poniedziałek, 12 września 2011

JZTZ, Teatr w Oknie, 6 września



wtorek, 6 września

Zakup dwustronnej taśmy klejącej w centrum Gdańska stanowi nie lada wyzwanie. No ale się udało. Niemal zupełnie leniwe przygotowania do występu. Wyszliśmy na słońce z hawajskimi świderkami (czy cokolwiek to było). Miałem dość specyficzne skojarzenia. Przejście przez pałac młodzieży (spotkanko). Dojście do teatru w oknie (spotkanko). Leniwe ustawienia sprzętowe (spotkanko). Wyglądało na to, że to będzie występ z tych dla 5 osób, ale dochodzili, dochodzili, dochodzili i zrobił się bardzo przyjemny koncert.
Wymówienie słowa deleksykalizacja jest trudne. Endriu miał bardzo dobry dzień, nie przesadził z konferansjerką, zrobili nam ładne światła, dali nam ciepły wieczór. Udanie. Potem pub Duszek i Aniołki. Polska-Niemcy 2:2, a nastrój stypy narodowej.

(fot. Max Białystok)

piątek, 9 września 2011

VREEN — pttk


Linkponiedziałek, 5 września
Transfer na Morenę. Próba bez zarzutu, udało się wkleić obrazek (dzięki Endriu!), obejrzeliśmy kilka innych. "Drżące trąby" — wielkie!
Ależ wieczór (ostatni taki w tym roku?), ależ pogoda, aż się nie chciało wracać do domu.
***
"To Have and Have Not" (1944). Czyli Bogart v. Bacall. Plus jeszcze Dolores Moran. Tym razem Humprey w roli twardego wilka morskiego. Scenariusz właściwie pretekstowy. Film można oglądać dla kilku scen aktorskich. Ok, do tego dodajmy 3 piosenki (ale za to jakie!) i jedno z bardziej nic nie wnoszących zakończeń, jakie widziałem. Ba, wygląda na to, że było ono szczęśliwe. Całość odrobinę kuriozalna, ale w sposób nie przynoszący nikomu ujmy. Bardziej mnie pociąga taki obraz o niczym, niż poprzedni — teoretycznie o czymś. Ej, a Lauren Bacall antycypuje Jovovich.


Uwaga! obrazek:
http://www.youtube.com/watch?v=ygY8Pd0Jwtw

czwartek, 8 września 2011

plany, plany i...


niedziela, 4 września
Skoro wczoraj robiłem dół, to dzisiaj miałem robić górkę.
Przygotowani, wstalim, zjedlim i czekalim. Jerzy przyjechał, owszem, ale już nie odjechał. Zatem po chwili płonnych nadziei uznaliśmy, że trzeba ruszyć w trasę. Skoro wałówa już przygotowana. Pojechaliśmy do Otomina, potem ruszyliśmy czarnym, zgubiliśmy się, odnaleźliśmy się, potem zgubiliśmy się znowu, poszliśmy niebieskim, ale już po małej mitrędze postanowiliśmy (łaskawym) odpuścić wielką trasę, więc wróciliśmy klasycznie zielonym do domu. Uznaliśmy, że i tak zrobiliśmy szybkim tempem prawie 30 km. A co.
***
Zrobiliśmy foto rozsypującej się stodole. Jeszcze stoi. Ten fragment betonozy nieustająco przypomina Ayamonte, szczególnie w te wypalające słońcem upalne dni. Ale mi się to podoba! Połapałem jeszcze trochę słońca. Też mi się to podobało. Koszulkę wkładałem tylko w miejscach bardzo publicznych. Broda mi pachnie słońcem, powietrzem i naturą. Dzikus taki. Dzięki całodziennym przygodom baaardzo wcześnie poszedłem spać.
***
Ha, w sobotę było "Revolutionary Road" (2008), czyli nie warto się za bardzo rozwodzić. Dzieciak grał tak samo, jak zawsze, Kate wyglądała najlepiej w historii, a Sam Mendez lepiej nie mógł skręcić tej naciąganej historii. A, oboje stwierdziliśmy, że co jak co, ale z taką nie można by było wytrzymać.
***
Dobra w wista rozgrywka.

wtorek, 6 września 2011

Stage Fright (1950)


piątek, 2 września
Poszliśmy z Marcinem popykać w kosza. Fajnie. Ja wygrywałem. Co rzuciłem, to wpadało. Potem zagraliśmy 2/2 z dużym i małym. Trzy razy oklep, ale było git. Trochę to trwało, ale nauczyłem się dzieciaka mijać w drugim kroku. Że tak się wyrażę, prawie jak crossover.
***
Brzuch architekta nie wyjaśnił nam nic, czego nie wiedzielibyśmy wcześniej. Jakkolwiek charakter przedstawionego pisma znakomity.

"Stage Fright" (1950), czyli Hitchcock w wersji komediowej. Przy niektórych scenach parskałem jak źrebak. Pan Smith ma słodkie usteczka. Marlena oszałamiająca. Scenografia w jednej scenie wspaniała (+ ten music).
***
— Musisz już iść spać ze względu na te wory.
— Te u góry, czy na dole?

sobota, 3 września
Ostra przejażdżka na Stogi. Aż się zmachałem. Koszulka surfowa sprawuje się znakomicie na rower. Przebudowują chodnik koło działek, więc część kierowców może być co najmniej zdziwiona tą jazdą pod prąd. Wszyscy żyją. A skoro tak, to swobodnym leszczem wybrałem się na Górki Zachodnie. A tam (na dojazdówce) wytrzęsło mi dupę. Potem czerwony szlak (yei!), tym razem jeszcze fajniejszy, bo każdy element baterii wydmowych opatrzono tablicą informacyjną. Ktoś popracował. Ja popracowałem nad łydkami ;)
O kąpieli nie było mowy. Mróz! Ulubiony schron, gdzie zawsze można znaleźć pornole. Potem już zrelaksowany udałem się w drogę powrotną. Postanowiłem się powtórnie zmierzyć z górą koło zbiorników. Mówiąc otwarcie, poszło mi lepiej niż za pierwszym razem. MechaGodzilla. Siła i wytrzymałość tkwią w umyśle. Mistrz Zę.
Obłędne przedpołudnie.


poniedziałek, 5 września 2011

550 (le post)


środa, 31 sierpnia
Ostatni dzień wakacji. Szał, dziki szał. No nie wiem skąd mi się to wzięło. Może z Japonii? Dobrze, że jedna sąsiadka przygłucha, a góry na razie pusto. The Von Bondies. Drive, drive. No i wziąłem się do "pracy" (po tym, jak się okazało, że pożyczyłem zbyt krótką linijkę do bigowania). Zarzuciłem parę tekstów do piosenek Endriusa. Endriu będzie zadowolony. Ja jestem zadowolony. Próbka mojego stylu:

"W kalendarzu
moich marzeń
tylko jedno
imię jest

(Andżelika)"
***
Pyszczku rozegrała znakomitą partię Caylusa (i to nie to, że się nie starałem) i nie miałem szans w tym wykonaniu. Jerzy byłby jeszcze bardziej zadowolony z tego posuwania. Pionków, moim drodzy, pionków.
***
I jaka oszczędność eurowa! Mistrzyni.

czwartek, 1 września
Szkoła!
Oprócz tego czekałem na chłopaków, jak nigdy na żadną dziewczynę. Tym razem krócej niż godzinę. Nie będziemy używać defila. Wszystko szło cacy. Wojt na gitarze bez zarzutu. Endriu nauczony i choć czasem pogubiony, to będzie z niego pociecha. Ćwiczyliśmy nawet ekstremalne warunki śmiechowe. No różnie może być. Teraz pora na perkusję. Dwa wokale idą sprawnie. Uff, udało się rozszyfrować "on days like these" na akustyka. To było niezwyczajne, bo numer nie jest w durach. No nie wiem jak dzień wyszarpać w przyszłym tygodniu. Andżelika zrobiła swoje, sun is grounded też. Po flaszce na drogę i jedziemy. Jestem ekscytująco perfekcyjnie skupiony na sobie. Szalony stan. Pracuję nad niespodzianką.

piątek, 2 września 2011

Sun is grounded 3 pm — Wojt & Vreen


niedziela, 28 sierpnia
Wstałem i się zabrałem. To był moment. Co prawda rozłożony na kilka wczorajszych godzin i kilka dzisiejszych, ale wykonanie genialne. "Sun is grounded 3 pm". Co prawda odsłuchiwałem to potem przez resztę dnia, ale było warto. Piszę do Wojta (zbyt wrażliwe uszka niech nie czytają): "Stary, ten numer cię rozjebie". No i rozjebał.
***
Przechadzka na Chełm. Warka strong zrobiła swoje. Pyszczku rozegrała znakomitą partię Caylusa (i to nie to, że się nie starałem) i nie miałem szans w tym wykonaniu. Jerzy byłby zadowolony.

poniedziałek, 29 sierpnia
Zawody z bibliotekarstwa. Mroczno, ponuro, burzowo. Albo pomyliły mi się dni.
***
Powolutku z "The Belly of an Architect" (1987). Po kilku stereofonicznych scenach (symetria, symetria) stało się to potwornie nużące. Motywu z brzuchem nie ogarniam.

wtorek, 30 sierpnia
Dzień próby. Logistycznie znakomicie.
***
"A juści" (2005) na:
http://vreen.bandcamp.com/


czwartek, 1 września 2011

Appleseed Cast — Middle States (2011)



sobota, 27 sierpnia
Oczywiście całą tę wyjątkową rozrywkę zawdzięczamy A&E. Wczesna pobudka, ale po dobrej nocy. Pogoda nas wyjątkowo nie zawiodła. Miejsca okazały się całkiem znajome, ale rzeka Trzebiocha, to coś nowego. Zabawny motyw z "pańską żoną" przy "zameldowaniu". No i te "społecznikowskie" zachowania. I płyniemy. W sumie łatwizna, ale w takim przedziale czasowym wystarczająco dla dłoni i kręgosłupa. Ależ przyroda! Ależ sielanka! Trzebiocha o wiele bardziej czysta od Wdy. Na jeziorze trochę bujało, mocny wiatr tworzył mokrą bryzę podczas wiosłowania. Potem Gołuń, sentymentalny widok na ośrodek wypoczynkowy samopomocy chłopskiej (yei!), "wiejskie" zimne piwo w upale, późnopopołudniowy piknik, kąpiel ze smyrganiem stóp przez wodorosty. Przez cały dzień byłem topless i strasznie mi się to podobało. Wiosłem podrasowałem rzeźbę, słońcem popracowałem nad kolorem. Mniam. Ciacho ze mnie. A, no i jeszcze mamy kilka grzybów na poranną jajecznicę. No i NIKE znak!