poniedziałek, 15 czerwca
Hura! Witajcie nocne zjazdy. Byłem tu o 5:57. I wcale nie oglądałem finałowego meczu nba. Nawet nie wiem, czy był to ostatni. Ale patrząc po wynikach i stylu, nie będą to Orlando. Wystarczy wygrany pierwszy mecz w finałach. Następne dwa za 14 lat? Ho ho, to już tyle czasu minęło?
***
Wszystko przez tych gnoi i komórkę firmową po chuj. Cały długi weekend kiepsko spałem, bo nachodziły mnie myśli, jak to dzwonią do mnie wieczorami.
***
Pierwszy finał oglądałem rok wcześniej. New York Knickerboxers — Houston Rockets. Zdaje się, że wtedy nie było jeszcze pisma "Magic Basketball". A finały pokazywali na dwójce. Szaranowicz + dziwni zaproszeni goście. Starałem się kłaść wcześniej, by potem wstać w okolicach 2. Spanie w dzień nigdy mi specjalnie nie wychodziło. Oczywiście kibicowałem NY, oczywiście nie wygrali, tamtą drużynę pamiętam wcale nieźle. Houston było dla mnie anonimowym teamem — oprócz Olajuwana, Horry'ego i rzecz jasna Sama Cassela — pierwszoroczniak i jakie wejście! A właśnie, po tym sezonie, w zeszłym roku zakończonym jeszcze jednym tytułem z Boston, zakończył karierę. Nawet fota się znalazła.
***
Wszystko przez tych gnoi i komórkę firmową po chuj. Cały długi weekend kiepsko spałem, bo nachodziły mnie myśli, jak to dzwonią do mnie wieczorami.
***
Pierwszy finał oglądałem rok wcześniej. New York Knickerboxers — Houston Rockets. Zdaje się, że wtedy nie było jeszcze pisma "Magic Basketball". A finały pokazywali na dwójce. Szaranowicz + dziwni zaproszeni goście. Starałem się kłaść wcześniej, by potem wstać w okolicach 2. Spanie w dzień nigdy mi specjalnie nie wychodziło. Oczywiście kibicowałem NY, oczywiście nie wygrali, tamtą drużynę pamiętam wcale nieźle. Houston było dla mnie anonimowym teamem — oprócz Olajuwana, Horry'ego i rzecz jasna Sama Cassela — pierwszoroczniak i jakie wejście! A właśnie, po tym sezonie, w zeszłym roku zakończonym jeszcze jednym tytułem z Boston, zakończył karierę. Nawet fota się znalazła.

- Popsuł się telewizor.
O żesz... taki i owaki! Teraz? Przed długim weekendem? Na szczęście ojciec raz w życiu się przydał. Ok, nie oceniajmy go zbyt surowo — kilka razy wcześniej również. Miał zapasowy w piwnicy, więc po zbyt długich zakupach w lidlu, bez obiadu, pojechałem na próbę do Endriusa, wypiliśmy mołdawskie wino o smaku porzeczkowym, poimprowizowaliśmy z tekstem (zapomniałem zeszytu), zdążyłem na 21 na Chełm. Piotr już po operacji przepukliny czuje się coraz lepiej, zaczyna go nosić po domu, więc w ramach rozrywki zawiózł nas na Stogi, podłączyliśmy telewizor i gra. Dzięki bogu! Nie zawiodłem w tej godzinie próby. W końcu urodziła, wykarmiła i wychowała — należało się jej. Być może frajerstwem było poświęcenie temu całego swojego życia. Co, nie opłacało się, co nie? He he. Dywan i wszystkie okoliczności są czyste, telewizor gra, wszystko gra. Pewnie to co po niej pozostanie, to porządek. Przez chwilę. Z kurzem przecież nie wygrasz. Całe życie skupiać się na odkurzaniu. Bez SĘSU.
***
Później przez te wszystkie lata zdążyłem zapomnieć, że w kolejnym sezonie Houston nie miało lekko. Że ledwo awansowało do finału. Pamiętałem, że na finał kariery przeniósł się Drexler. Potem przeniósł się Barkley, ale już nie pomogło. Nie powiem, że idolem był Shaq. Może Penny. Nie powiem też, żebym pamiętał, aby w tamtej chwili te nietrafione rzuty wolne ustawiły całą serię. 4-0. Łatwo poszło. Jakoś też przegapiłem brak sukcesów, a następnie przenosiny Shaqa do Lakers. Inne drużyny były ważniejsze. Pistons z Hillem i starzejącym się Dumarsem. Seattle z Paytonem i Kempem, 76ers z Iversonem, Portland z Pippenem, genialne Sacramento Kings z paczką Webber, Divac, Jason Williams, Indiana z Reggie, pojedynki NY-Miami. Kiedyś widziałem nawet mecz Detroit, jakiś wyrwany z kontekstu, tvp zaczęło puszczać mecze żeby pokazać, jak wygląda prawdziwa koszykówka zza oceanu. I grał tam jeszcze Bill Laimbier, rzucał za 3, prawie się nie odrywał z parkietu podczas rzutu. Teraz Rasheed Wallace mi go przypomina.

Potem zmurszałą drogą do towarowego mostu kolejowego, niezły widok na rzekę Starą Radunię (zazwyczaj nazywaną Starą) oraz centrum Starego Miasta, dobrze wyłaniającego się znad tego płaskiego, zielonego terenu. Rzeka musiała być regulowana ostatnimi czasy, bo zachowało się jedno kąpielisko — bliżej mostu właśnie — tam kąpaliśmy się ostatnim razem, chyba mniej więcej wtedy, jak kładliśmy tapety z Mniszkami. Miejsca poprzednio używane, gdzie znajduje się kilka drzew, gdzie nawet swego czasu był rozbity "obóz cygański", składający się z pojedynczego drewnianego wozu, są zarośnięte. Tylko rybacy z nich korzystają. Wzdłuż rzeki dojechaliśmy do mostu w okolicy św. Wojciecha. To ten, na którym z Mariszem wisieliśmy nad wodą w trakcie przejazdu pociągu — czad! Stacja kolejowa nieobecna (tam nawet kiedyś pociągi stawały) — można ją poznać po szczątkowej linii peronu.
W ogóle św. Wojciech — śmieszna miejscowość, wysepkę otoczoną jezdniami można obejść w 15 minut, objechać rowerem w 5. Właśnie zakończyła się procesja, wjechaliśmy na wał ciągnący się wzdłuż Kanału Raduni, i tak pociągnęlimy nim do Oruni. Całkiem sporo wody w obu ciekach, które widzieliśmy. W sumie nic dziwnego — zaraz jak wróciliśmy do domu znowu burza i znowu zaczęło padać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz