
Zawizytowałem Wojta. Wygląda jak wykarmione zombie (no dobra, ubrał szeroką bluzę). Nawet tak powłóczy nogami jak w klasycznych dobrych filmach. Ale śmieje się z "hitler dowiaduje się o jadłodalni", co dla mnie jest objawem zdrowia. Odsłuchaliśmy wszystko co trzeba, znaleźliśmy ułożenie palców na strunach (tych niżej, tych niżej), no i wypiłem dobrego, własnorobnego ale Wojta. Wieczorem zaczęło wiać.
***
The French Connection (1971). Gene Hackman jak zwykle brzydki. Duet z Royem Scheiderem wzorowy. W czasach podwójnie szybkich i wsciekłych żadne efekty już nie robią wrażenia na dzieciakach. Wystarczy przeczytać komenty pod "Bullitem". A pomyśleć, że kiedyś dla takich rzeczy ginęli kaskaderzy. Twórcy 007 zawsze poświęcają wiele uwagi pracy, jaką włożyli ludzie od scen akcji, z naciskiem na to, jak trudne albo niepowtarzalne były niektóre akrobacje. Film może nie jest dopracowany w szczegółach, co mi w ogóle nie przeszkadza, ale dobrze się ogląda takie kino sensacyjne. Wyłączam myślenie i się zachwycam. A i efekt Słowackiego na mnie nie działa. Zdecydowanie kiedyś to oglądałem w czasach telewizyjnych i niektóre sztuczki wciąż mi się podobają. Fernando Rey świetnie wygląda. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na muzykę Dona Ellisa. No i jak mam nie lubić Williama Friedkina przecież.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz