sobota, 11 stycznia 2014

Odcinek specjalny: John Barry — Follow Me (1972)


 
 
 
 


ps. 1007 — czyż to nie znaczy?

piątek, 10 stycznia 2014

Odcinek z babką



17 listopada, niedziela

Odcinek z tworzeniem, nieee, z zakupami!

My drogi i Miłościwie Nam Panująca cały dzień poza.

Nękany wyrzutami sumienia zabrałem się w końcu za drugą partię tekstów. Owocnie x 4. Absurdalnie, ale byłem zadowolony. To ciężka muzyka, więc teksty trochę ją ubarwiają. Będę chciał się przebrać za żółtego ptaka z ulicy sezamkowej ("wielki ptak, wielki ptak, wielki ptak to jest znak").
I chyba zaraz po pierwszej kawie, wyposażeni w kanapki, wybraliśmy się na zakupy 3 w 1. Spacerów po okolicy nie było (ścieżki ścieżynki), właściwie nic nie kupliśmy, ale out-let jak zwykle kuszący ciucholandem (powstrzymałem się!), meble z prawdziwymi książkami, i mnóstwo kasy w spożywczaku na wypasie.
Ponieważ to była niedziela, to był sezon na kucharzów.

Luigi Nono — First Rain (1909)
18 listopada, poniedziałek

Odcinek z pre-demo

My drogi i Miłościwie Nam Panująca chwilowo.

Poniedziałek jak zwykle pracowniczy, a potem, z okazji wyjątku nie piłem piwa, tylko pojechałem ze sprzętem na próbownię. Rozkładanie, nagrywanie, składanie. W wyniku hałasu "rootz" źle się nagrał, z niezrozumiałym pogłosem ścieżek 2 na 2 (mimo nagrywania jednoczesnego), ale oznacza to, że ów ciekawy efekt trzeba będzie teraz powielić w oryginalnym nagraniu.
Wróciłem do domu szczęśliwie, mimo atrakcyjnie widowiskowego wyjazdu tyłem z zaciągniętym ręcznym.
I jeszcze obwiozłem Wojta po dzielni.

Luigi Nono — La morte del pulcino (1881)
19 listopada, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca oraz Pacułka rulez.

Wtorek był wtorkowy, robotniczo chyba jeszcze się układał, szybki transfer (bo ciemno na dworze), że nawet odegrałem kilka klepsyderek na starym komputerze. W oczekiwaniu na babkę, czym sprawiliśmy sobie radość oboje. Królowa obiadów — jak nigdy zjadłem na miejscu.
Po Luzomurzynach dokończyłem książkę z serii "Klub siedmiu przygód". To dobra seria. 
Jerzy Broszkiewicz "Długi deszczowy tydzień" nie dorównuje autorom wybranym w dzieciństwie, porónując chociażby z ostatnio przeczytanymi opowiadaniami Niziurskiego, bardziej śmierdzi tamtymi czasy w wersji pogodnej (pełne zaopatrzenie)(wnioski, zebrania, milicja obywatelska), ale ratuje się charakterami postaci i "dorosłymi" dialogami między nimi. Lekkie i zabawne. Ach, te wspaniałe relacje między rodzicami a dziećmi, z tym tak samo źle jak u Borejków, ale w końcu dla Pacułki było naprawdę warto.


czwartek, 9 stycznia 2014

Odcinek z pracą a jakże


Vittorio Matteo Corcos — In lettura sul mare
14 listopada, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pracujemy na zewnątrz.

Nietypowa kombinacja, że Ty wcześniej wychodzisz z domu. Poranny czwartek skuteczny w zadania, tylko się potem rozpisać. Szukanie poprawek jest trochę jak układanie puzzli. Pasują, ale trzeba się nastarać. O 16 zrobiłem sobie wolne. Parę zabawnych scenek. Zauroczyłem się. No i wyszła mi świetna kompozycja zdjęć z "Back in Action!".
Wreszcie — straaaaasznie długo to trwa! dochodzimy do porozumienia z firmą od digi-packów, dżis. Śja nie wiem, gdzie ci (i tamci) ludzie pracują. W dupach im się przewraca.
Przebieżka.
Mamy już jakby przed-weekendzik, ale jeszcze nie mam takiego nastroju. Jajko na twardo. Będzie ciasto. Śmierdzący ser i zaróżowiona śmietana już zeszły z grafiku.

Giulio Aristide Sartorio — Risveglio
15 listopada, piątek

Odcinek z wow

My drogi i Miłościwie Nam Panująca spędzamy jakże klasyczny piątek.

Baaaardzo słabo nam poszło na koszu. To mogło być jakieś 160-100, z czego nie liczyłem im rzutów za 3, a wpadały aż miło. W pracy był ruch, a ja nie mogłem wziąć Indiany, bo był zbyt duży, więc w ramach pocieszenia obejrzeliśmy "Thunderball", czyli mi się opłacało. Choć ten ekran taki malutkiiii....

Pier Focardi
16 listopada, sobota

Odcinek z piciem na mieście

My drogi i Miłościwie Nam Panująca rozmawiamy z panem plisem.

Jak wstałem rano to dobrze się ogarnąłem ze WSZYSTKIMI informacjami z zeszłej nowy = byłem na bieżąco. Ponadto wymyśliłem sposób na oglądanie flashy (ostatnie jakoś nie chciały grać) i w ten sposób oszczędzam magiczne godziny na ściągnięcie chociażby jednej kwarty. I zeszło. Tak mi się zdaje, bo nie pamiętam.
Pojechaliśmy do orła, który zmylił nam tropy i zapodał plisy zamiast rolet. Taka wolta. A oruńska wenecja wciąż śliczna, ja jestem pod wrażeniem.
Do domu na obiad i spacerem do GB i to bez smyrgania.
Pojechałem na 16 do Gdańska, Jerzy już tam był i zaczęła się szalona impreza.
No mi się bardzo podobało (choć nie trafiłem z pizzą, a polskie kino trochę naciągane), jakkolwiek jak zwykle nie miewam głębokich przemyśleń i koncepcyjnego opracowania charakterologicznego. Czekam zatem na kasety, płytę wysłaliśmy razem i udałem się, na ciepło, w ten ciepły wieczór, do domu. Acha — zdjęcia z Bawarii kuszące zamkami i górami. Jerzy miał znakomity pomysł, rzecz jasna. Heroes, Caylus, Marillion, Arcade Fire, Dick — pokrótce.
Wieczorem coś żeśmy oglądaliśmy, chociaż półprzytomny byłem.

ps. malarze lombardzcy z książki cd.


środa, 8 stycznia 2014

Odcinek z super, że dniem wolnym



11 listopada, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jeszcze trochę w Berlę.

Our Man Flint (1966) — zaczyna się tak źle, że aż bosko, a James Coburn zniewala swoim uśmiechniętym końskim uzębieniem. Wszystko jak trzeba w komedii-parodii 007. Są bezwzględni przestępcy, są gadżety, są kobiety w bikini, jest czołówka, kolorowe napisy animowane, przełozeni jako antagości, czerwone telefony, a Flint nawet uczy baletu.
Zapowiada się zła zabawa. Muzyka Jerry'ego Goldsmitha. Czeka w kolejce.
Jaimee Paul — Bonded: A Tribute To The Music Of James Bond (2013) — nieee, nieciekawy głos, fatalnie zachowawcze interpretacje, to nawet nie jest współczesny chill-jazz, Artur Orzech puszcza bardziej dziką muzykę.
Dobra, zabieram się dalej do zabawiania się czczą rozrywką.
Acha, przerobiłem berlińskie zdjęcia w efektarzu, bo normalnie nie da się ich oglądać.
Wstałem o 8 bo tak trzeba.
Dwa zaległe odcinki bbt, szczególnie ten drugi bardzo znakomity (miecze świetlne). A wcześniej tak świetnie się zabawiałem, że rozrywka mnie wciągnęła i nie pamiętam czym.
Prawdopodobnie, po wielu wielu wielu godzinach ciągnięcia doobejrzałem pełny, zaskakujący mecz 76ers - Miami Heat, gdzie było sporo zwrotów akcji — jak w sensacyjnym filmie. Michael Carter-Williams miał wspaniały debiut, efektowny itede. Rzeczywiście na początku sezonu można się zachwycać. ALE. Pamiętam, że w archiwum mam mecz Tyreke Evansa, który w 2010 roku został debiutantem roku, wykręcał cyferki na poziomie LeBrona, a teraz wiadomo. Się to wszystko może zupełnie inaczej rozwinąć.
Podsumowując — było to całkiem wypasione trzydniowe lenistwo.


