czwartek, 31 grudnia 2015

11.12–30.12.2015



11 grudnia, piątek

zatę Żono ma

mam nadzieję, że po 16:20 odetchnę od tego wszystkiego/skumulowało się
ale i tak znoszę lepiej niż w zeszłym roku
wczoraj fantastyczny zachód słońca, dzisiaj wschód
tym razem ten kolorowy magazyn ksiażki, bo plecak (rwie się) zapakowany na sportowo
***
ponownie przebudzony w nocy, ponownie się nie wyspałem, ponownie wstając po ciemku, i wszystko ponownie
***
ale też dobijam do 1200
skróciłem listę do obejrzenia przed śmiercią do 388
jest progres
***
The Boys From Brazil (Franklin J. Schaffner, 1978)
OSS 117 — Double Agent (1968) DVD
a tam znajomi z prawdziwego Bonda!
Kiss Kiss Bang Bang (1966)
***
i jeszcze, pewnie z okazji piątku i tradycyjnego przedświątecznego zakurwu, jakoś tak owinął bym się ost we włoskim chill stylu albo zobaczyłbym kawałek Jamajki w technikolorze, bo czemu nie
aczkolwiek Operazione poker (1965) jest zupełnie akuratne, tylko ta jakość
***
pojawiłem się na wro by zjeść obiad miast pizzy, następnie zakupy w nowym, wypasionym, największym, P&P, bardzo dobrze zaopatrzony (w piwa), i już na kosza
małe boisko, 3 x 3, dla każdego miejsce i gra, tak lubię, więc zaliczyłem wszystkie statystyki i byłem bardzo zadowolony
***
nie wiem co tam wieczorem prócz dyżurowania


12 grudnia, sobota

zatę Żono ma

zdaje się, że sobotni poranek nie obfitował w niezwykłe wydarzenia, prócz wstania, przewijania, śniadania itp.
widocznie nie biliśmy się ze sobą i daliśmy mamie pospać
potem przyszła babcia, a ja wykorzystałem ten czas na wyrzucanie śmieci, czytanie gazet w piwnicy i dokonanie inspekcji na działce, do czasu aż zaczęło padać
***
pewnie obiad, pewnie drugi spacer po nocy
na pewno dyżurowanie, reszta jest niepamięcią


13 grudnia, niedziela

zatę Żono ma

przyszliśmy do łóżka mamy jakoś o 9, bo jeszcze chciało mi się leżeć, a formuła w sypialni mi już się wyczerpała, choć poranek z synem mieliśmy udany
okazało się, że zapomniałem, że mam urodziny
***
nie żebym miał plany z tego powodu, miałem plany na wieczór
przypomniało mi się zeszłoroczne świętowanie
spacer (w deszczu) odbyłem długi i atrakcyjny — przekroczyłem asfalt, musiałem zawrócić wobec nieustającego zaproszenia, a zobaczę jeszcze co za tym zakrętem
przemoczony wróciłem, drugiego tego dnia nie było, chcieliśmy wymęczyć dziecko
ono zniosło to bardzo dobrze (żadnych oznak), a zasnęło wcześniej, brawo Mamo
***
na obiad było spaghetti (wczoraj też!), dziecko musiało jeść z nami, całą twarzą
potem dostałem i prezent (wywołany już kilka dni wcześniej) i tort słodziutki
piliśmy piwa i japcoka i niemal bez przerwy obejrzeliśmy
The Man from U.N.C.L.E. (2015)
Guy Ritchie się skończył
co nie znaczy, że seans uważam za niepotrzebny


14 grudnia, poniedziałek

zatę Żono ma

w tym poważnym wieku, po raz kolejny (ok, parę razy w roku) przesiadując zbyt długo na stanowisku (bo kto to za mnie zrobi), już nawet nie zastanawiałem się nad swoim niewolniczym uwiązaniem, uzależnieniem psychicznym
tylko patrzałem (z niepokojem) ile jeszcze czasu, zanim wyślę i wyjdę
nie było to mega długo, ale już wizyta o stomatologa przepadła
***
tym razem, raz, raz w życiu nie spieszyłem się i pieszo poszedłem w sklep nr i nr 2, a nawet na pizzę do lasu
stałem tam przy swoim kamieniu, z tym swoim wiekiem, już nawet nie protestowałem (że życie, że przesrane, czy inne żale), a zresztą ładnie tam na dworze, bo mi się podobało tam stać
i zdążyłem ładnie do domu na wieczorne (dzisiaj wam nie gra umpa)
jesteśmy umówieni na piątek, i to nawet będzie PIĄTEK
***
w zeszłym roku o tej porze było znacznie gorzej (rym)
i ten fakt, że jednak coraz lepiej znoszę te perturbacje (wątroba nie)
daje mi pewną nadzieję na lepiej
***
mała ożywka na wieczór, a potem wieczorne i zasypianko
wyszło nawet na to (nie mamy wspólnego zdjęcia z dzieckiem), że polazłem do łóżka o jakiejś 21:30
trzeszczący hiszpański sensacyjny, który skusił sceną na Elevador de Santa Justa, yeee
była lampka, było czytanie (służby państwowe nie służą narodowi, nie podoba się?) (niemniej, rzutem na taśmę, ale Twoje starania skutkują, brawo!)


15 grudnia, wtorek

zatę Żono ma

uff, jednak mnie przygniotło, sraczka też jest
te akceptacje (ich braki) i pretensje, że czegoś tam nie ma (było powiedzieć wcześniej, że indeks, to byśmy nie robili książki w miesiąc, tylko 3 miechy)
już nawet nie jestem głodny, zjadłem rozpadającego się banana
dobrze, że chociaż na śniadaniu było spokojnie
i sobie dorobiłem prawie wszystko co potrzeba, killing nawet jest
***
a zatę
jak poranek? niemal niemal się wyspałem, ubranie na jasno (bo mróz), muzyka gra (jak wesoła — to jest wesoło, jak nie — to nie)
książka znów obfituje w znakomite sformułowania — swoją drogą, już dawno nie poświęciłem 3 dni pogadanek na temat jakiejś durnej książki, w dodatku historycznej
no i były prawdziwe zakupy śniadaniowe w lewiatanie pod przystankiem
***
po tych nerwach zrobiłem sobie spacerniak, trafiłem do domu na przyjemny wieczór z przyjemnymi wieczornymi i wcześnie było, nic się nie chciało, to dokończyłem film
Residence for Spies (1966)


16 grudnia, środa

zatę Żono ma

jeszcze zimniej dzisiaj, a kartę ztm załadowało
ładnie na dworze z tym szronem
***
nie było wpierdol, po prostu rzuciłem książkę na ruszt, niech się robi
ale śniadanie pełne i na wypasie
***
odrabiam skrzynkę pocztową i zaległości
***
dzisiaj lecą avi z jazzem, nie są tak zajmujące, by je oglądać, jest drive, się słucha
***
One of Our Spies is Missing (1967) — UNCLE 04
mówiłem, że jest lepsze (i zabawniejsze) niż współczesny recykling
***
potyraliśmy (tyralierą), coś się ogarnęło, wiele zostało (jak w zeszłym roku)
mam nawet zeszyt z zeszłego roku z wpisami, (a nie, to będzie na czwartek)
***
spacerniak — przypomniałem sobie mikro katastrofę ekologiczną, jak nasypana górka (zbocze) pod nowe bloki pod wpływem intensywnych opadów deszczu zlała piasek, zalewają tereny leśne/krzakowe, przelewając się do Potoku Oruńskiego, zostawiwszy w pamiątce utwardzoną płaszczynę piasku między drzewami, przypomina mi trochę wydmy
***
ach racja, wypasione, drogie, udane zakupy w P&P, ekskluzywnie, będzie smacznie
***
na wro spoko, wracamy do domu wyłącznie na spokojne wieczorne, po których zajmowaliśmy się uzdatnianiem mieszkania na jutrzejszą "imprę", Ty robisz torta bez cukru (łóżko, podłoga, stół, krzesła, ciuchy, śmieci)
spałem dzisiaj na wąsko, nie miałem siły na szaleństwa kompowo-telewizorowe, i tak już było późno


17 grudnia, czwartek

zatę Żono ma

w zeszłym roku to była środa, zapisałem 22:50 (choć wydawało mi się, że 22:40, co mówi blog?)
NT, FMR, reprint KI, następnego dnia (po mega krótkiej nocy) OJSy, FC, i budżety, w tyrce byłem do 23 grudnia, wróciłem 12 stycznia, wciąż jestem niewyspany, dzisiaj nie w humorze
***
Jazz Icons — Chet Baker Live '64 & '79
***
wstałem po zbyt ciemno, zapomniałem torcika, kończę książkę, tak jak Fr skończyli w Egipcie, pomogłem jednej babci wdrapać się na górę, stresowałem się oczekiwanymi pretensjami/zadaniami — niedobry poranek
***
zszedł jeden JSBE, nic nowego się nie pojawiło, z ambientem zaczekam napoświętach
***
ha! kurwa, po wczorajszej notce dzisiaj przez całą noc śniły mi się badania lekarskie i gastro-kolonoskopie oraz śledzenie wyników, kurwa
***
Jazz Icons — Count Basie live in '62
***
myśl ostatnio
największy wydatek życiowy to miałem 2 tysie na kompa (2 razy), może kiedyś wieża mnie kosztowała coś (he he, 400?) oraz piec (1500) i gitara (1300) (z grubsza ujmując), mikrofony (600), okulary (400), oraz ciut wesele, więcej poszło na wakacyjne wycieczki, grubo więcej, ale to nie jest dobro trwałe, więcej przepiłem
z życiowych zakupów mam już słuchawki (powinny starczyć na długo), planuję jeszcze odtwarzacz mp3, w planach jest true tv (ale skoro na razie jest taki jeden, to po co), to się nazywa życie po kosztach, no bo co komu więcej
***
Matchless (1967) DVD
Bruno Nicolai dyryguje muzą Ennio, co wyprodukował Dino de Laurentis w kolejnym świetnym technikolorze, są nawet nazwiska, przy ładnych napisach
***
Somebodys Stolen Our Russian Spy (1968)
Where the Bullets Fly (1966)
***
Mama przygotowała wszystko perfekcyjnie: tort, gości, mieszkanie, więc ja już nie musiałem się starać, tylko dojechać do domu
dziadkowie się zebrali, odpaliłaś torta "leśne runo" (i to w dodatku bez dodatku mleka!) i pożywaliśmy
dziecko było zajęte samym sobą (albo Mamą), w końcu dla niego to zwykły dzień, dziadkowie trochę się nudzili, ale grzecznie ogladali poczynania malca, ba nawet prezent urodzinowy dostałem, zatem bardzo udany wieczór, który zakończyliśmy później niż zazwyczaj, ale "w nagrodę" nie było kąpieli, zasypianie sprawne
***
rzekłem potem (przed 21), że nie idę jeszcze spać, bo chciałbym trochę pożyć, tzn. do 22, com uczynił
po ogarnięciu lekkim zarzuciłem do snu
Secret Agent 777 (1965)
a co tam, w końcu młody agent, a ujęcia wyglądają na całkiem profesjonalnie skrojone, fabuła (boska) nakłada się na aktualny odcinek UNCLE (04 — One of Our Spies is Missing), duet Napoleon-Ilja w retro wydaniu jest uroczy, zabawny i stylowy, świetnie mi się ogląda, ten odcinek (z kotami) jest zresztą całkiem wesoły, lżejszy


18 grudnia, piątek

zatę Żono ma

padłem przed nocą, ale coś tam do mnie docierało, w końcu to jednak piątek, spać się chce, byle by tylko w kinie wytrzymać
wróciła zimowa wiosna, jest 10 stopni, znowu odmarza, co mnie tam katastrofy klimatyczne
***
przyszły zdjęcia z sesji!
***
ranek trudny, ale zacząłem nową książkę (prezent)
Michel Houellebecq — Uległość (2015)
ach jak pięknie i cwanie te zdania są ułożone...
***
tymczasem jestem w pracy (psychicznie dzisiaj uwolniony, inni mają gorzej) i odrabiam zaległości
***
ja, w przeciwieństwie do kobiet, nie dażę estymą saksofonu (bo ma miękkie niskie smooth brzmienie, jest jednocześnie długi, w odpowiednim miejscu szeroki i w dodatku wygięty, a ponadto najlepiej nim wywijają murzyni?)
i w plikach piszę "za dużo saksofonowego pitu pitu"
ale z kliku ostatnio obejrzanych/wysłuchanych ucho moje (mózg?) łyknęło brzmienie
Johna Coltrane'a
podoba mi się przede wszystkim brzmienie w jego grze
"na trzecim koncercie super widać, jak muzycy PARUJĄ!! się nagrzali chłopaki"
Jazz Icons — John Coltrane Live in '60, '61 & '65
***
Salt and Pepper (1968)
Invasion of the Body Snatchers (1956)
klasyk sf
Masquerade (1965)
The Spy with a Cold Nose (1966)
***
trochę się denerwowałem, by zdążyć dojechać na czas (Ty też)
pogoda dość niesprzyjająca, a komunikacja miejska się znarowiła (jak nie trzeba)
na szczęście towarzysze nie zawiedli i zasiedliśmy do oglądania
zaczęło się bez reklam (!) niemal o 17, zdziwienie, że 3D, ale okulary teraz robią lepsze, a mi porter w zamrażalniku zmroził się na amen, piana polała się na koszulkę i potem ogrzewałem go własnym ciałem, ale w kinie było gorąco, więc i się rozmroziło i wyschło, otwieracz działa!
***
Star Wars — The Force Awakens (2015)
ponieważ nie miałem żadnych oczekiwań, czekały mnie wyłącznie wzruszenia i powrót do dzieciństwa, mimo powtórki z fabuły
też tak powiedziałaś
***
acz owszem, kilka scen napisali dla nas, czyli starszych wiekiem
***
sikać mi się chciało, ale musiałem dowieźć do domu (odwieźli nas), gdzie dziecko się ucieszyło (niemal histerycznie)(ale mamy fuksa z dziadkami, tak czy owak), po czym ja wybyłem na zakupy, zamówiłem pizzę, która przyjechała w momencie, kiedy Wojt z Olą przybyli na wieczorne
to dzięki nim byliśmy w kinie (i dziadkom)
siedzieliśmy, piliśmy (prawie wszystko), słuchaliśmy winyli i tak zeszło do północy, a potem do pierwszej
z zadowoleniem i satysfakcją udałem się spać, star warsy się nie śniły


19 grudnia, sobota

zatę Żono ma

mocny sen, bo krócej, bo wieczorna popijawa
poranek bardzo dobrze, soboty mamy zwykle udane
nie pamiętam czy zrobiłaś jajecznicę (okazuje się, że dla wszystkich) czy to w niedzielę
zebranie się nam zeszło przez 4 kg ziemniaków, obranie i mechaniczne starcie — nie miało to wpływu na jakość i pyszność babki
***
korki na mieście = wszyscy na świątecznych zakupach
na Stogach dwie nieprzyjemne rzeczy: matka kupiła choinkę — musiałem ubrać, oraz zapomniałem walkmana na spacer
a ten był bardzo długi, jak na ostatnie standardy
***
szczęśliwie i babka i piwo były pyszne
jakoś odbębniłem tę choinę
święta, fuj
w zeszłym roku — to było ciekawie
dwa lata temu — też pamiętam nieźle
trzy — też
***
w wyniku czasowego przesunięcia (wszystkiego) wróciliśmy do domu właściwie na wieczorne
poszły i siup do wyra


20 grudnia, niedziela

zatę Żono ma

noc była sprawna (mniemam), pobudka również dobrze, ale przy okazji niedzieli chciałem sobie poleżeć, więc przed 9 poszliśmy do Mamy, ja leżałem, Mama już po tym nie
***
niedziela jak niedziela: 2 x spacer, 3 razy jedzenie, trochę marendzenie
rozeszła się jak guma z gaci
odsmażana babka była pyszna (i bardzo dużo)
porto, piwo
zrobiła się jesienna wiosna, więc przy 11 stopniach zrobiłem 2-godzinną przejażdżkę aż na niebieski szlaczek (zadowolenie, znaki)
Ty nie powstrzymałaś się przed podwójnym praniem
racja, dobry, domowy (smaczny) ubiór
w zeszłym tygodniu były urodziny — przypomnienie
acha, tak się zastanawiałem, co będę robił wieczorem — popsuł się hamulec w wózku, no to proszę bardzo (połowicznie, przynajmniej nie blokuje kółka)
***
Secret Agent 777 — Operazione Mistero (1965)
trza było obejrzeć od początku, do końca, opis też będzie


21 grudnia, poniedziałek

zatę Żono ma

niskie ciśnienie? nastrojowo nie nastrajało, albo to zwykła przedświąteczna deprecha
w tyrce jakoś poszło (np. śniadanie na wypasie), potem skuł mnie stres przeborowczy
spacerowałem godzinę tu i tam (wszystkie sprawy pozałatwiane), aż się spociłem, w dodatku sweter, kiedyś biały, teraz żółty na kołnierzu
szczęśliwie niemal bezboleśnie, a plomba dopasowana jak nigdy
w nagrodę pizza, piwo i park (3 x p)
dokończyli rewitalizację pierwszego stawu, w ciemnościach oba pomosty wyglądają jak statki kosmiczne, ładnie, acz szkoda pergoli
***
przez całe to spacerowanie zastanawiałem się, która to płyta Autolux jest na winylu, w sumie decyzja nietrudna, praktyczna
Transit Transit — czyli ta z hitami, psych końcówką ("Headless Sky"/"The Science of Imaginary Solutions") i więcej ballad na pianinie
genialny zespół
tymczasem, mają nowy singiel
AUTOLUX — CHANGE MY HEAD
oczywiście w takich przypadkach zawsze się mówi, że słabszy
***
zmoczyło mnie przed domem, dziewczyny, dziewczyny i dziecko się sprawiły, więc mi pozostało najeść się przed snem i siup
nie chciał pójść "Lion in winter", to poleciałem z Komissarem X


22 grudnia, wtorek

zatę Żono ma

po cięższym wstawaniu i STRASZNYM wietrzychu uznałem, że dzisiaj bez spacerniaka
zachwycam się cwanym Francuzikiem
***
poranne zaliczone, żadnych ekscytacji, żadnych nowości, nic się nie dzieje
***
teraz w xls COWS, więc zaliczanie tradycji, moja ulubiona "Sorry In Pig Minor", perełka kolekcji, przywieziona, za jakieś 10 dolców, gdybym chciał się pozbywać (a nie chcę), to mogę wołać 50 dolców jak nic
***
powrót na wro, tam dziadek doprawił hamulec, choinka już stoi
a dziecko tego dnia wspaniałe
powrót na wieczorne, dobre były
trza przyznać, że może John Barry z "The Golden Child" nie jest wyjątkowym OST, ale pełna płyta, pełna kalek z "Diamonds" oraz "Black Hole" jest ciekawym odkryciem
i jeszcze podczas zasypiania małego powróciła do mnie myśl o "Star Wars" na winylu, który z chłopakami z oazy we Wrzeszczu (kościół na czarnej) (to przez te wyjazdy z gitarą akustyczną) słuchaliśmy po kryjomu w jakieś niedziele, albo gnieździliśmy się w pokoiku na poddaszu Hightowera (to gdzieś na uliczce koło PG było), to towarzystwo mieszane, potem chłopięce, z niewątpliwą charyzmą i żywiołowością lidera, jakim nigdy nie byłem, a zawsze garnąłem się, słuchanie EMF oraz The Farm, i Zespół Downa, którego nie słyszałem (grał przed Illusion nawet), a to już za czasów pierwszego Kevina Arnolda było, Johna i Maleństwo go znały, już chyba nie do odnalezienia
***
do snu skończyłem Komissara X


23 grudnia, środa

zatę Żono ma

dzisiejszy spacerniak poświęciłem rozważaniom, co zrobię z tymi ekscytującymi 40 minutami przed:
1. pooglądam samoloty i czołgi w kolorowych magazynach wojskowych (cudowne grafiki) albo Wydanie poprawione Pétera Esterházy'ego, no ale karty koszykarzy jeszcze nie obejrzane do końca leżą, po co mi kolejna makulatura, więc może
2. hamburger na rogu, przy stoliku, kulturalnie, na talerzu, piwa się napiję, ale to walnie przecież ponad 20 zeta, a to już pół płyty jest, zatem:
3. drożdżówka i piwo z lidla starczą na próbę, hej!
***
dzisiaj już jaśniej o tej porze, bardziej do życia
wstawanie ok, śmieci ok, książka bardzo ok, spacerniak (patrz wyżej), bułka i wędlina w lewi ok, jadziem
***
When Worlds Collide (1951)
The Wacky World of James Tont (1966) DVD
Operation Kid Brother (1967)
iiiii! Daniela Bianchi, Bernard Lee, Lois Maxwell!
***
dzisiaj dobre wieści, nie ma bata nade mną = oddycham
zrobię coś, wpiszę, i zrobię sobie wolne, może godzina z tego będzie
***
One of Our Spies is Missing (1967) — UNCLE 04
dokończone
zabieram się za
Matchless (1967) DVD
(bo to nie pójdzie na tv)
***
załatwiłem sklep, wysikałem się w parku, zagraliśmy próbę mimo dwóch przerw w dostatwie prądu
***
po powrocie do domu, i opakowaniu prezentów, przyszła pora na wieczorne spanie
nadchodzą święta, taki czas, kiedy ci myślący nie popełniają samobójstwa, reszta bawi się jedzeniem i wolnym czasem
***
ja miałem swój między 23 a 3, a nie: 4
fajnie było, oglądałem teledyski, na szczęście nie ma kevina arnolda (to czas przedinternetowy był), wrzucę kiedyś z video, koncert Wojta z Czarnej Wołgi bardzo dobry, oraz "teledysk" "Summertime" (wzruszyłem się). reszta obleci, był fląder, to trafiło na ściankę, ich lepiej słuchać niż oglądać, szczególnie w ostatnim okresie najbardziej aktywny to jest Biela, perkusista stropiony, a Cieślak zmartwiony i stary (choć trochę jak przestraszony licealista), to nie wygląda jak The Stooges, koncerty z kamer wszystko widzą, to są przesadne inteligenciki; i zbyt spory jazgot bez polotu, oni kurwa wciąż wyglądają na stremowanych (perkusista: typ spiętego Johnego), tak to jest, jak się przebiera w gajery, jak patrzę na moje nagrania Thurstona Moora (2012), to on jest tak odważnie naturalny, wciąż mam ciary
***
szkoda, że w dalszej części kariery musieli używać swojej twarzy, a nie tego:
https://www.youtube.com/watch?v=XqLiDiBDhkM
bo potem to smutny zespół
***
a potem przyszły piruety kurwa


24 grudnia, czwartek

zatę Żono ma

w sumie miałem ciekawy dzionek, jak na osobę, która nie lubi świąt
"balowanie" podczas którego nie kupiłem żadnej płyty i oglądałem teledyski
4 godziny snu z dzieckiem, które dało się namówić
zupełnie cichy i spokojny spacer po odnodze lasu z monoszumami
po smażonych warzywach jakoś udało nam się zebrać (rodzinne foto w drzwiach szafy), to drugie jedyne wspólne w historii
wigilia bezstresowa, bardzo dużo jedzenia (mimo że się oszczędzałem), pełnorodzinne odpakowywanie prezentów na wro, moje nawet udane
i już miałem schodzić do snu, kiedy zagraliśmy w pociągi, co zakończyło i tak już przedłużony dzień, uff


25 grudnia, piątek

zatę Żono ma

że niby pierwszy dzień świąt
na wro oczywiście zimno, z dzieckiem wstaliśmy wcześniej i daliśmy pospać dziadkom do 10
potem pełne śniadanie (odsmażane pierogi szał), "Hook" na gigantycznym tv i ponownie spoźnieni na Stogi
spacer i przygotowanie kaczki (sprawiłaś się jak w master szefie) wyszło jeszcze ok, ale potem się popsuło, wróciliśmy od razu na wieczorne, a przed dyżurowaniem obejrzeliśmy "Żonę dla Australijczyka" (nie lubisz Dziewońskiego, ja bardzo), taki wyjątek
plastikowy wóz strażacki, który na razie tam zostanie
mnóstwo bagaży na powrót z wro (dziecko śpi jak zabite w aucie, bo nie spało na spacerze), potem też zasnęło z nagła (ale ciut wcześniej wstało w sobotę)
w sumie nie było czegoś takiego, jak świąteczny obiad, świąteczna telewizja i świąteczne ciasta, po prostu sobota w piątek i wino zamiast piwa (może to było to gorsze rozwiązanie)
stary komp wciąż ma działającego corela, git
Żona dla Australijczyka (1963)


26 grudnia, sobota

zatę Żono ma

poranek był ok (noc długa i pełna), choć jednak zbyt szybki i zbyt krótki — chyba po 8 już u Mamy
miałaś wyjście z domu na pół dnia, więc w tym czasie radziliśmy sobie wyśmienicie i sprawnie, łącznie ze spacerem: zdobyłem drogę krzyżową, sarny skrzyżowały mi drogę, a dzik przebiegł obok, padało
w tzw. miedzyczasie, po porannej prasówce zaliczyłem zakupy na dusty (wreszcie obtanili Blitzen Trapper) i druga część soboty minęła tak, jak mijają niedziele
a wieczorem mieliśmy seans i po pół porto poszedłem na dyżur


27 grudnia, niedziela

zatę Żono ma

niedziela nudna i dłużyła się, zwłaszcza przedłużona o godzinę
"delektowaliśmy" się Kutzem (skończył się)
zapryskałem kaczką kuchenkę
dziecko jadło tak se
przemieszczałem pliki w tę i we w tę (na poważnie, jak zwykle)
obejrzysz świąteczny odcinek, ale później
oberzę "Lion in Winter", ale też później
wino truskawkowe ma pomarańczowy kolor
nie oszczędzamy się z ciastem świątecznym
poznaję masowo Kevin Costner Suicide Pact, niektóre są ok, szkoda, że większość mono
zasypianie jakby dłuższe, a przecież dziecko wyglądało na strasznie zmęczone — oszust
i się trzeba było zbierać do tyrki
natomiast ranek tradycyjnie przyzwoity, daliśmy pospać (pełna noc, dziecko znalazło się w nogach), a ja nie musiałem dosypiać, tylko za ciemno było na czytanie lektury
z kolei na spacerze odcinek Johnny'ego Staccato (odświeżające) trochę kapania deszczu i prosta pętla, tylko za wcześnie wróciłem
i jeszcze: niepowodzenie z bujakiem przy stole, dziecko się wydostaje, wstaje i staje
ale, zgrabnie gimnastycznie "biegnie" do parapetu, podciąga się obiema rękoma i włazi na oparcie — co potem bywa szkodliwe
i jeszcze wyszykowaliśmy zestaw ubrań dla Jaśka, a kubek kapek jednak nie działa = podłoga mokra
Nikt nie woła (1960)


28 grudnia, poniedziałek

zatę Żono ma

Assignment K (1968)
świetny kontrabas na czołówce
***
hah, jaka cena!
http://www.discogs.com/sell/release/821697?ev=rb
z okazji wysłużenia reszty materiału, ten wydaje mi się teraz najbardziej ciekawy (oczywiście nie aż TAK)
***
mój nienawistny światu nastrój utrzymuje się na dobrym, nieustająco wysokim poziomie, ale ogarniam tyrkę
podstawowe wiadomości zaliczone
zmęczył mnie Shellac (prócz tej wyżej), pojawili się Noah And The Whale oraz Rocket From The Tombs = nieźle
***
miało padać, a prawie nie padało z rana, zrobiłem wszystkie podstawowe zakupy (+ śmieci), książka mi się chyli ku końcowi, zachmurzenie dzisiaj totalne, rozjaśnia się dzień dopiero o 7:50, śniadanie na wypasie, do tego obżarstwo pasztecikami
***
tak puściutko na ulicach, aż się przyjemnie idzie
bez tych debili, którzy wożą swoje dupy i dupy swoich dzieciarów do szkół itp.
***
syn nasz zrobił nam koncert o 3:39
przebudzony, szczęśliwie nie wstałem, to mogłoby mnie zniszczyć
za to "śniłem" i wymyślałem "Bang Bang" w wersji jazz-rockowej w sam raz do teledysku w stylu kryminału (miks "Francuskiego łącznika" i "Pelham 123").
Muzycznie pasuje, to jest dobry pomysł, mam też wizje "scenariusza" i niektórych ujęć. Nagranie zrobi się podczas sesji Where is Jerry. I to było (w końcu) coś, czemu warto poświęcić kilka pustych rozmyślań.
***
Już prawie kończę rok 2015
zatem do koszyczka PORA NA AKTORA:

Brad Pitt

co się go kiedyś oglądało po całości, zgodnie z kolejnością, a potem sobie poszedł z Hollywoodem
przejdź do
59 filmów
25 widziałem (same hity)
może w końcu obejrzałbym sobie przereklamowany
Babel (2006)

Harrison Ford

nie powiem, że nie pod wpływem Star Wars
swego czasu też po kolei, nawet do kina się chodziło
nagle jakoś zdziadział i wypadł, pewnie przez Ally McBeal
62 filmy
31 widziałem
zobaczyć
Hanover Street (1979) — bo John Barry
Force 10 from Navarone (1978) — by przypomnieć sobie wrażenie z dzieciństwa
American Graffiti (1973) — by zaliczyć klasykę
Zabriskie Point (1970) — by ponownie przekonać się, że nudne

***

uogólniając, świąteczny atmosfer to to nie był (jak sobie wpisałem całość za ostatnie dni), za to dzisiejsze leniuchowanie trochę się przydało
***
wróciłem po pizzy (tym razem ona niedojrzała, a ja zmarznięte paluszki) na wro, z parku zniknęła syrenka, ja nie wiem, czy pergole nie były lepsze
wróciliśmy do domu, skąd ja zaraz umknąłem na granie
***
Mich zrobił swojego wzmaka, wygląda bardzo ładnie, gra jak trzeba, chyba za mało go pochwaliliśmy
trochę był hałas (rzadko się ściszamy), granie jakoś tak nam wychodzi, nawet przypomniałem sobie (i Wojtowi) numer Masywu Śnieżnika/ITNON 2, a, i jeszcze udało mi się znaleźć/zerżnąć riff tej nowej piosenki Deerhunter, co była ostatnia na koncercie, z tą myślą sobie wracałem po mrozie do domu (+ przypadkowo wpadłem na początkowy riff "1979")
dość jasno było, dwa piwa zrobiły swoje
w domu Ty do snu, ja zaraz potem, nie było przesadnego urzędowania na kompie
sen bez przerywania


29 grudnia, wtorek

zatę Żono ma

więc budzik mnie wyrwał normalnie, spakowawszy, na 3-stopniowy mróz
uciekł 162 (a była dopiero 7:12 chuju), ale nie zrezygnowałem ze spacerniaka, już odczułem pewną jasność na dworze
książka książka
***
Slint po latach bardzo dobrze
***
Blue Panther (1965)
La mariée était en noir (François Truffaut, 1968)
The Looters (1967)
***
a właśnie, odsłuchałem najnowszą płytę i podoba mi się, ambient! jedyna strata, że nie na winylu
http://myshitinyourcoffee.com/shop/?music,26
http://www.porcys.com/review/scianka-niezwyciezony/
***
PORA NA AKTORA
mnie naszło

Michael Douglas

bo to też "stara szkoła" i oglądanie kinowych hitów tudzież telewizyjnych premier

50 filmów
20 widziałem
będzie zdziwienie (serio?)
zobaczyć
Ant-Man (2015)
A Chorus Line (1985)
The Star Chamber (1983)

***
Quentin ocenia filmy rocznie, więc mam szczęśliwe zadanie zaznaczania wszystkiego czego NIE MUSZĘ obejrzeć.
***
zabierałem się do tego jak lis do jeża, ale część pierwszą budżetowania mam za sobą, potem zrobiłem sobie słuszny odpoczynek przy filmie
***
jest nowość, o 16:30 nie już piekielnie ciemno, jeszcze widzę resztki zachodu, świat (spacerniak) zaczyna wyglądać
będziemy oglądać ruskie dvd z "Kanałem"
wieczór (nagły niedobór glukozy) i wieczorne normalnie, a potem mały oszust, co już tarł oczka tarł, zasnął dopiero po 20:10
gdyby nie ten smoczek co rusz lądujący na podłodze to z zamkniętymi oczami i najbardziej pasującymi szumami Costnera (dobra płyta, już chyba druga) miałbym kompletny odlot i to na trzeźwo
***
co by mi się kostki nie wichrowały na zmrożonych bruzdach sięgnę po zimowe buty, wykorzystam zielone sznurowadła miast tych, co już się wyszczerbiły
jutro próba, spakowany, szykuję się do zaraz końca roku


30 grudnia, środa

zatę Żono ma

łezka się w oku kręci podczas czytania starych recek Porcys, wyszczekane to to, zazdrość jest (spojrzałem na wybór recenzji oraz recenzje poprawione, a to dlatego że przeczytałem o pierwszej płycie Band of Horses, bo pojawiła się na dusty, bo i ta pierwsza zawsze się podobała ["Funeral"], po dzieciństwie czytania o muzyce w "Encyklopedii rocka" [dużo rozczarowań muzycznych potem], i młodzieńczym nadążaniu, wciąż lubię późne U2, tak jak niektórzy nieduże cycki)
i tym sposobem minęło mi poranna ospałość w pomieszczeniu (jakby za mało tlenu po mroźnym spacerniaku)
nie mam drobnych na pączusia, buu
może powetuję sobie drugą parówką
***
Clément Chéroux — Wernakularne. Eseje z historii fotografii
pięknie się zaczęło, temat jest znakomity a fotografie smakowite
i od razu przypomniała mi się jedna
może podłączę w jeden odcinek
***
wieczorem dziecko dostało ataku nieutulonego płaczu, trza było budzić w pełni, więc Mama musiała się ewakuować szybciej (nie ma zabawy na komputerze), a ja do snu niemal bez oglądania
niezły sen (choć sprawiał wrażenie krótkiego) i udało się tę cholerną płytkę zdjąć, tramwaje dzisiaj się wlokły, niemniej bez szkodliwych konsekwencji
świetnie dzisiaj mroziło (-8), wkładki może nie do końca jeszcze się ułożyły, ale buty teraz bardziej pasujące (i mięciutkie)
przedrę się przez dyskografię The Bar Kays i to będzie drugi i ostatni raz w tym życiu
acha, ranny spacerniak już jest niemal jasny = idzie ku dobremu
***
Quentin wystawia siódemki (do wyrwania)
***
i jeszcze znalazłem rok 2014, super
***
Borsalino (Jacques Deray, 1970)
***
lidl się okazał bogaty, a park mroźny, ja zaś najedzony, a ryba odbijała mi się przez 3 godziny
na próbowni mieliśmy sporo dobrego grania (no ja tam się akurat spodziewałem, że gitara gra dobrze), ale czemu nie nowa? kupuj kupuj, i więcej pal
ciekawy prezent pod choinkę dostał Johny
grała Bielizna (i te i tamte rzeczy pamiętam)
Johny przywołał drewutniowego psa starszego od budy — idealnie
Przem wzruszył się Star Wars
okazało się, że Lemmy nie żyje (nie żebym mi było przykro z powodu, że omijają mnie ploteczki) — dokument do obejrzenia
Guns'n'Roses się reaktywują
***
wróciłem, zapakowałem sprzęt do wozu, zebrałem się i siup
a, jeszcze pół świeżej bułki było




Brak komentarzy: