środa, 10 czerwca 2009

w blu

10 czerwca

Obecnie WILCO wygrywa konkurs na najfajniejsze pop-rockowe piosenki z nutką inspiracji Pavement (The Album) z wielbłądem na okładce.
Ale najlepszą płytą, jaką ostatnio słuchałem bez wątpienia było JAPANDROIDS — maksymalnie energetyczne i melodyjne granie na gitarę, wokal i perkusję. Jak za dawnych czasów, kiedy rypało się jedną kasetę na okrągło trzeba sobie to puszczać, póki się podoba i kręci.
***
Imaginary Portrait of Diane Arbus oglądalismy jakiś czas temu, na poły bajkowa, fantasmagoryczna opowiastka zalegająca w klimacie słodkich lat 50. ubiegłego wieku, opatrzona wieloma nieprawdopodobnymi okolicznościami, zbyt przepięknymi kolorami i scenografią. Oglądało się miło, ale oboje stosunek mamy niejednozanczny. Do filmu.
***
Kolejnym sympatycznym twórcą easy-listening jest LES BAXTER. Odrobinkę bardziej ekstrawagancki w brzmieniu niż Bert, korzystający w większej liczby różnorodnych klisz. Częstokroć posługuje się melodiami na fortepianie, co do wtóru orkiestry czasem bardziej zbliża się do muzyki filmowej w technikolorze.
***
DĘTysta wczoraj przebiegł sprawnie. Schodzące z zęba znieczulenie uśmierzyłem piwem i choć próba była mozolna (te ciągłe grzebanie w drobiazgach), to dałem radę.
***
W poniedziałek usmażyłem plakat na kolejny występ.
Nawet zauważyłem notkę o nim:
http://rozrywka.trojmiasto.pl/Nowe-idzie-od-morza-muzyka-na-letnie-dni-n33249.html






Hah! Ostały się foty pamiątkowe z występu, na stronie:
http://www.trojmiastocafe.pl/index.php?page=kluby_wyswietl&id=12


Fot. Hanna Dobrowolska

Porcupine Tree czy Archive — to dobre.
Wojt mówi, że w nocy nas puszczają tutaj:
http://radio.com.pl/muzyka/playlista/3/?date=20090601

poniedziałek, 8 czerwca 2009

feralny piątek

sobota, 6 czerwca
To nie był najlepszy piątek. Miał być. Ale nie był. Miało być lekkie przeczekanie w pracy, a potem chwila stresu z pakowaniem i podłączaniem kabelków, a następnie muzyczna fiesta.
***
A zaczęło się od ostrego OPR od samego prezesa, a potem już regularna sraczka w robocie. Ta dam! Witajcie w pracy.
W dodatku nie mogę znaleźć "Goldfingera" w wersji HD. Niestety (co dziwne!), pełna wersja dvd nieco odbiega jakością od tego co znalazłem pod formatem .mkv, przy objętości 3 razy mniejszej. Ale to był przypadek.
Więc kiedy już się spakowałem, peeełen plecak kabli i innych cudów, pojechaliśmy ze Skarbie do Wrzeszcza. Skarbie miało stres związany z hiszpańskim — mówiło, że to czarna dziura, że idąc sama czuje się jak w dupie i w ogóle nie na miejscu. Później się okazało, że jednak nie było najgorzej. Ja zaś przez cały czas czekałem, aż zejdzie ze mnie napięcie, którego nie mogłem się pozbyć. Niestety piekarnia, w której mogłem zakupić pyszne pyszności była już zamknięta. Na szczęście sama obecność Wojta i Tomasa już mnie rozluźniła, więc pozostało czekać na naszą kolej ustawiania się. To poszło całkiem sprawnie. Komputer-laptop zadziałał, muzyka poszła — szkoda tylko, że na mono. Coś się stało z piecem basowym Wojtka, kiedy grałem na basie, tłumiłem jego akustyka. Więc bas poszedł z gitarowego. Ale niepokój pozostał.
***
W konkursie medialnym przegraliśmy, bo nikt nie wiedział, że będziemy występować. Dobrze, że chociaż szefostwo wiedziało.
Co znamienne — "w poszukiwaniu drobnych śladów naszej obecności" — Wojt wysłał guldzie pełny zestaw informacji, a ten gnojek przepisał całe info o Twilite z głównych źródeł, a nie dodał tego sympatycznego zdania, które ktoś samodzielnie wytworzył na notce na trójmieście. Aż dziwne, że w swojej dziennikarskiej rzetelności nie skreślił nazwy zespołu. I jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe. Więc support w takich okolicznościach to jedynie zło konieczne.
W sumie mieliśmy farta, że wcisnęliśmy się dzięki kontaktowi myspace z zespołem Twilite, bo raczej indywidualnie nie mielibyśmy okazji tu zagrać. Tak trochę wynika z tego co mówił Endriu, kiedy sam próbował załatwić sobie granie w kafe.

To był nasz najsłabszy występ z dotychczasowych. Jeden numer zafałszowaliśmy (niestety "dioptrie", gdzie melodia robi wszystko), drugi zagraliśmy nierówno ("asystolia" — tradycyjnie najsłabiej było słychać podkład perkusyjny). Na 9, więc średnia poprawności zbliżona do kevinów. ***
Numery z basem wyszły nam chyba najbardziej dynamicznie, potem energia jakby nam siadła.
Zabawne za to było, że na pytanie o brzmienie występu, Endriu mówi:
— Ale za to bardzo ładnie wyglądaliście wizualnie.
Buchachacha. No, ale nikt ze znajomych nie miał aparatu, więc minęło.
Żona Wojtka mówiła wcześniej:
— To co, od pół roku gracie ciągle to samo?
Nie ma to, jak wsparcie rodziny
***
Ludzi było w pip, śmialiśmy się, że na kevinach nigdy tyle nie było. Chłopcy z Twilite nie byli szczególnie rozmowni, więc kiedy znajomi po wstępnym ogarnięciu sprzętu podążyli w stronę pobliskiego pubu, resztę występu spędziłem w oczekiwaniu na dostanie się do komputera-laptopa i kabelków w celu ich spakowania oraz do ubikacji, bo była mi potrzebna. Sfrajerowałem się z browarem, bo wziąłem jedno za free, kolejne już nie — było wziąć więcej na zapas. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem tego wieczoru, które powziąłem, było to, że po spakowaniu się, podążyłem od razu na tramwaj i zdażyłem na ostatni dzienny autobus. Gdybym nie zdążył, powrót do domu mógłby być dramatyczny.

W sobotę mieliśmy wyjazdówkę, więc wybrałem się do bankomatu, a następnie do naprawy rowerowej. Posuwanie rowera w jednej ręce z kołem w drugiej trochę zajęło. Na szczęście wymiana koła była na miejscu (w tym starym pękła totalnie oś), doprawienie hamulca również, z przerzutkami się już nie udało, bo linka jest pęknięta. Za 20 zeta i 120 minut byłem w domu. Rower nie przerzuca, ale jeździ. Umówiłem się na reperację za 3 tygodnie (takie terminy mają!). Nie będzie lekko, 65 zeta za robociznę + części. Ale lepiej to niż "przegląd całościowy" za 145.
***
Sobotę na Stogach spędziliśmy spokojnie. Po dobrym obiedzie, długim spacerze (stosunkowo zimno było i wietrznie, dobrze, że chociaż słonecznie) i 3 browarach nawet nieśmiertelna gadka, że w wieku 60 lat matka nadaje się już do piachu (sic!) dała się znieść. Mam nadzieję, że przede wszystkim dożyję takiego wieku, bo to, że nie będę się nudzić, to raczej nie wątpię.

Ha, nawet widziałem końcówkę meczu RPA-Polska 1-0. Oczywiście nie było czego oglądać, natomiast zaakcentowana wiadomość, że ostatnim, który strzelił bramkę drużynie afrykańskiej jest obecny prezes pzpn, brzmi jak smutny żart. I niestety brzmienie i okoliczności tego komunikatu są nad wyraz prawdziwe i smutne właśnie. Za to wieczorem obejrzałem dwa widowiska piłkarskie — futbol ameryki południowej zawsze mnie pobudza — Brazylia-Urugwaj 4-0 i Argentyna-Kolumbia 1-0 w el. MŚ 2010. W tym pierwszym Urugwaj nawet nie był jakiś specjalnie zły (oprócz tego, że nieskuteczny), tylko że gra Brazylii (zaskakująca jak dla mnie) opierała się na dobrej (i szczęśliwej obronie) i błyskawicznych kontratakach. Sytuacja na boisku zmieniała się jak w kalejdoskopie, było mnóstwo przejęć piłki, ostrych starć, dryblingów, szybkiego biegania i fantastycznej techniki. To się nazywa futbol. Wolę każde rozgrywki Am. Płd. niż cokolwiek z ligi mistrzów.
***
Pierwszy mecz Orlando gładko przegrali z Lakers 25 punktami, a Gortat był jednym z niewielu zawodników, którzy nie zawiedli, co nienajlepiej świadczy o postawie drużyny. Co ciekawe, na Gortata robi się niezły hype w prasie brukowej w Polsce, bo na stronach okładek "super expresu" czy "faktu" można zobaczyć jego zdjęcia opatrzone tytułami wielką czcionką. No, ale chłopak był nawet w highlightach na nba.com, więc jest o czym wspominać. Zdaje się, że z empiku wycofano niemiecki "basketball" — czyżby to koniec prasy wyłącznie o nba dostępnej na terenie naszego wspaniałego kraju?

Wróćmy jeszcze do czwartku. Przedsięwzięcie pod względem logistycznym i artystycznym się udało. Dzięki Pawłowi, który jeździł wozem i wygrywał rytmy. Ustawienie dwóch komputerów-laptopów, zestawu kabli i 6 mikrofonów zajęło nam 50 minut. I już można było nagrywać. Muzycznie okazało się, że będzie to mniej motorycznie i do przodu, lecz bardziej skomplikowanie i o wyższej skali trudności w rytmice. Paweł po prostu lubi smaczki, kombinacje i dużo uderzeń. Więc zrobimy artystycznego stoner-rocka. Współpraca przebiegała znakomicie. Mogliśmy z Endriu skupić się na piciu piwa i wciskaniu klawiszy record. Posunęliśmy pattern po paternie, pozostanie to tylko ułożyć pod fragmenty a, b, c, d, d1, d2, d3, d0 itp. Skończyliśmy kilka minut po 22, Paweł już był zmęczony graniem. Ja jestem zadowolony. Myślę, że brzmienie z objętościówek załatwi wszystko, Paweł ma mocną stopę i dobry akcent na werblu, więc nie będzie wiele kombinowania z dodatkowymi ścieżkami.

środa, 3 czerwca 2009

świerki

poniedziałek, 1 czerwca
Tradycyjnie już zresztą zapomniałem o urodzinach AsiG. Taki ze mnie mistrzunio. O urodzinach Skarbie też zapomniam, że o imieninach nie wspomnę. Ale przecież takie rzeczy nie będą nas zniechęcać. Od dłuższego czasu okazało się, że kaseta z normalnym "rockiem" też może się sprawdzać. Choć nie wiem na ile to kwestia w miarę wyjątkowości Japandroids i Cymbals Eat Guitars.
***
Zaszedłem do antykwariatu i sprawiłem sobie książkę o teoriach spiskowych w USA (np. że wprowadzenie LSD na rynek było działaniem CIA w celu wytłumienia ruchów studenckich, he he) — już mi się podoba.
W ramach giftu też "100 filmów włoskich" — nobliwa pozycja z czarno-białymi fotografiami i czcionką kiepskiej jakości. Już w normalnym sklepie felietony Pilcha "Pociąg do życia", m.in. te, które pisał do dziennika — szkoda, że akurat wyłączył te o literaturze i futbolu, ale cieszę się, że to jest jakoś publikowane, zastanawiałem się, czy do tego właśnie nie dojdzie.
Ogólnie pogoda nas w miarę rozpieszcza: pada tylko w nocy i wtedy, gdy jesteśmy w robocie. Dzisiaj było całkiem ciepło. Nawet na krótki rękaw. Więc całkiem rozkosznie się czułem na mieście z Japandroids, czy potem już na dzielnicy z Cymbals Eat Guitars, kiedy przechodziłem ścieżką między korzystnie wysokimi trawami — wyglądały tak świeżo — deszcz im sprzyja. Różne odcienie zieleni kłębią się na krzakach. Nawet ta starsza, zeszłoroczna nie poddaje się nowej. Końcówki świerków są zjawiskowe, oprócz tego, że dysponują jakimś kosmicznym, metalicznym odcieniem, to albo są powleczone, albo wykonane są w całości z silikonu. Chwilowo nie kłują (zresztą jak ze wszystkim, jak się do tego dobrze zabrać). Więc mogły by występować w klubach go-go. Albo rude dziewczyny przebrane za świerki, ha?!
Ale przejdźmy do modrzewi...

Z modrzewiami nie żartowałem, porośnięte są delikatnym, acz rzadkim włosiem — bo na razie trudno to nazwać igłami. Jak płynie się rzeką (np. Starą Radunią), to można zaobserwować, że wszystkie te podwodne rośliny kołyszą się i falują powolnymi ruchami zgodnie z kierunkiem wody. Wiotkość (przy pewnej możliwej do zaobserwowania ciężkości) tego ruchu przypomina mi te delikatne twory wyrastające z gałęzi modrzewi. Zresztą, jak się przyjrzeć, modrzew ma wyciągnięte kończyny na wszystkie strony, prostopadle do ziemi, i jak wyciągnąć ramię przed siebie, lub w bok, to też widać owłosienie, szczególnie męskie, trochę tak sterczące. Oczywiście ręka się nie umywa. Wiem! Najbardziej to jednak takie wodorosty, na nieco płytszym terenie. Ot takie mini drzewa, powiedzmy takie podwodne bonzai, pień i gałęzie, tylko w innej skali, tak się prezentują teraz modrzewie. One akurat nie pasują do klubu. Nic dzisiaj nie piłem.


wtorek, 2 czerwca 2009

japandroids

niedziela, 31 maja
Z mistrzowskich tytułów, któreśmy jeszcze oglądali:
— "Outlander" — bardzo kiepski film z aktorem, który grał Jezusa u Gibsona, film s-f umieszczony w czasach wikingów — łał! skrzyżowanie (nomen omen!) predatora z filmem przygodowym o dzikich, nieco prostackich, ale szlachetnych rycerzach;
— "Ruiny" — młodzieżowy horror o morderczej roślinie pożerającej turystów, którzy przybyli w pobliże jakiejś pradawnej świątyni w Meksyku, to się nawet dobrze oglądało, ponieważ zawierało odrażajace sceny ucinania kończyn i wyciągania roślin=sznurków z wnętrza ludzkiego ciała, taki sympatyczny postęp nieuchronnej katastrofy.
Zaś wczoraj i dzisiaj oglądaliśmy drugą serię "Przyjaciół", bo pierwsza się skiepściła na płycie.
Czy to nie w zeszłą środę jechałem na Chełm oddać dętkę i sprzęt "małego łatacza opon"? Być może. Dni uciekają. Finał ligi mistrzów oczywiście był nudny, a Denver niestety nie doprowadziło u siebie do stanu 3-3, tylko uległo 2-4 z Lakers — znowu nie mój wynik, nawet nie będzie punktów z drużynę. Z kolei Orlando sprawiło miłą niespodziankę (też bez punktów — stawiałem na Cavs) i pogoniło LeBrona 4-2! Ho ho, Gortat w finale nba! Nieźle.
***
Z sobotniego zalatania nawet nie śledziłem wyników ostatniej kolejki I ligi — Wisła mistrzem, Lech tylko 3 miejsce, na pewno spadają Cracovia i Górnik Zabrze (hmm, hmm — w trenerem Kasperczakiem — czasy wielkiej Wisły Kraków już daaaawno za nami). Psim swędem Lechia się utrzymała, Arka w barażach — który to już raz z kolei?

Wracając do czwartku, Michał już mieszka w Gdyni, ale mieliśmy próbę z Wojtkiem na Niedźwiedniku. Przy okazji dobry news — zagramy support przed Twilite
(http://rozrywka.trojmiasto.pl/info_imp.php?id_imp=119588)
— Wojt właśnie odebrał e-mail. Zestaw gramy już prawie na pamięć. Zaczęliśmy próbować nowe pomysły, nawet nagraliśmy je na dwa mikrofony, żeby móc mieć materiał ku pamięci — przygotowałem to szybkensa w sobotę, trochę mi zajęło ułożenie perkusji do numeru "spencer" (a jakże). Będzie nad czym pracować. O szczegółach technicznych wyprawy na nagrywanie, a następnie na występ jeszcze się nie martwiłem.

W piątek, 29 maja, po spotkaniu w pracy, niestety, trochę mi wydłużyło dzień pracy — i jeszcze niepotrzebnie się pochwaliłem, ze będę miał urlop (mam nadzieję, że będę miał?!) graliśmy kosza na sali (trochę też w nogę), od 19 do 21. Pojechaliśmy rowerami z Andrzejem. Nogi czułem jeszcze po środzie, tylko je sobie doprawiłem. W sobotę już czułem wszystkie mięśnie — dawno nie grałem. Nie żebym się przemęczał, bo i tak przegraliśmy. Kiepski ze mnie grajek. Pomijając fakt, że zasady gry (oprócz "rzucaj i staraj się, żeby doleciała do obręczy") pojąłem dopiero kilka lat po studiach — to niewiele mogę się nauczyć w tej kwestii. Na pewno nie wyćwiczonych ruchów.

W sobotę wybraliśmy się do autleta, i mieliśmy szczęście, bo Skarbie trafiły się 3 pary butów, w tym 2 do fitness, za bardzo dobre pieniądze. Ja kupiłem sobie bluzę za 6 zeta. Wracaliśmy z Szadółek piechotą, tradycyjną trasą — było wietrznie, ale przyjemnie. Potem jeszcze zakupy, bo w niedzielę sklepy zamknięte. Uff, potem już pozostało zjeść obiado-kolację i wieczór. A — był jeszcze osobiście przerażający mnie zestaw filmów o kosmosie. Czy wiecie, że za kilkadziesiąt miliardów lat wszechświat przestanie istnieć? Straszna perspektywa. To mi przypomina, że kilkadziesiąt lat przestanę istnieć. Te dwa porządki jakoś tak mi się łączą. I nie zostawiąją mnie w tym moim dobrym, samozadowalającym się samopoczuciu. Niestety. Wtedy potrzeba jakiegoś znieczulacza. Mogą być narkotyki, wysokoprocentowy alkohol lub zajmujące kolorowe obrazki na ekranie bądź tv. A na przykład walka Wałujewa została odwołana i co teraz? Znowu powtórki na polsat sport.

czwartek, 28 maja 2009

przyjaciele

niedziela, 24 maja
W zeszłym tygodniu zaliczyliśmy niezły film — "Doubt". Wobec kilku recenzji, które przeczytałem, film zaskoczył mnie bardzo pozytywnie (czy ja już tego nie pisałem?)..........
Bodaj w zeszły poniedziałek do snu, a nawet trochę dłużej oglądałem film o hard-core w USA. Jeden z tych dobrych zagranicznych dokumentów ("Upadek zachodniej cywilizacji) o muzyce. Czy w Polsce było coś takiego kiedyś? U nas nie ma muzyki poza oficjalnym przebiegiem. Nie wiem nawet, czy Skaldowie doczekali się dokumentu o sobie, nie mówiąc o Polanach.
Oczywiście hard-core nie znam w ogóle, prócz tego, że kojarzę Henry Rollinsa i wiem, co to było Bad Brains. No ok, Dead Kennedys bardzo lubię. Ale oni nie byli stricte. Co mnie uderzyło, że w przypadku większości tych kiepsko grających, wtedy młodych, początkujących zespołów wszystko było traktowane z pewnym pietyzmem. Jacyś goście pamiętali, kto, gdzie i kiedy grał pierwszy koncert w jakimś garażu, czy przyjęciu urodzinowym (to nawet nie były celowo organizowane występy w lokalnych pubach, czy koncertówkach!). Część z tych bandów, których członkowie ledwo umieli grać na instrumentach, miała rejestrowane swoje pierwociny na video — proszę, jaki gotowiec dla dokumentu! Następnie, taki zespół po kilku występach we własnej wiosce już był niejako "zaliczony" do kręgu takiej muzyki, po czym ruszał do innego miasta i grał tam występy (coś jak u nas na squotach). Luknij se, jakie Stany są duże. W międzyczasie od razu ktoś ich nagrywał — co prawda na setkę — ale nagrywał na półprofesjonalnym sprzęcie. Chłopaki od razu zamawiali w drukarni okładki na 1000 egz. (1000 egz.!!!), swojego MIKRO nakładu, by móc sprzedawać to na występach. (Wtedy jeszcze winyle). Członkowie zespołów sami mówili, że właściwie z grą na instrumentach nie było zawodowo, i dla tego np. Bad Brains byli bogami, ponieważ znakomicie panowali nad swoją grą (oprócz tego lider — no, tego nie można się nauczyć). Po kilku latach takiej działalności przykładowy zespół był podstawą sceny h-c, a obecnie jego dokonania są częścią historii muzyki. Po prostu łał. (mówiąc szczerze w większości przypadków sama muzyka jest jednolita, potwornie głośna, nieprzyjazna dla ucha i wtórna wobec siebie — ale JEST)
W sobotę to dopiero były przygody!
Mając wolne przedpołudnie wybrałem się do Piotra na działkę. Uznałem, że brak hamulców i przeskakujące przerzutki są mniejszym problemem niż stukanie w kole, więc wybrałem się rowerem starszy. Pogoda była zmienna, bollywoodzka — czasem słońce, czasem deszcz.
Jechałem najpierw na Ujeścisko, potem ul. Warszawską i Jabłonową, tam zapędziłem się za bardzo na skręt na obwodnicę, wróciłem pod skrzyżowanie koło wioski Szadółki, gdzie kiedyś kupowaliśmy lody (i piwo!) podczas pieszej wycieczki na otwarcie sezonu działkowego, następnie drogą z płyt, później na moście znowu zgubiłem drogę, na szczęście rozpoznałem zielony szlak, pojechałem w drugą stronę, wzdłuż obwodnicy, następnie brzegiem jeziora Jasień, obok oszą, obok torów kolejowych Gdańsk-Kokoszki i już byłem na działce (ok. godzina jazdy). Piotr trochę podkręcił łożysko, ale powiedział, że i tak jest do wymiany, bo co najmniej jedna kulka wypadła. Pomogłem mu ciut przy przykręcaniu blach do garażu i ruszyłem z powrotem. Tym razem przez Kiełpinek, potem lasem 4 km do Otomina, "naszą końską drogą" do outleta, a potem już z górki przez dolinkę, dwa zbiorniki retencyjne i w domu. Ale nie było tak lekko. Najpierw hamulec hamował mi koło co pół obrotu, potem wplątała się w to przerzutka, która w konsekwencji przestała działać, ale jechałem dalej. W lesie zaczęło poważnie szwankować łożysko, koło obracało się z coraz większym oporem. Po Otominie obracało się z trudem i wydawało wszelkie możliwe odgłosy. Przejazd przez dolinkę był ostatnim jego westchnieniem, po czym przestało się w ogóle obracać pod wpływem pedałów. Jakie szczęście, że to już było obok roboty. Więc polazłem piechotą i tylko z górki jeszcze jechałem na rowerze jak na hulajnodze. Dotarłem do domu, gdzie czekała na mnie wyborna pizza przygotowana przez Skarbie, a potem "Przyjaciele".
***
Dobra. To już zwyczajny nałóg. Ale za to jaki przyjemny. Ostatnio sformułowana kaseta, w części A druga część soudtracku z "On her Majesty's secret service (1969)", a na stronie B pierwsza część "Diamonds are forever (1971)", tak jakoś wyszło, bo na razie rozgrywam to po łebkach, a pierwsza płyta w ogóle nie jest soundtrackiem, jeszcze dojdę do momentu, kiedy każdy album będę miał na osobnej kasecie — do walkmana rzecz jasna. Więc obecna kaseta (mimo że film "Diamonds are forever" wzbudza we mnie mieszane uczucia) wchodzi po prostu niesamowicie. Idealne połączenie akcji i melancholii. Jest nawet taka durna melodia "cyrkowa" oparta na walcu — "Circus, circus", którą sobie nucę zmywając na przykład naczynia.
***
Ha, od czwartku do niedzieli obejrzeliśmy sezon 7 i 8 przyjaciół, 6 płyt dvd po 8 odcinków (po 4 odcinki z każdej strony takie to płyty dvd teraz produkują!), to daje 48 odcinków, średnio 22 minuty każdy, czyli 1056 minut, a więc około 17 godzin i 36 minut. Było czadersko!
Nie muszę raczej dodawać, że sieć udostępnia pozostałe serie, więc już z chwileczkę, już za momencik...
Nie jestem jakimś wielkim fanem, ale oglądanie tego wciąga. Specjaliści od gagów i pisania dialogów zrobili dobrą robotę. Fabuła jest nieco smętna i momentami rzygliwa (te śluby i dzieci), ale jednak zajmująca (co będzie w następnym odcinku?!), odcinki z tzw. gwiazdami są wyłącznie na użytek publiczności, świat jest wycezylowany (ha, a to nagminne preferowanie wyuzdania seksualnego i wolnych związków!?!), a mimo to można czuć sympatię dla tego serialu. Oczywiście faworytem nr 1 pozostaje nieskomplikowany Joe z lekkim podejściem do relacji seksualnych i miłością do jedzenia, zaraz po nim plasuje się Chandler z tą swoją zgryźliwością i takim trwaniem jakby obok (może akurat trochę tak ograniczyli jego rolę w tych seriach). Umówmy się, kobiet nie lubimy.
Właśnie zajrzałem do ostatniego odcinka serii 10 i zdążyłem się zasmucić, że to już koniec.
Nic to, jeszcze kilka serii przed nami.


środa, 27 maja
Obecnie wstaję rano, zaglądam na 821 stronę telegazety i już wiem, kto dzisiaj dał radę. Trwają finały konferencji i każda wiadomość o zwycięstwie Orlando czy Denver korzystnie wpływa na moją pieszą drogę do pracy. Obstawiałem 4-1 dla Cavs (dupa, już wynik wyautowany) oraz 4-2 dla Denver. Oczywiście nawet się ucieszę, jeżeli Orlando ograją przehajpowanego LeBrona, jest 3-1, ale z takiego wyniku już wyszedł 2 lata temu, więc czekamy. W parze Lakers-Denver nie jest różowo, bo Lakers wrzucili trochę gry zespołowej + Kobe, więc intensywność Denver nieco osłabła. Gdyby nie błędy sędziów (tak piszą), mogło być 0-3, na szczęście jest 2-2, kolejny mecz dziś w nocy).
***
Właśnie trwa finał ligi mistrzów WE futbolu, ale niespecjalnie mnie to obchodzi. Widziałem I połowę (przed "you can dance") (czy nikt nie może tej głupiej, co prowadzi narrację jak dziecko [nic dziwnego, że ten Lis ją rzucił], że ma się inaczej ubrać, i nie pokazywać, że przesadziła na "siłce"? chyba nie) i oczywiście moja teoria "finały są nudne" się sprawdza. Dwa finały były dobre, kiedy piliśmy piwo, i raz wychodziłem już do domu od Oli Maj (ManU-Bayern 2-1), i drugi raz, kiedy wychodziliśmy już do domu od Oli, tym razem już Adamskiej (Liverpool-Milan, po karnych). Szpaku się podnieca, bo finał, więc trzeba się podniecać (jak ze Słowackim), ale rzeczywiście po ponad dwóch dekadach kładzenia zawrotnych myśli przez głośniczki tv: "teraz piłkarze muszą się otrząsnąć po tej straconej bramce" — każdy średnio rozgarnięty może spostrzec, że tych komunałów nie da się do kurwy nędzy już słuchać. Na szczęście od nowego sezonu nie będzie ligi mistrzów w tvp. Nie żebym miał oglądać.
***
Przy tak zwanej okazji.
Prokom Trefl Sopot w dość łatwy sposób tym razem pokonał Turów Zgorzelec 4-1, a oglądalność finałowych meczy w TVP Sport wynosiła ok. 30 tys. na mecz. Robert Korzeniowski — szef sportu w tvp — pytany o kwestię oglądalności wyraził opinię, że pytający ma złe dane, nie 30 tys. a ponad 40 tys. oglądało! I takiej postawy należy się trzymać!
Swoją drogą, dziwią mnie (ale tylko troszeczkę) działania szefów koszykówki w Polsce (bardziej ich brak), że przeszli z Polsatu Sport do tvp (sport, he he). Jak dziś pamiętam tę przerwę w meczu finałowym, kiedy postanowiono pokazać bardzo ważne obrady. Ale w końcu, kto tu rozdaje pieniążki, nie rozumiem skąd to oburzenie. Może niektórzy mają tak jak ja w show biznesie muzycznym: będą rozgrywki? będą! będzie transmisja? będzie, przecież załatwiliśmy! a ktoś to ogląda, kupuje? no jest kilka osób, ale przecież nie o to chodzi — spełnianie misji jest najważniejsze.

czwartek, 21 maja 2009

przyjemne chwile

wtorek, 19 maja
Dwie rzeczy, zanim zapomnę:
Skarbie w sobotę zrobiło dzbanek pysznej herbaty (hibiskus + coś tam) — po raz pierwszy w historii.
Zaś Łukasz Iwasiński, ktróry przeprowadzał wywiad dokonał ważnych skrótów — i słusznie, bo już teraz wywiad jest za długi, a przynajmniej jest bardziej zwarty (fragmenty "wspominkowe" dotyczące sceny 3-miejskiej umieszczę kiedyś).

środa, 20 maja
zostałem nieźle wytresowany
bowiem — mimo pozytywnych aspektów, które sobie sam wynajduję — moja sytuacja z tekstu piosenki "moja lewa ręka" nie zmieniła się w ciągu ostatniej 5-latki (wrzucam na myspace)
***
właśnie się dowiedziałem, że na myspace można wrzucać 10 numerów, a więc:
"rozedrgane śrubki" (2004, Radio Rodoz)
1. blues "moja lewa ręka" — nawet jurek, przyznał kiedyś, że tekst "urodziłem się nie w tym kraju, co trzeba" jest trafiony, jeżeli chodzi o możliwości muzyczne, ho ho.
2. "vines" — tytuł jak najbardziej inspirowany, ale muzyka niewiele ma wspólnego z zespołem, bardziej jakiś college-rock — przez chwilę mi się nawet podoba, jest w tym jakiś potencjał wesołego hop-sa-sa, w wersji kevinowej mi się mniej podobało (no jasne!)
3. "piosenka z R" — no tak, gitara akustyczna, milutki, ciepły wokal i już jestem cały kupiony, nie mogę nie być zachwycony swoją piosenką
4. "marchiefkie/pora na dobranoc" — idealne zakończenie płyty, lekka mruczanka, delikatne dźwięki i lekki soniczny klimat na gitarze.

Pewnie, że przydałoby się wrzucić coś nowego, ale na nowe przyjdzie kolej, najpierw IN THE NAME OF NAME, a potem lecimy z nagrywaniem trzeciej, solowej płyty vreena, heh. Jesteśmy już umówieni z Endriusem, w jaki sposób nagramy perkusję, mamy też wstępny pomysł na kolejne instrumenty. Nastąpiła zmiana planów, ale swoje "opus magnum" — "Zapach twoich łez" (niezła bzdura z takim tytułem) (nie mogę się powstrzymać) — płytę zawierajacą właściwie same przeboje z dekady, ze składem elektrycznym popełnię za dłuższą chwilę; okładkę będzie zdobiło foto w stylu solistów z lat 80. Może zapuszczę sobie dłuższe kręcone włosy na tzw. czeskiego piłkarza, może sympatyczny wąs w stylu Lionela Ritchie.
Jeszcze nie wiem, jak z tytułem owej akustycznej. Pierwotnie miało być: "W przerwie" (jako, że niby zrobiłem ją w przerwie), po czym doszedłem, że przerwa w szkole kończy się dzownkiem, więc obecnie jest: "Po dzwonku" — w nawiązaniu do dowcipu:
— Czym różnią się uczennice od uczniów?
— Tym, że dziewczynki drapią się po przerwie, a chłopcy po dzwonku.
Głupi pomysł. Oj GUPI. Na razie nie mogę się odwieźć od tego pomysłu.
Plany, plany, plany.


Wracając do codziennej tresury. W poniedziałek wyszedłem z roboty kwadrans później i byłem szczęśliwy jak skowronek, że tak szybko udało się wyrwać. Było ciepło, upalnie, wręcz duszno, kawałek drogi przebiegłem nawet. W szybkim chodzie sprawdzam się nieźle, ale do biegania kondycji — nie za bardzo. Można było chwilę pobiec. Zwłaszcza, że przypominało to taki dzień w czerwcu, po szkole. Z tornistrem na garbie człowiek wybiegał z budynku szkolnego i biegiem kierował się na boisko. Mam nawet taki obrazek przed oczami, że przebiegając magiczną bramkę, oddzielającą teren "zwyczajny" od boiska, chłopacy zrzucali tornistry w biegu, gdzie popadnie, ten który już wbiegał niemal na środek krzyczał: "Kopaj!", wtedy ten, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, mimo że był jeszcze na terenie poza boiskiem, kopał wysokim lobem (taki wysoki poziom mają obecnie nasi polscy ligowcy) na boisko i zaczynało się!
Mieliśmy fajne boisko, bo nie asfaltowe (trawę to mogłeś w parku obejrzeć), a piaszczyste. Na środku i w pobliżu bramki było ok, po bokach (gdzie nikt nie biegał) przypominało to bardziej plażę, jakieś 6-8 cm piasku, tyle że burego, brudnego. Przez co wszystkie skarpetki i buty były do niczego, a człowiek wracał do domu z nogami prawie czarnymi, aż do wysokości kolan, ale przynajmniej upadki nie były groźne.

Drugi taki moment miałem dzisiaj, tym razem wyszedłem 40 min później, mniej szczęśliwy, ale w padający deszcz. Przecież nie jestem z cukru. Największy impet letniej, wiosennej burzy już minął, ulica spływała wodą, z liści drzew pod którymi przechodziłem spadały duże krople, jadłem jabłko, bo jeszcze mi zostało. Teren "miastowy" minąłem sprawnie i trafiłem na teren "wiejski", gdzie Potok Oruński nabrał sporo deszczówki i gwałtownie przybrał na szybkości, cała ta brązowa woda wpadała do zbiornika retencyjnego, a zieleń dookoła aż oddychała od świeżej dawki wody. Było ciepło. Po wydeptanych polnych drogach spływały niewielkie strumyczki, które zatrzymywały się w kałużach. Wszystkie kolory (głównie zielony i jasno brązowy) wyglądały na nasycone, jakby poddane obróbce w photoshopie. Przyjemna chwila.


poniedziałek, 18 maja 2009

zwywiad

więc robota przez 4 ha (piątek 8 maja), to jednak jest coś, naprawdę git, nie zdążyłem się nawet zmęczyćdodatkowo hiszpański na luzie (za ścianą chłopcy oglądali mecz Lechii — było słychać) (mecz był zamknięty dla "kibiców" po ostatnim derby z Arką — ciekawe czemu? to tyle w temacie bezpieczeństwa na stadionach)
***
W sobotę (9 maja), byliśmy u Jurka i Eli, gdzie spędziliśmy ponad pół dnia, aż do wieczora, jazda tramwajem na to zadupie jest masakrycznie długa. Co prawda same wyjście na brukowaną uliczkę Brzeźna, gdzie na przestrzał, między niskimi domkami z cegieł, pojawia się morze z linią horyzontu jest urocze, kilmat rybackiej wioski (nie powiem, że niemal w centrum miasta), ale ogólnie wrażenia mam przygnębiające. Dom i mieszkanie, co tu dużo ukrywać, jest stare i ciasne. Co ciekawe, sam zapewne z sentymentem oglądałem taki sam kredens i urządzenia sanitarne w domu na Oruni Dolnej, ale tu brakuje mi tego maskującego przezrocza. Graliśmy w gry planszowe, których Jurek jest fanem. "tetris" w wersji planszowej daje radę, wygrałem wszystkie partie.
No więs skoro sobotę sobie przepuściliśmy na wizytę, to w niedzielę musiałem dokończyć robotę, a potem zabrałem się za wywiad
http://www.artpapier.com/?pid=2&cid=5&aid=1945
Drugi w moim życiu! Zeszło mi całą niedzielę. Rzecz jasna pewne kwestie musiały się powtórzyć. Oczywiście próbowałem być fajny i sympatyczny i "nieprzejmujący się". Chociaż w pewnych momentach wyszło słabo — szczególnie kiedy zeszło na Kevin Arnold. To już jednak tak jest, że będzie się to za mną ciągnęło, jak smród po gaciach. Ale powiedzmy sobie szczerze — człowiek sukcesu to ze mnie nie jest. Chciałem głównie, żeby było o szczegółach muzycznych i nowych płytach z chłopakami, ale wyszło, jak wyszło — biorę, co dają. Grunt, że Skarbie się podobało po wstępnym czytaniu. I tyle było z niedzieli.

W poniedziałek (12 maja) usiałowałem się zapisać do fryzjera (do czego to doszło! żeby u fryzjera nie było miejsca!). W końcu ściągnęli mnie na 20. W sumie nawet nie było mi to aż tak na rękę, zwłaszcza że robotę z roboty przeniosłem do domu, fryzjerce też nie, skoro nazajutrz miała być już od 8 rano w robocie. Ale poleciała szybko, tym razem nawet tzw. fryzura. Pech chciał, że po tych ciepłych dniach nadeszło zimne powietrze i dłuższe by mi się przydały. Ale kiedyś należało to uczynić.
Muszę też przerobić foty Johny'ego ze smoka, a przynajmniej wysłać Wojtasowi.

We wtorek mnie tknęło, że warto byle jak nagrać po ścieżkach te nasze dwie nowe — bo tego nagrania z komórki nie da się słuchać. Więc zaciągnąłem cały sprzęt i nagrywaliśmy: perkę na dwa mikrofony wyraźnie tylko stopa i werbel (przynajmniej uniknęło się tych wszystkich blach); bas z linii, gitary po jednej z pieców, wokal Nicolasa + chórki. Poszło sprawnie, choć zajęło to całą próbę, ale tym razem nikt się nie denerwował i nie było pośpiechu.
Mogłem się tym zająć dopiero w sobotę, bo przez cały tydzień się zarzynałem.


Wobec planowanej "dwunastki" na czwartek, w środę wybrałem się na miasto w celu zakupu kalek (kupiłem ostatni zestaw z tych tanich, 30 kartek w bloku). Podróż (wyjątkowo autobusem — w porównaniu z poprzednimi tygodniami) stosunkowo sprawna. Udało mi się zaciągnąć brakujące rozszerzone wersje soundtracków z 007, głównie chodziło o "Goldfingera" i "Live and let die". Któregoś razu (może to było w niedzielę?) dokończyłem "From Russia with love" — po warstwie muzycznej łatwo rozpoznać, w którym miejscu akcji się jest. Aczkolwiek sceny, kiedy Robert Shaw pojawia się i znika, przechodząc wagonem kolejowym za plecami 007, nie udało mi się zlokalizować.

Zdaje się, że właśnie w środę sprawiliśmy sobie własną pizzę (taka zamiana po weekendowej babce ziemniaczanej). Oczywiście była rewelacyjna, ciasto wyrosło bardziej niż zazwyczaj — było pulchniutkie — może poszło więcej mąki? Myślałem, z nie wyrośnie, skoro już nie grzejemy, ale na oknie, pod zachodzącymi promieniami słońca jako poszło bardzo dobrze. Więc wziąłem też ją na czwartek do roboty. Zrobiliśmy też nową, dobrą rzecz: sałatkę z gotowanych brokułów i paluszków krabowych + sos majonezowo-musztardowy z czosnkiem — pyszne. Powtórzyliśmy ten zestaw w nadchodzący weekend.

Czwartek w robocie minął szybko — zawsze tak jest przy fajnej pracy, buchachachachacha.
Wycwaniłem się i puszczałem kalki co 3-4 minuty, drukarka zdążała trochę stygnąć, więc nie wżerało tych kalek na potęgę, nie wcięło mi żadnej, pomarszczyło się kilka, więc procent strat był stosunkowo niewielki. Jak będę miał czas (kiedy?), będę mógł pociąć je i przygotować następną partię płyt JZTZ.
Ponieważ następnego dnia powinniśmy oddać płytę Luisowi, więc obejrzeliśmy "La doce sucia", że tak powiem w oryginale z hiszpańskimi napisami. Jednak fajnie zmontowany klasyk. Szczególnie w przypadku tych aktorów, którzy umieli grać (Cassavettes).
***
Cavs-Atlanta 4-0 — nie było w ogóle o czym dyskutować. Pytanie tylko brzmi, czy oni rzeczywiście są tak mocni, a LeBron tak niesamowity, czy też jeszcze nie trafili na wymagających przeciwników.
Denver-Dallas 4-1 — bez wątpliwości, Billups po raz 6 w finale konferencji (i co Pan na to, panie Dumars), Nuggets po raz pierwszy w finale konf. od 1985. Co prawda nie zatrzymali Dirkzilli, więc z KB też im się nie uda, ale jest szansa, że będzie super finał (Beat LA!).
Orlando dokonuje cudów nieuwagi, nieroztropności i nieudolności trenerskiej, zaś Boston dokonuje cudów waleczności, zwycięskich rzutów i gra ponad swój stan kadrowy w tej chwili. Na razie jest 3-3 i ostatni rozgrywka w nocy z niedzieli na poniedziałek.
Zaskakująco dobrze i z charakterem (przede wszystkim z obroną) i to bez Minga (nie mówię o Tracym — bo on był tylko kamieniem u nogi) radzą sobie z LA; tyle się mówiło o tym, jak znakomitą drużyną będą Lakers z Buynumem, a tymczasem on po prostu "znika" w tych meczach; dodatkowo mamy reality show Kobe vs. Artest (Reggie Miller, który grał z nim w Atlancie, mówi, że on naprawdę uważa, że jest najlepszym koszykarzem na świecie — tak napisali na blogu), na razie 3-3. Rzecz jasna kibicuję Rockets (może podobnie jak z Shaqiem, kiedy Kobe się zestrzeje i nie będzie dawał rady — wtedy będzie się mu kibicowało z sentymentu), ale raczej przejdą Lakers.