12 listopada, wtorek

Odcinek z groźbą UNICEF trawienia

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pracowaliśmy pilnie przez całe poranki.

Wtorek przywitał nas podobnie jak inne wtorki. Wciąż zagęszczamy się z pracą na temat UFO i prowadzimy trudne dyskusje z autorem. Ja jestem ten zły, choć to ci z góry nie dają pieniędzy.
Ciemność wtorkowa nie pozwala na parczne zachwyty. Wtorkowy ryż ponownie się przesypał, ale nie mamy z tego powodu dąsów: zobaczymy za lat trzydzieści, gówniarzu.
Miało nie być wtorkowych zakupów, a tymczasem będziemy pić okowitę z jabłek. Jak w "Łuku triumfalnym". Wtorkowe wieczorne powroty, gazety do czytania (nic specjalnego (wszystko opowiedziane), więcej jazzu bym potrzebował na słuchawki. Umiliani.
Pobiegłem na autobus, tak szybko nie biegłem od dwóch lat.


13 listopada, środa

Odcinek z jazdą w tę i we w tę

My drogi i Miłościwie Nam Panująca chybaśmy głównie pracowali.

Kolejne rozpakowanie okazało się sukcesem, tylko format obrazu jakby się nie zgadza. Ale dodatki są. Znakomicie. Troszkę się nazbierało, powinienem wyjść normalnie, wyszedłem spóźniony.
Kasę trzeba było dowieźć, a niemal cała komunikacja sprzysięgła się przeciwko mnie. Czytam LuzoMurzynów (tylko kilka mi się podobało, reszty tych czarowników nie kumię), 5 razy zrobiłem przebieżkę i wcale się nie spóźniłem tak bardzo. Przem ma parcie na szkło, w końcu doszliśmy do konsensusu, bez konieczności niepotrzebnych kombinacji w obrębie utworów. Chłopaki fajnie się upijają — opowiadali.
Ty oddajesz pismo numer dwa, ja szykuję się do snu.


wtorek, 7 stycznia 2014

Odcinek w którym zaszkodził Ci jazz


 


