piątek, 6 lipca 2012

wirusowe cosie



My jaśnie panujący i Nasza Łaskawość udalim się do teatru, ale teatr się nie udalim, bo popsuty (czwartek, 5 lipca).

Ponadto będąc na skraju wyczerpania (i fizycznego gniewu), skorzystałem z dostępnej okazji i postanowiłem pochorować sobie przez dni trzy (poniedziałek, 2 lipca).
 
Ponadto pokrótce:
— zmieniono mi pokój z zaskoczenia (Hooooowaaaaaaaaaaaaaaaaard!)
— transfer na bogato (wtorek, 3 lipca)
— i żegnaj kolumienko
— zapomniany (przez nieuwagę, rzecz jasna) Giuseppe w Warszawie (1964)
— a oni strasznie szybko wszystko robią (ci koszykarze)
— byłem, ale jakby mnie nie było (środa, 4 lipca)
— Nie lubię poniedziałku (1971) — szczególnie w środę
— opinią publiczną w Polsce...
— Singin' in the Rain (1952) — najlepszy
— byłem, a ciasto było nawet lepsze (czwartek, 5 lipca)
— wystawiennictwo śniadaniowe
— no proszę, Radwańska wygrywa i wygrywamy my — na powrót do zdrowia dowód nr dwa
— La Femme Nikita (1990) — i kiedyż wreszcie przyjdzie Leon?!
— pewnie coś niejedno ominąłem
— dzięki Łaskawości Naszej po raz pierwszy od n-czasu miałem porządną okazję oglądać czarne parówki — miłe hobby
— dzięki Naszej Łaskawości i zbiegowi okoliczności (okoliczności zdarzenia okoliczności) — wyspać się
wiele warte
— heh, człowiek wraca do roboty (piątek, 6 lipca), a tu nic nie zrobione (k..., ja się pytam)
— strasznie naplanowany weekend się szykuje


Brak komentarzy: