wtorek, 2 kwietnia 2013

Odcinek z magicznym kluczem



28 marca, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca zwieźliśmy bunch of drewno, byliśmy w gościach na kawie i jeszcze inne drobiazgi.

Chicago (widziałem ich ostatnio w potyczce z Indianą) zakończyli serię Miami na 27. Zdarza się. Ponadto rano niezmienne, wciąż fantastyczny Gadda (teraz frag. z opowiadaniami). Idą święta, ale nie robi mi to. Mój postęp w oswajaniu nieznośnej rzeczywistości doszedł ("mam nadzieję, nie dobijał się nikt, kto chciałby zakłócić mój spokój") do poziomu, kiedy w dupie mam wysyłanie życzeń świątecznych, ja tu tyram, a nie się zabawiam. I tak będziecie chcieli coś ode mnie w poniedziałek. 
Sorczak — wtorek. Przecież są święta.
Siedzę i się nie odzywam, bo nie lubię, nikt też nie musi mnie lubić przecież. A najwyraźniej święta zaskakują nawet tych bardziej ogarniętych, nie dalej jak rok temu był wielki piątek z szelestem, czyli krwiożerczo przytłumiona impreza muzyczna i wyjazd na dalekie gdyńskie rubieże, byliśmy tam, pamiętasz? 
Przypomniało mi się, bo Karolowi się przypomniało wczoraj — rychło w czas. A tymczasem — wbrew pozorom — naprawdę świetnie się czuję i na tip top. Zamierzam jeszcze być spowolnionym kierowcą robotniczym przez dwa dni.
Ta "włoska" kaseta z Morricone, Schifrinem i Julią London znakomicie trafia w ten chłodny poranek z Gaddą.
No i racja dzisiaj też rocznica. Całokształt i okoliczności pamiętam. A jakże. Tylko aura nie ta.
Tymczasem postanowiłem już nie wydawać więcej pieniędzy w tym miesiącu (myszka) i udałem się do domu. Tam niespodzianka czekała u drzwiów. Piwnica raz (dawno tam nie mieszkałem), odkręcony w weekend żyrandol, wizyta połączona z wizytacją, dzielnie jem zupę na obiad (racja, to nie jest zupa), mieszam mleko z wódką, znajduję bunch of Julia London (oraz inne skarby), słabo dzisiaj gramy, i nietypowa pora na wieczorne czynności, projekt nr 3 nie chce wyjść, ale przynajmniej się sprawiłem z utajnionym pakowaniem.

Henry Mancini — Lujon
http://www.youtube.com/watch?v=ecz3LwWOZkI

http://dimemag.com/2013/03/the-nbas-top-10-active-journeymen/


piątek, 29 marca 2013

Odcinek z dawno niewidzianą próbą




27 marca, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca prowadziliśmy niezwykle złożone i skomplikowane konstrukcje odnośnie badalnych poziomów szczęścia, a Ty nie wierciłaś nóżką.

Jeden stopień wyżej. Tak, się uparłem. Ale trudno tego nie zauważyć. Niejako temat nr 1. Rolnicy znowu będą mieli wymówkę.
Gadda, Gadda, Gadda.
I w tym przypadku nawet nie muszę czytać dopowiedzeń, gdyż on mówi sam za siebie. Przypomina mi stare włoskie filmy. Oczywiście czarno-białe. Takie same jak zdjęcia w tym numerze. Nadmienić muszę, że dodatkowo lepiej mi się czyta, kiedy już identyfikuję miejsca i rzeczy w wiecznym mieście.

A zatem tego dnia miałem zadanie zdążyć do obsługi mieszkańców, co się udało, pani mnie rozpoznała, a ja pozbyłem się kolejnej stówy. Wolę jednak zakupy, ale co tam. Grunt, że zdążyłem, a obca osoba potwierdziła to, co do czego nie miałem wciąż pełnej wiary pewności. To oznacza dokumentarne potwierdzenie pewnego etapu, który już, na szczęście, za mną.

Byłem na czas, o on nie ("k...., dzie jezdeś..."), siedzimy i gramy. Nie, nieprawda. Siedzimy i gadamy. Przecież tyleśmy się nie widzieli. Przyszedł też E. z bułką, nie chciał na piwo. Zatem siedzimy i gadamy. Ba, nawet coś rześmy pograli. I będzie git.

No, a wspominek do opowiadania, to miałem na dwa dni. Także...

Henry Mancini — Versatile (1957)
http://www.youtube.com/watch?v=waNkKdnBtEQ
http://www.youtube.com/watch?v=_Rv_EnX-5aw

(a sciągnijcie se całość, oczywiście w stereo)


Napoli, 2001 nie Carlo Bavagnoli

czwartek, 28 marca 2013

Odcinek z nocnymi zakupami




26 marca, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy na podłodze siatkówkę.

Te –2 z rana to oszukane, bo zegar miejski (tak, on wyznacza temperaturę) jest nasłoneczniony, więc nie przekazuje. Bo to —5 jest.



Emiliana mi gra w rytmie jungle, słońce świeci, a Gadda jest śliczny. Pierwsze akapity musiałem przeczytać jeszcze raz, żeby pojąć o co mu się rozchodzi. No bosko było i wciąż jest. Jest tak doskwierzyście włoskie, przecież tam u niego te warzywa (włoszczyzna, panie) mówią. No zachwycony jestem początkiem. Oraz zakupami w biedronce.


Tu się trochę obrabiamy, bo nie ma jednego, drugiego i za chwilę wszystko będzie na mojej głowie (wątłych barkach?), ale wbrew strasznym spotkaniom budżetowym — jest spokojnie. Rzekłbym nawet: miło.

Trochę komunikacja miejska mnie podziębiła przez 25 min na dworze, ale dojechałem na Stogi. Zjadłem, napiłem się kawy — wszystko w temacie, bo potem już nie było na to czasu. Dużo zupy, a raczej potrawki, bo za dużo makaronu się sypnęło. Bogato.

Wizyta w Sopot, a potem nocne zakupy w dawno nie widzianym sklepie (to jeszcze nie ten). Jakoś pomieściliśmy się z siateczkami w dwóch koszyczkach. Lubię zakupy. Pasja zakupów towarzyszy mi w codziennym życiu. Te były udane i bogate (jak zawsze). Chyba jednak żałuję tych wiśni w czekoladzie.

Wino smakuje rewelacyjnie. Kanapka z kotletem również. Rozpakowywanie także. I sen.
 
Lalo Schifrin, Escape from tomorrow
http://www.youtube.com/watch?v=qoxk9aNvA8U


środa, 27 marca 2013

po prostu horror




25 marca, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca przez chwile dwie.

—2 i coś tam ledwo sypie. Przewodnik znakomity, można chodzić od kościoła do kościoła i zwiedzać nawę za nawą. Z opisami. Takie właśnie sobie życzę. Do chodzenia krok po kroku. Miasto niewielkie, a tyle się zobaczy.
Zatem obowiązkowa piekarnia i już jesteśmy znowu przy życiu. Robimy. Ty dzisiaj mniej, ale za to prasowanie i inne zainteresowania.

Już prawie wszystko wiem o mieście, a przynajmniej, że ma kanał. Bardzo dobrze. Zatem pokazałem i kanał i wypadnięty odbyt i gazetkę dla zboczonych chłopaków z reklamami dla nich również. Przycięcie męskiej decyzji.

Kawa i idę. Tam w piwnicy też nic się nie zmieniło, jakiś taki dzień niezmienialny. Jakieś wstawki przed kolejnym akustycznym gigiem. Wracam, księżyc świeci jak w horrorze — zasadniczo jest to całkiem uroczyste (od uroczyska, proste). Wracam do domu, a tam strój na święta już ślicznie wybrany. Odcinki co prawda nie chcą się ściągać, ale kotlety dają się wchłaniać. Zapakowani, przygotowani, miodzio.

http://www.youtube.com/watch?v=csntOhRs9Tc



wtorek, 26 marca 2013

Odcinek z upojnie leniwym weekendem cz. I i cz. II



23 marca, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pracujemy (Ty) i leżakujemy (ja).

Poranny relaks z weryfikacją filmową oraz brzydotą. Znalazłem na to wzór — teraz czyta mi się i ogląda bardzo dobrze. Szybkie zakupy i do pracy. Podgoniłem, ponadto zrobiłem wiele wersji okładki. Nawet inne (nie podstawowe) zaczęły mi się podobać. Trudny wybór.

Kupiliśmy palmę. A ja trzymam sztamę.

Tymczasem nastąpiła dobra pora na płyty, które:
a) nigdy nie słyszałem
b) słyszałem, ale po co
c) słyszałem tak wiele razy, że przestałem je odbierać

a) Tymon & Transistors — Wesele (2004)
b) Tymon & The Transistors
Bigos Heart (2009)
c) Velvet Underground
White Light/White Heat (1967)

"Ja chyba lubię szanty"
("Sztuczne szanty") cytat.

Więc beka, radocha, wesołe, popierduchy, przeboje, fajnie Gałązka rypie na tej perkusji, dobrze nagrane, mile słuchalne (tak, to już starość), ponadto świeże odkrywanie stereo. I na małych jabłuszkach i na dużych, wciąż sprawiających niesłychaną frajdę, kolumnach.
Acha, nowość, proszę: kilkanaście lat i już zainstalowałem sobie tutaj foobara.
Teraz mam problem, jaką wybrać skórkę oraz jaką ustawić szerokość paneli.
Siłowaliśmy się na ręce, uprawialiśmy sporty (a ja przecież na tyłku dzień cały), aż miałem ubytek energetyczny, ale udało się go nadrobić.
Kotlety mielone o konsystencji nie wiadomo jakiej (podobne do tych z łososia), a przecież sami je sprawiliśmy. Pyszności. Niestety zostało ich równo osiem, nawet nie można zjeść po kryjomu, bo się wyda.
Kości i wtedy można jeść popcorn, bo lewa ręka wolna.
Beksiński i jego tłumaczenie Monty Pythona. Ale żebym ja później szedł spać? Nowość.



24 marca, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca — ja zachwycony, Ty zarabiasz kaskę.

Wciąż se popadywa.
Na śniadanie 5 naleśników. Szybkość i prostota wykonania. Pyszne. Szczególnie — niespodzianka
z pastą z wędzonej makreli.
Uff, wreszcie zakończyłem czyszczenie stóp (nie swoich) oraz werbli. Nieco też poukładałem ścieżki. Termin majowy nie jest już taki zagrożony. I, co mnie zdziwiło, w niektórych przypadkach czuję klarowność poszczególnych instrumentów.
A jeszcze nie robiłem EQ.
Na obiad soczewica z marchwią, selerem naciowym, cebulą i odrobiną popsutej wędzonki. Kawa z imbirem. Zmywanie kompleksowe. Nie chce mi się wiązać drewna w piwnicy, ale mam poczucie spełnionego obowiązku.
Z serii Muzea Świata (Arkady) d'Orsay sprawia wrażenie dość mądrego i światłego. Po ponad pół roku zabrałem się za to. Warto.

Wiem, już było, ale prosta niedzielna muza dla prostaczków:
Nick Cave And Warren Ellis
Lawless (2012)
The Men
Open Your Heart (2012)
alt-J, Interlude II
wzruszam się padającym 24 marca śniegiem. Może nie jestem najstarszym góralem, ale kiedyś na wiosnę nawet padał deszcz, ale z reguły już się piło wino na plaży.

The Eagle Has Landed (1976) dopiero zacząłem, ale już mnie urzekło:
Jest pan beznadziejnie wszechwładny. Co mogę dla pana zabić?

Vince Carter wciąż umie grać w koszykówkę. Jedna kwarta, a fajnie.
I zjedliśmy różne zupy na kolację i pyszny deser (ten czekoladowy rewelacyjny) i galaretkę i starego wina szklankę i ostatnią kanapkę (stąd ta myśl o rzeczach ostatecznych?) i kości poszły luzem, łącznie z pdfem 007, a potem oni zaczęli grać wcześniej w tę koszykówkę i stream się włączył, więc akcja była, po niej pociągi, a tych pociągów to narobili strasznie dużo. Ale może jednak inną planszówkę? Się zobaczy. Zwieńczeniem udanego weekendu było udanie się spać i panikujące ataki śmierci mózgu. Ty miałaś lepiej, bo przez sen grałaś w kości.


poniedziałek, 25 marca 2013

Odcinek z klasycznym rozpoczęciem weekendu




22 marca, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca świetnie napoczęliśmy, mimo że byłem zdechły jak nigdy. "Co oni ci tam zrobili?". Śmiesznie.

Tradycyjne
5 i wszystko ok. Jestem tam, gdzie będziemy w maju. I uwaga, jakaż niespodziewanka! Najnowsza LnŚ, która przychodzi już wiadomo gdzie (a jej imienia nie mozna wymawiać), ma w sobie Gaddę — a on tam bywał. Cóż za koincydentalny zbieg okoliczności.
Dzisiaj już piątek — czuję to w kościach.
Wszystko zależy od płochości nastroju. Dzisiaj "We're Only In It For The Money" (1968) jest mistrzowskie.
Jadę, czytam, Pinacoteka de Brera (św. Katarzyna, panie — patrzaj, a ona tam jest i w jednej i drugiej i trzeciej książce naraz), wracam. Gramy aż byłem zdechły. Oni wygrali 104—96. Było blisko. I co z tego, że nic nie trafiałem, skoro nie byłem w tym odosobniony. Teoretycznie najsłabszy element okazał się bardzo trafionym (dosłownie) transferem. Więc nie staliśmy na przegranej pozycji. To była prawdziwie męska gra, obrona nawet stała na poziomie albo po prostu przez długą część początku nikt nie mógł się wstrzelić. Dobre to było, podsumowując.

"Wszędzie mam brzuch, hihi" — dlatego uważamy. To po tym hinduskim czwartku.

Polska
Ukraina 13, na szczęście już w aucie okazało się co biega, więc nawet nie trzeba było śledzić. Piłka nożna to taka strata czasu.

Argo (2012), jak oskarowo na tego bardziej znanego Afflecka całkiem niezłe. I dopracowali pomysły z charakteryzacją bohaterów oraz muzyką z lat 80. XX wieku. Dobrze się to kino oglądało. Piwo raz. Aaale
bez popcornu. A ze zdjęciami postarałaś się Ty.


piątek, 22 marca 2013

Wielkie indiańskie żarcie




20 marca, środa

Odcinek ze znowu wyjątkowo wolną środą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca między innymi oglądaliśmy trzcionki.

Robiłem sobie w nocy pobudki, żeby zobaczyć, ile mi snu zostało. Raz wiele, raz niewiele. Wciąż jeszcze mamy marzec-figlarzec.
Szybko minęło, przyzwyczajony do poprzednich literek, mając aż za duży wybór, nie mogłem się przestawić na nowe. No i teraz będę musiał odtwarzać poprzedni szkic okładki.
Implantowanie czcionek trwało i trwało i trwało.
Dobrze mi szło z wieszaniem prania (jak na liczydle), kiedy zawołała mnie zupa, bo już o tej 20 byłem głodny.
Surówka z dużą ilością ziół i krojonym jabłkiem.
Drżałaś wieczorem o moje senne ruchy, bym nie wyklikał złej kości.
Acha, i rzucili nam nowy odcinek, a Ty już świetnie umiesz te rzeczy pobierać.
We flashu mamy impas.

lahori-paneer-tikka-copy

21 marca, czwartek

Prawdziwa randka z zapachem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w ramach niczego mieliśmy wyjściówkę.

Wciąż jednostajne —3, ale mi się podoba. Miami Heat punktują, ja jadę i czytam. Doszło do mnie, że ostatnio moim ulubionym programem muzycznym jest photoshop. Nie, jeszcze nie mam obrazka z dymkiem "lubię majsterkować". Dawno tu nie byłem. Nie, nie czytałem tego sto milionów lat temu, a jakieś 1,5 roku. Chyba niewiele straciłem (patrz wyżej). Owszem, Golden Age Projekt Pre 573 wciąż mi się podoba, ale podobnie jak do monitorów, nie będzie potrzeby go mieć na własność. Podobnie jak innych rzeczy. A co w najnowszej EiS?  Jest niezmiennie polska i jakby komunistyczna, ale rozwija się: użyła słów "indie-folk". Ponadto epatuje kolorowymi obrazkami wtyczków, których przeglądanie może przyprawić o ból głowy. Czyli patrz wyżej — ja już mam swoje ulubione. Lubię majsterkować po swojemu. I jeszcze wykwalifikowani polscy wykonawcy i realizatorzy. Nikt ich nie zna, prócz innych profesjonalistów. Z tymi profesjonalistami to ja mam wciąż podobne wrażenie, które wyraża się w piosence "Pretty Face". Nieźle nagrana. W radio gdańsk!
Moim ulubionym periodykiem wciąż jednak będzie tygodnik "Czas".

Dzisiaj nastrój na AUDIOGLIDER MIXTAPE Vol. 4. Niedługo będę sobie mógł pisać wzór na czwartki. No nie wiem, co z nimi jest.

Do przejrzenia w wolnej chwili:

http://favoladellabotte.blogspot.com/2011/01/sirmione-la-sentinella-del-lago.html

http://fotobrulion.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?4

Ponieważ fan zamówił Odessę, więc miałem szybkie 15 min przed spotkaniem i załatwiłem wszystko ekspresowo na wypuszczonej poczcie — to taka stara instytucja jest. Mroźno jest. Ziąb. Marzanny nie ma gdzie utopić, bo przecież dzieci nie chodzą z kilofami do lodu. Użyłem zapachu, Ty cienia do powiek, wiec zrobiło się randkowo. Potem zasiadamy na antresoli, i nawet znalazłem się w miejscu, który trudno mi było zlokalizować, a to centrum historyczne miasta było. Ale po chwili już wiedziałem. Ładnie pachniało i byli prawdziwi Indianie. Herbata, dania główne (Karhai Paneer, Garlic Chicken Tikka Sizzler), jedno lepsze od drugiego. I do tego chlebki Naan. Znakomite. Więc i sosy i mięso i ser. (foty były niewyjściowe, więc wrzuciłem dowolne ładne). Jemy, jemy objadamy się. Ja szczególnie. Wielki brzuchalec. Do tego lody BANONOWE oraz mango. Jemy, jemy objadamy się. Ja szczególnie. Wielki brzuchalec.

I nagle okazało się, że mamy przed sobą wielki wieczór, z którym nie wiemy co zrobić, więc nie zrobiliśmy nic, a i tak zeszło nam dłużej niż zazwyczaj. No dobra, lekko przygotowałem się na piątek, a resztę zostawiam na weekend. Jest gra i gra w stereo. Pójść spać z pełnym brzuchem — marzenie każdego biedaka. Wieczór podsumowałem regularnym pierdzeniem. Bo ja taki wąski jestem i pakowny. No i randka udana. No i będziemy prowadzić dokumentację znamionującą znamiona.

Horse-Hound-010