, co zbiegło się z podsumowaniem drugiej części sezonu, którą sobie podczytuję.
***
Na chwilę odczułem ulgę w pracy, po czym popsułem sobie weekend zastanawiając się, czy dobrze zrobiłem, jak coś tam zrobiłem.
Ponieważ dzień wstał tak piękny, jak jeszcze nie było we wrześniu, sterroryzowałem Pyszczku, narobiliśmy opiekanek i pojechaliśmy rowerami na Gdańsk. Wypożyczyliśmy kajak na Żabim Kruku, zrobiliśmy tradycyjną pętlę przez Polski Hak, a w drodze powrotnej nawet popłynęliśmy na Olszynkę niemal do mostu kolejowego za Orunią. Z powrotem zajechaliśmy do sklepu na dolnej, ale lodów sernikowych nie było, buuu. Potem Pyszczku musiała odbudować zapasy energetyczne, a ja w tym czasie obejrzałem pierwszy półfinał.
Śniadanie z grzankami zrobiłem cacy, a po kawie poszliśmy porzucać na kosza. Jedną 50 wygrała Pyszczku, drugą ja. Tym razem szło nam zdecydowanie słabiej, bo: rzucaliśmy z dalszej (niemal prawidłowej) odległości, było ciepło, a nawet gorąco, świeciło słońce czasem w twarz, a fantastyczna czarna gumowa wykładzina oddawała swoje ciepło. Ale aktywność fizyczna na plus.
***
Wieczorem łatwy finał i przed nami kolejny tydzień do rozwałki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