9 listopada, sobota

Odcinek ze światowym dniem gry wstępnej

My drogi i Miłościwie Nam Panująca bawimy się na występie

Wyjątkowo obudziłem się o 9:50. Być może dlatego, że z tego wszystkiego (wyciskanie noska) poszliśmy spać ok. 1:30. Nie było zajęć indywidualnych. Były zajęcia grupowe i znowu Bavarskie kiełbaski. Z tego wszystkiego trzeba było pójść na zakupy. Są jakieś widoki na rolety — resztę trzeba obdzownić.
Będzie kurczaczek (pierś), Gortat tym razem dobrze, wygrana z Broklyn Nets. Jeszcze nie zrobiłem do końca prasówki, bo muszę obejrzeć w tym celu dokładnie 4 strony i 4 różne relacje. Te mecze teraz strasznie wolno się ściągają: po 4-5 godzin.
Myjesz włosy. Przy okazji. Przed obiadem.
Idziemy niby na tego Medeskiego, ale przecież co oni są wobec ostatniego występu. Już nigdy nie będzie takiego koncertu, jeszcze mi się nie zdarzyło iść na koncert bez takiego braku przekonania, chyba że na własny.
Dobrze (albo niedobrze), że zrobiliśmy sobie u-booty, trasa była chłodna. The Neck długo się rozkręcali. Właściwie przez cały koncert. Jakkolwiek Twoje prawie omdlenie wywołane jazzem było trochę niepokojące, ciało bezwładne, trudne do wyprowadzenia, ale po tym dramatycznym początku występu musiało już być tylko lepiej. RAW trochę "pograli" na perkusji i laptopie, mi tylko było szkoda, że nie dorwałem w tym czasie Ożogowskiej albo że w ogóle nie zagraliśmy w osadników, jaaaaakoś minął ten czas, szczególnie po drugim piwie. Wszystko przez ten Berlin — być może to mógłby nawet być nienajgorszy koncert, ale teraz to mi już tylko został Jon Spencer — nikogo innego w pobliżu nie widzę.
Zatem "pieprzeni gwiazdorzy" Martin, Medeski i Wood, choć nie zagrali "Let's Go Everywhere" to zagrali niemal "same przeboje" i nam się to podobało, tak mi przyszło do głowy, że oglądanie niegdyś na żywo The Nice czy Deep Purple dla umiejętności mistrzów hammonda musiało być ekscytujące. Zatem my, jako mniej wyrobiona publiczność z zadowoleniem przyjęliśmy występ, w którym ewidentne solówki były wtłoczone w ramy rytmu i niezłych partii basowych. Sztandarowe, ale na wysokim poziomie technicznym. Po tym występie mam przekonanie, że twórczość Jak Zwał Tak Zwał jednak ma sens.


10 listopada, niedziela

Odcinek po dniu, w którym zaszkodził Ci jazz

My drogi i Miłościwie Nam Panująca robimy domowe zabawy

Ennio Morricone — Danger Diabolik (1968) — i to nawet z dialogami. Ogólnie słabe,nieciekawe, ale melodia przewodnia jest jak trzeba. Filmu zapewne nie trzeba oglądać.
Od końca to już przed północą byłem śpiący, ale dograliśmy grę do końca.
Bo już nie chciałaś oglądać kolejnego top chifa.
Już był późny wieczór, więc obejrzeliśmy master chifa dzień wcześniej niż zazwyczaj. Miło.
Doobejrzeliśmy pierwszy oglądany współnie odcinek top chifa — równie gupie, ale z jedzeniem.
Zjedliśmy granata i byłem najedzony przez całą noc.
Odcinek serialu na raty, bo tata przyjechał.
NYK dostali strasznie w dupę od Spurs. Śja nie wiem o czym myśleli właściciel i generalny menago, ale to jest ewidenta katastrofa nawet nie na miarę LAL 2012-13, bo tam mogło wyjść, a tu nie ma z czego. To już nawet nie są koszykarze. Nawet jeżeli świetnie wyglądają te ich pomarańczowe ti-szerty.
Italian Job (1969) ma świetną jakość, "On Days Like This" Mata Monroe, szybkie samochody, Michaela Caine'a, widoki z Turynu, Benny Hilla, parę gagów, przeuroczy wizerunek systemu penitencjarnego w Wielkiej Brytanii. Zresztą wygląda to na lekko pretensjonalną reklamówkę Anglii i mini morrisa, ale okraszoną poczuciem humoru. Nie wiem czy angielskiego. Kręcenie konkretnych wypasionych remake'ów, jak ten z Jasonem Stathamem ma sens. Jakkolwiek nic nie zabierze półtorej godziny radości z oglądania staroświeckiego filmu w staroświeckim technicolorze, zwłaszcza podczas filmowania górskich zakrętów w Szwajcarii podczas jazdy samochodem jak najbardziej osobowym (Goldfinger). Muzycznie Quincy Jones się sprawił, a jakże — czy ja tego słuchałem?
Na wczesny obiad jemy wczoraj zrobione danie z brązowym ryżem, który dzisiaj jest miększy.
Ponieważ wczoraj wykończył Cię jazz i alkohol, na imprezę rodzinną jedziesz tatobusem i w dodatku przywozisz wiele skarbów. Mniam.
Wypadamy na chwilę na dwór po 4 rogale z białym makiem. Bo przecież dwa to za mało.
Odrobiłem wszystkie poranne wiadomości z nba. Czuję się nasycony, mimo że poszczególne kwarty ściągają się masakrycznie: 4 godziny ściągania, pół godziny oglądania.
Dokończyłem ten mega długaśny "Zero Dark Thirty" i się okazało, że moje przekonanie co do okoliczności pojmania OSBN były mylne, może widziałem nie te wiadomości? (tak, to nie był Osama a Saddam) Niemniej — film trzymał w napięci a ostatnia akcja jak dobre podchody. Tylko odgłosy zamiast muzyki oraz wiele innych elementów scenariusza, które mogłem opowiedzieć.
Lepiej ogląda się filmy wieczorami, bo tego poranka wyjątkowo jasno było, może to dlatego, że drzewa pogubiły liście.
Zlałem kolejny garniec wina, odniosłem rower na balkon.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



piątek, 3 stycznia 2014

Odcinek z proszę pani, siedzę w domu od dwóch lat i nawet porządnego leada nie umiem napisać


guacamole Tfe

7 listopada, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca się szykujemy na różne takie.

Się ogarniam (prawie), punkty lecą, koszykarze grają, zabrałem się za czytanie murzynów, tych z Angoli. Z początku podeszłem do nich trochę z rezerwą, no wiesz, po Edmundzie wszystko jest słabsze. Ale powoli przekonują mnie do siebie nowoczesną płynnością wypowiedzi.
Kupiłem ozdobną kapustę. Ależ mamy piwa w lodówce. I to nie tego najtańszego.
Się sprawiłem i mamy też nową LnŚ z THE Mersons. Będąc wcześniej w domu wieczorem byłem bardziej żywy, żeby być na miejscu. Zaliczyliśmy pełen zestaw rozrywkowy z master chifem. Swobodniej dzisiaj poszło z popołudniem, na jakieś 2 i pół raza.
Sałatka z gotowanego na parze brokuła, marchewki, jajka na twardo i CZOSKU.

hah, wtedy jeszcze była jasność (względna)

8 listopada, piątek

Odcinek z prawdziwym koszem i weselem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca oglądamy co nie utonie

Przeczytałem tekst samozwańczego obrońcy Larkina, na szczęście dostrzegłem literówkę — czyli jednak jest człowiekiem. Niezdzwoniliśmy się jednak. No do jutrzejszego.
Były kontrowersje z liczeniem arkuszy. Prócz tego trzeba było obrotem rzeczy się zająć: korekty, zaproszenie, zdjęcia kosmitów. Zdążyłem jedynie zobaczyć jak mój idol krzywi się w temacie diamentów. I zostały mi już tylko 4 dni urlopu! Zdjęcia z Marsylii są tak kolorowe, że wcale nie trzeba ich podciągać. Wyniki i statystyki — wciąż miło, wciąż zaskakująco. Na razie wygląda, że część prognoz może się nie spełnić.
Tymczasem chłopaki wzięli się na serio za granie w koszykówkę: było podzielone krycie indywidualne, sporo biegania, oddawałem piłkę kolegom, ale oni nie zawsze chcieli rzucać. Wobec tego rzucałem na swoich 30%, ale z 8 razy trafiłem jak nic. Trochę przepychanek w obronie, dużo akcji indywidualnych w kontratakach, ale jak już mieliśmy atak pozycyjny, to tak długo śmigaliśmy piłką po obwodzie, że ktoś w końcu trafiał — wyglądało to na przemyślane akcje. Wyglądało. Natomiast — mieliśmy sporo akcji dwójkowych z Jerzym, z czego on był prawdziwym EGZEKUTOREM.
Wieczorem lekkie podsumowanie kosmitów i zbawienie.com i wzięliśmy się za wspólny seans "Wesela" (2004). Film trafny (może ciut przesadzny), straszny, ale nie jestem pewien, czy zdobyłby międzynarodowe nagrody. No i przez to słuchamy następnego dnia Tymona.
Fortuna śliwkowe, cośmy je mieli pić w pociągu do Berlina — bardzo dobrze.



czwartek, 2 stycznia 2014

Odcinek powakacyjny



4 listopada, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca oswajamy się z nagłymi wakacjami a ta książka o IP to nie takie to tamto

Znowu w pracy, załatwia się to i tamto, kilka nowych wyników się pojawiło, a ja mam sporo do nadczytania. Pojawiła się ta książka o IP. To będzie ciekawe, szybkie, dziwaczne zadanie. Na dzień dobry zapomniałem o autorze i jego zdjęciach. Sam przyszedł, a ja się osłuchałem znowu we wszystkich płytach, bo tak trzeba.
Poniedziałkowa próba. Ciężkośmy pracowali. Szło jak po grudzie. Efekt co prawda jakiś jest. To było zadanie dla zadaniowców. Poradziliśmy. Szarość fot z szarego Berlina. To ci historia!
Siedzimy, jem przed snem.

==============================

5 listopada, wtorek

Odcinek z RW

My drogi i Miłościwie Nam Panująca klasycznie nurzamy się we wtorku i okazuje się, że pogoda dwa miesiące później wcale się nie zmieniła.

Nad ranem jest regularne 5 stopni i szarówka. Tym razem trafiła się "Jutro klasówka" Edmunda. Jeszcze szybsze i bardziej trafiające w mój sentymentalny gust. Wobec kompletnych ciemności przez wtorkowy park właściwie przebiegam.
Przywiozłem piwo z Berlina. To ci historia!
Były slajdy, mus do słoików, 1/10 przeminęło, w domu biedzimy się z ciastem (musiałem wykrajać jabłka z dużym zapasem — za karę). Zrobione, zakończone, ale ciasto jabłkowe wyszło Ci wybornie.
Zupa flaki z kurczaka. Spokojnie. Surówki lepsze teraz wychodzą. Rarytasy.


6 listopada, środa

Odcinek z jesienną, he he, depresją

My drogi i Miłościwie Nam Panująca z wcale regularną środą a jakże.

Miałem się relaksować o 15:45, ale zawsze coś. A to budżet, a to www, a to się pani jedna z drugą rozgadały. Przypomniał mi Jerzy o Arcade Fire. Ja sobie przypomniałem o Gortacie i Johnie Wallu. Inni nba-owcy przypomnieli się sami. Jest nowy bohater: Michael Carter-Williams — pierwszy tygodniowy jednoroczniak od czasu Shaqa. Dzieje się. Nie ogarniam chwilowo, nawet skarb kibica jeszcze nieukończony. Na szczęście pan agent zapobiegł konfrontacji jak zdołałem się przejrzeć na kolorowym obrazie, a autor kradnie zdjęcia z netu, szczególnie te o 17 rasach IP, które aktualnie przebywają na ziemi. W wydawnictwie.
Obraz wciąż kolorowy, śliczny i wysokiej jakości, a ja się rozmarzam, kiedy mam chwilę dłużej przed przejazdem do Wrzeszcza.
Nie było nas na próbie przez miesiąc, ale swobodnie daliśmy radę, a Johny poczęstował mnie naleśnikiem. Wysyłamy okładkę — do poprawki. No i może Marzena zagra na skrzypcach w grudniu. Wracam, padam, leżę. Ledwo. Jesienna depresja?

ps. czy 1001 to też liczba?