Piątek już pracowałem tylko w robocie, gdyż hiszpański, a potem film sf "Inwazja obcych" — skrzyżowanie kinowej "Mgły" (tej ostatniej) oraz "Inwazji" z Kidmanową. Pomysł gupi, zakończenie banalne, ale niskobudżetówka dobra do rozrywki. Jakoś trzymała. Chociaż niewątpliwą zaletą "tragedii w supermarkecie" było rozpętanie ludzkich konfliktów, opartych na nieprzejednanych postawach, uprzedzeniach i głupocie — tego w tym filmie nie było. Jeno ci obcy. Wciąż nie ogarniam, dlaczego obcy mieliby chcieć opanowywać ludzkie umysły i ciała. Lepiej jeść słonie — więcej mięsa.
***
Sobota okazała się pracowita ze względu na hobby. Robiłem kevinowego "Susła" oraz "Cornershop". Perkusja symboliczna — tylko stopa i werbel — aż za wyraźnie słychać, że jest nierówno i nie trzyma tempa. Potem bas — który gra zawsze obok stopy — taka już natura tego zespołu. Gitary wyszły w miarę, jako tło dało się to schować, solówka Nicolasa znakomita — ustawiłem ją jako motyw podstawowy drugiej części piosenki. Wokal Nicolasa wyszedł głucho, ale kiedy jest podwójny (z daleka) lub dołoży mu się linię przefiltrowaną na sopran ładnie się to uzupełnia. "Cornershop" w sumie mi się podoba, problemem jest to, że są dwie długie zwrotki, i kiedy nie wiadomo o czym to jest, trochę się to nudzi. Ogólnie pomysły wyjściowe są sympatyczne. Jak zbierzemy takich 20, to będzie z czego wybierać.

Było filmowo. "Doubt" zaskakująco bardzo mi się podobał (recenzje mnie nie przekonywały), portret środowiska nieco karykaturalnyc (celowo?), ale pojedynek aktorski Meryl Streep i Phillipa-Seymoura fantastyczny. Znakomite. I bez wyraźnej odpowiedzi. Tak ma być.
Jako przerywnik były "Wspomnienia gwiezdnego pyłu" Allena — nigdy wcześniej nie widziałem, i przyjąłem nawet z przyjemnością. Było stosunkowo lekkie, kilka dobrych tekstów (m.in. ten, który chodzi obecnie w kawałach: "podobasz mi się, nie spieprz tego"), kilka niezłych autotematycznych scen o "reżyserzu", który specjalizuje się w komediach, nie było irytujących postaw czy postaci, przez które czasem patrzy się na te "dramaty ludzkie" jak na bełkot. Czy jak to tam ubrać w słowa.
Do snu "Paradise now". Rzeczywiście do snu, bo Skarbie przespało prawie cały, choć to poważna tematyka była (chłopcy z Palestyny idą na akcję do Izraela). A, właśnie kończę LnŚ, w której jest sporo tekstów Palestyńczyka Edwarda W. Saida — szczególnie niezłą konkluzją zakończył się ten dotyczący "przegranych spraw". Patrząc na kwestię w kolejności zdarzeń, to rzeczywiście mają przesrane. Teoretycznie takie zbiegi historii powinny bardzo obchodzić na przykład Polaków. Ale nie obchodzą. Ponadto zdecydowanie na niekorzyść działa kwestia innej religii, a przede wszystkim jej bezkompromisowy charakter. Oczywiście skojarzenie islamu z terroryzmem jest nachalne i krzywdzące, ale nie da się ukryć, że sporo się napracowali w tym kierunku. Osobiście tamten świat mnie przeraża i nie czuję się w nim komfortowo. I ani Turcy ani Tunezyjczycy nie pozostawili we mnie dobrego wrażenia. A więc, jakie wrażenie zostawiają po sobie Polacy? Heh.
***
Arka przegrała kolejny mecz i już jest na dnie tabeli. Osobiście nie mam tak dużych sentymentów i nie uważam jak Tymon, że jest to dobra drużyna. To zestaw trzeciorzędnych grajków, którzy za dobrze zarabiają i klub powinien się za to zabrać. Natomiast irytujące było, że Tymon wygłasza słowa, że nie dano szansy Michniewiczowi (a teraz uwaga: "polski murinio" i wszyscy trzymamy się za brzuchy ze śmiechu), skoro kilka sobotnich gazet wyborczych temu pisał: "może pora już odejść Panie Michniewicz".
***
Krzysiu "Diablo" (hi, hi) Włodarczyk, mimo żarliwych próśb Kuleja i Kostyry nie poradził sobie we Włoszech. Fakt, że sędzia nie był bezstronny, ale Krzysio powinien być dwa razy szybszy od tego 40-latka i zadawać więcej kombinacji ciosów — a było zupełnie odwrotnie. Ale Krzysiu wybitnym bokserem nigdy nie był, zawsze polował na ten swój mocny cios. Aczkolwiek jeżeli chodzi o sposób wysławiania i ułożenie w głowie bardzo mu się poprawiło, no tak, teraz mądrzej gada, a słabiej wali — nie wiem, jaka kombinacja jest lepsza dla boksera.
***
Niedziela była prawie dla nas. Robotę zrobiłem szybko i po lidlu i kawie wybraliśmy się na rowery. Pojechaliśmy na punkt (ul. Sandomierska — jak zwykle wygląda uroczo), potem w stronę ul. Równej, następnie na Olszynkę — teraz, kiedy jest zielono, jest naprawdę ładnie. Kanały i szuwary zaraz obok miasta robią dobre wrażenie. Przypmniało mi się, jaki kiedyś dymaliśmy na składakach z Oruni na Stogi, na plażę. Teraz, czy to po ścieżce rowerowej, czy kostce dla pieszych jedzie się wręcz komfortowo. Dojechaliśmy do mostu na Przeróbce, w tył zwrot i do ul. Angielska Grobla. Jakie tam się fantastyczne budynki — które zaraz rozbiorą — się znajdują! Aż trzeba to obejrzeć jeszcze raz. Dalej jeszcze w głąb Wyspy Spichrzów, gdzieś jeszcze za Domem pod Murzynkiem, następnie wzdłuż kanału w dół wyspy, a potem już wałem do domu. Przejechaliśmy za park, a w domu czekała już na nas babka ziemniaczana, którą przygotowaliśmy wczoraj. Niestety, będziemy musieli obejrzeć "Australię". Na szczęście mam piwo.