poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Odcinek z nie do końca miesięcznicą



28 lutego, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w piątkowy wieczór z piwem i żel-Pittem (i Wałęsą).

Tak, już od początku widać, że Toronto jest mądrzejszą drużyną, zaczęli 7-0, a Gortat z Valanciunasem nie trafił pierwszych 3 rzutów, to by było tyle w kwestii dominacji. Na szczęście nie położyli się. Miller pograł, Wall trafiał, zaczęła się walka na kilka techników, widać było, że to ciut ważniejszy mecz. 54-57 po I połowie. Szybko słucham, bo mi się spieszyło. No no, dawno nie widziany dunk Gortata. 4 minuty przed końcem III kwarty było 12 pkt przewagi dla Wizz, ale Raptors wracają. Ciekawe jak będzie. 102-102 na 1,21 przed końcem. 5 s — trener rozrysował, Gortat trafił z faulem. Wolnego już nie trafił. Potem, uff, na 5 s przed końcem zebrał na atakowanej i trafił. Lowry nie trafił i dogrywka! Gortat dał się zablokować, 110-106. Atmosfera. Vasquez dzisiaj trafiał. Wow, ale końcówka. Remis na 114-114. Ostatnie 5 s wstaję z krzesła i oglądam na stojąco. No ej, druga dogrywka?! Co tam się działo: straty, przechwyty, niepotrzebne dobitki. Szczęśliwie Gortat trafił dwa wolne (on nie jest w tym mocny). Była strasznie emocjonująca akcja (foto Gortat), ale po czasie i jest 3 dogrywka! Jak już za faule było wyautowanych 3 zawodników Toronto + nie grał Terrence 51 pkt Ross, to mogło się już wydawać, że Wizz mogą wygrać. Na 56 s przed końcem Gortat też złapał 6 faul. Ale miał mega mecz: mam na to foto. Uff: 129-134 wygrali na wyjeździe.
50:48 minut; 12/23 z pola; 7/11 wolne; +1; 12 zb. (7 w ataku); 6 fauli; 4 bloki; 31 punktów — rekord kariery.
***
Miami u siebie z NYK. Tak z ciekawości. LeBron i J.R. Smith w maskach. Biegają i się ścigają. Carmelo żartuje z chłopakami z Miami, też tak by chciał. Oczywiście mecz był popisem strzeleckim Wade'a, MeBrona i chłopaków. Mecz się po prostu skończył w III kwarcie.


***
Ha! Kiedy człek już zna The Cheerful Insanity Of Giles, Giles & Fripp (1968) to The Brondesbury Tapes już nie są takim zaskoczeniem, jedno przed/wtórką. Ale psychodeliczny klimat Londynu tamtych czasów (patrzaj Syda z Floydami) musiał być niesamowity. I do tego pajączki na gitarze klasycznej potem tworzące nową muzykę art w wykonaniu King Crimson. Przypominam sobie dzisiaj tę krótką książeczkę. (aż jestem oburzony, że wczesnym płytom poświęcono raptem 2 strony).
Bo na przykład jedna piosenka z "Islands" ma melodię z "Why Don't You Just Drop In" jak nic. Podobnie "I Talk To The Wind" jest ewidentnie TĄ piosenką. Gdzieś słyszałem również "Passages of Time".
***
Wpisany za cały luty, miałem jeszcze coś podziarać, ale 12 arkuszy o Barrym ma jakby za dużo stron, więc zacząłem to edytować — fajna zabawa. W ogóle po 16 czas strasznie szybko minął (nie żebym chciał tak pracować, ale jak nie ma luda jest taki spokój!)
***
Pętelka po ciemku od kościoła zrobiona (usunęli płot) i gramy w kosza 7/7. No, zmiany były — mniej biegania, ale bardziej intensywne. Nawet ze 3 trafiłem ciekawe, głównie przepychałem się i symulowałem grę w ataku. Dobra wataha.
***


Killing Them Softly (2012) — kryminal z Pittem w ogóle nie wyglądał. To znaczy się było staroświeckie kino, z brzydkimi aktorami, gdzie więcej gadano niż strzelano. Toczyło się wolno (no właśnie takie coś bardziej dla mnie), cała ta gangsterka była rozmemłana (Gandolfini!) i antybohaterska, celowo skonfrontowana z kryzysem Ameryki jako takiej. Powiedzmy, że była to jakaś krytyka systemu, mi zaś pasował ten nastrój pesymizmu, zniszczenia, starości, bez koloryzowania (ok, fury wypasione), film taki w kontrze do współcześnie musiejącego się dobrze sprzedać szybkomontażowego sensacyjniaka. Ustawił bym go obok bajkowej story "London Boulevard" (przeczucie nieuniknionej porażki/beznadzieji), rzucające się w oczy (prócz porowatej twarzy Raya Liotty) zdjęcia przedmieść jakby wyjętych z lat 70 w czasach Obamy (+ dobrze jest pomylić Chicago z Detroit) (a Osamę z Hussainem). 


Zimne piwo pyszne. Do tego jeszcze odcinek z rudym, ale scenarzyści rozpaczliwie chwytają się nieprawdopodobnych motywów by przedłużyć opowieść, a nie wyjawić wątków za wcześnie. Słowem: czwarty na minus.
Do snu 1:25.


1 marca, sobota

Odcinek z "co chcesz ze sklepu"

My drogi i Miłościwie Nam Panująca trenujemy mambo do samby

Zasadniczo nie wyszło na złe, ale ten dziad mnie obudził z rana, co mnie wyrwało ze snu i nieco zdenerwowało. W końcu to 7 z minutami była. Poszedłem na net itepe. OKC wygrało se z Memphis (starszy kolega Mike Miller porzucał sporo trójek). Zająłem się King Kongiem Deluxe, ale chyba nawet bardziej porwały mnie nowe filmy, zatem na pokładzie "American Hustle" i kolejny fantastyczny film z Jasonem Stathamem oraz duży Arabian Nights (1942) — rozpoetyzowałem się, więc do rogala/chleba/piekarni/śniadania stanąłem pełen werwy.
***
Przeniosła się ona na 20-minutową podróż na Stogi (tak jakoś wyszło), tyle że sikać się chciało sporo. Outlet bezpiecznie, bardzo szybkie zakupy butów, nie narobiliśmy sobie z matką wstydu, pani była uprzejma, a sklepy wciąż są ładne i kuszą aksamitnymi spodniami, kolorowymi garniturami i butami. Ale byłem dzielny. Teraz na co innego wydaję pieniądze.
***
Zatem symulacja spaceru, w dół do zbiornika retencyjnego — ależ tam się pozmieniało! wybudowali drogę, asfalt, rondo, nowe bloki, wyczyścili brzegi strumieni, uregulowali je, podobnie zrobili z tym czarownym w czarownej dolince, co aż tak bardzo mi się nie podoba, bo połączono to z poszerzeniem i uregulowaniem ścieżki, ale grunt, że tereny zielone jakoś się ostały. Zatem niezwykłe to bliskie mi miejsce wciąż jest i choć było przenikliwie zimno, szaro (i sikać) to mile wspominam. Reszta transferu do Gdańska, a potem do domu bez historii i zameldowałem się na drugie śniadanie i książkę.
***
W okresie obiednim i po (schab w sosie strogonow) ze świetnie pasującym fałszywym winem byłem nieco śnięty i otumaniony (za mało snu/niezdrowe emocje związane z jazdą wciąż/zakupy — taki z tego martwy ciąg wyszedł) za dużo czytania nie było, tak jak za dużo nie było światła dziennego. Odnalazłem się na wczorajszym filmie (chwyć klatkę jest), po czym wsiąkłem w wyszukiwanie skarbów, co mnie skutecznie pobudziło.
A zatem, jest niemal wszystko co sobie mógłbym wymarzyć, tyle że w większości za duże pieniądze (od 70 wzwyż). Tymczasem dowiedziałem się, że Pontiak wydał nową płytę, singel Black Keys/Stooges ładnie pomarańczowo wygląda, coś tam się zaciąga.
***
Trenujemy sambę. Potem okazało się, że to kroki do mambo, ale mamy nagrania bossanovy/samby i do tychże szybko przebieramy nóżkami, nawet się zmęczyły.
***
Będzie wojna? (niedobrze)
***



niedziela, 13 kwietnia 2014

Trade Deadline (2014) (film taki)


Do Indiany: Evan Turner do Philadelphii: Danny Granger
To była największa niespodziewanka. Przyzwoitość mówi, że powinni mu pozwolić pograć do mistrzostwa. Przez fakt, że byłem w okresie przedkomputerowym nba, to w ogóle nie widziałem jak gra, jeno czytałem w MVP. Teraz historią będzie, gdzie wyląduje. I czy Larry Bird nie popsuł atmosfery w zespole.

Do Golden State: Steve Blake do LA Lakers: Kent Bazemore
Wzbudzający moją niekłamaną sympatię Steve już był w poprzednim odcinku.

Do Cleveland: Spencer Hawes do Philadelphii: Earl Clark
Wysoki biały brodacz umiejący rzucać za 3. Krótkie historie z Sacramento, 76ers. Jest jeszcze szansa, że pogra chwilę.

Do Charlotte: Gary Neal, Luke Ridnour do Milwaukee: Ramon Sessions
Neal, jeden z małych bohaterów finałów 2013, który zgubił się w Bucks, oraz Ridnour, biały, który potrafi rozgrywać dla tych powodów warto by jeszcze pograli.

Do Washington: Andre Miller do Denver: Jan Vesely do Philadelphii: Eric Maynor
No brawo, wreszcie przyzwoity nowy kolega Gortata. Szkoda, że marnował się odsunięty od drużyny. Żelazny weteran, ktoś, w przyzwoitym w porównaniu ze mną wieku.

Do Brooklynu: Marcus Thornton do Sacramento: Jason Terry, Reggie Evans
Okazało się, że Reggie był kiedyś młody. Terry'emu pozostaje fakt, że jednak ma mistrzostwo. Bye, bye.

 
Do Denver: Aaron Brooks do Houston: Jordan Hamilton
Koszykarz o twarzy dziecka, czy to on uczestniczył w historycznym rajdzie Houston?

Do Atlanty: Antawn Jamison (z LAC)
Superstrzelec, z którego już nic nie zostało. Nie miałem okazji oglądać w ekipie z Arenasem. W każdym kolejnym klubie coraz mniejsza rola szczególnie ten mało udany epizod jako wsparcie dla Lebrona w Cavs.


Do Toronto: Nando DeColo Do San Antonio: Austin Daye
Nando w masce o tym wspominałem. Obecnie Kwiatkowski z Antonim prorokują, że Popovic zrobi z Daye'a koszykarza.

Do Philadelphii: Byron Mullens (z LAC)
Obiekt kpin tak, broda jest, zdjęcia w kolorowych koszulkach jest, rzut niby jest, kariera zaraz się skończy. To (i kilka innych historii) warto mieć na uwadze, kiedy ocenia się karierę Gortata w nba. To przecież tylko zmiennik Howarda był.


 
 
 
 
 
 
 
Do Sacramento: Roger Mason Jr. (z Miami)
Trochę pozwiedzał, zdziwiony byłem, że po efektownych występach w San Antonio (pewnie dawno temu to było) nie wyrósł z niego koszykarz na stałe.


Glen "Big Baby" Davies wspomnienie z mistrzowskich Celtics, potem jeszcze wspaniała story z Nate'em, później już transfer do Orlando, obecnie LAC (wspominałem) (za dużo je) (też wspomniałem).

 



piątek, 11 kwietnia 2014

Odcinek z bardzo nietypowo wolną środą



26 lutego, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca obżarliśmy się niemożebnie.

Dzisiaj -1 i opanował mnie Lizard (to jest straszna, ale intrygująca, bardzo dziwna, trudna płyta, którą się słucha z niepokojem), ale ruskich czyta się dobrze. Rozpakowuję kilka rzeczy na raz i trochę zwolnił komp. Gortat po I kwarcie 8 pkt. i 3 zb.
***
009 The Man with the Golden Gun (1977) Blu-ray 33.2 GB — witaj na pokładzie!
*** 
Al Harington wrócił. Ciekawe na jak długo. On kiedyś miał być gwiazdą, w "Magic Basketball", legendarnym piśmie, opisywany jako młody, obiecujący, pod opieką starszaków, Daviesów, z Indiany. Nie od dzisiaj wiadomo, że Wizz nie są pewni. Równie łatwo zdobywają przewagę (14 pkt), jak ją tracą (6 pkt). Na szczęście Orlando nie zależy i skończyło się 115-106. Gortat 21 pkt i 10 zb (5 double-double z rzędu), jego vis-a-vis Nikola Vucevic 19 pkt i 14 zb (4 w ataku), Andre Miller +12, zaś Al Harrington 3-7 z pola i 1-3 za 3.
***
Potem się rozproszyłem i nie słyszałem co tam wyprawia Evan Turner w Indianie ani Kent Bazemore w Lakers, trochę biegania było i napisało do mnie dustygroove i prawdopodobnie wydałem 100 dolców, choć mam wrażenie, że jednak "Octopussy" po 9 godzinach przestała być dostępna. 98-118.
***
Wypełniłem zatem wyjściówki na czw/pt i okazało się, że wieczór wolny. Planów żadnych. Zupełnie z głupia frant zajeżdżam do UM i jest wolny numerek! Na nowym dowodzie nie wyglądam aż tak strasznie, jak sobie wyobrażałem. Ponadto rysują nam się ciekawe plany na czwartkowy ranek. Tymczasem wypaliłem, że pizza, Ty że znowu ukradłem pomysł, tramwaje nie jeżdżą, ale udało się busem.
***
W lokalnej pizzerii zjedliśmy prawie po małej (30 cm) pizzy, ona wciąż mi nie smakuje bardzo.  Po piwie stałem się rozmowny i zrelacjonowałem wszystki wieści koszykówkowe. Po ostatnim kawałku do domu na jutrzejszy obiad (drugie danie). Plan się wykrystalizował, zatem, żeby wstać po ludzku o 8, to trzeba późno pójść spać. Męczyłem się męczyłem, ale prawie przed 24 się udało. Plus prysznic, plus dokończenie lektory, plus szukanie skarbów, plus jutrzejsza prasówka. I jeszcze cały wieczór szło Rogue Wave. Nietypowy wieczór kanapowy, żeby tylko wstać później, ale...


27 lutego, czwartek

Odcinek z "odbieraniem dowodu"

My drogi i Miłościwie Nam Panująca opychamy się pączkami.

...nie udało się, 7:14. Poranny zestaw obowiązkowy, bułki i pączki już są, siedzę i oglądam "Rzym" Felliniego. Tym razem fragmenty o burdelach w wersji ekskluzywnej i tej żołniersko-ulicznej oraz o wizycie w budującym(kopiącym) się metrze. Skończyłem chwilowo na zwietrzałych freskach. 8:40 — śniadamy! Po czym jadę, słońce atakuje jasnością, aż dziwacznie się czyta.
***
LAC-Houston 14-2 po 4 minutach. Ale Houston okazało się twardsze i również trafiające — dogonili. Nooo, ale ja powiem, że grali rzut za rzut, ale nie było takiego szału jak z OKC, tudzież specjalnych spięć. Owszem, Glen "Big Baby" Davies zadebiutował w Clippers uprzednio wykupiwszy się z Orlando, ale jak to on, dużo wygląda, ale popełnia te same błędy co zazwyczaj. Bo tymczasem rezerwowi się rozstrzelali: Collison v. Hamilton. Skończyło się ciuchutko 101-93.
***
Chicago-Golden State. Razem na parkiecie Bogut i O'Neal. GSW dostosowali się, wszyscy grają jak w błocie i okładają się ramionami pod koszem. Znamienne, że GSW mają tyle talentu, ale przegrywają z determinacją i maksymalizacją (wyżymaniem do cna) właściwości każdego gracza od brudnej roboty w Chicago: Noah, Heinrich, Gibson, Butler, Dunleavy, Boozer, D.J. Augustin, Snell, Mohammed — tych jakiś 9 co ma na ławce trener Thibbs. Nie mają szans na finał, ale wyrwą parę zębów i połamią trochę kości w II rundzie play-off. Jeszcze komuś zrobią krzywdę. Patrz: Warriors 45 po I połowie. I ten mecz trwał tak strasznie dłuuuugo. 80-59 po III kwartach, smutne. 32% (nie)celności. Skończyło się na luzaku 103-83. Darmowy bigmac.
***
Nieco przeładowany jestem drobnymi wrażeniami (dobrymi jednakowoż), że nawet zdążyła się ode mnie oddalić wizja kasetowo-przyrodniczego wtorku, tradycyjnie śpię w drodze powrotnej. Głowa się kiwie. Wniosek ogólny: nieważne czy 6 czy 8 ha — męczące. Wniosek ogólny dwa: praca od 10 do 18 nie byłaby fajna — dzień stracony.
Ale popołudnie dość pracowite, odsłuchałem co trzeba (wnioski podobne, Antoniemu zepsuł się samochód pod palmą). Okazało się, że nie wypaliłem jednego poważnego zestawu Barry/Previn, gdzieś to przepadło, ale chyba nie bezstratnie. W drodze powrotnej jeszcze dwa (wypełnione miłością) pączusie i wieczór. Z tych przedweekendowych. Arcydzieła malarstwa: Watykan — do obejrzenia.



czwartek, 10 kwietnia 2014

Odcinek z wolnym wieczorem yei



24 lutego, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jesteśmy w mini-ciągu odcinkowym.

Busy się spóźniły. LeBron jednak nie gra. Przymrozek. Do połowy II kwarty Miami i Chicago mieli po 0-6 każdy. Wynik 20-24. Panie "sprzątające" poprzestawiały na biurkach. Musiałem kwiaty dostawić w swoje miejsca. Strasznie ciężki mecz, Bulls grają tak brzydko dla oka. Rekordu na na najniższy wynik nie było, 40-40 w połowie, a Wade bywa mistrzowski. Ładna była sekwencja dobrej obrony, przechwytów Chalmersa i 11-0. Można nie lubić Chalmersa, ale w tym sezonie widzę, że to jest właściwie druga opcja napędzająca po Jamesie. Co ciekawe, Miami pokonali ich obroną — 7 x przekroczony czas akcji. 93-79.
***
Cavs-Wizz to oczywiście pojedynek dwóch młodych rozgrywających gwiazd. Na nich będą zwrócone kamery i statystyki. Posłuchamy zatem. Nene — kontuzja = niedobrze. Nie był to piękny mecz, ale Wizz udowodnili, że mogą przegrać z każdym, więc zwycięstwo 83-96 cieszy. Gortat 13 pkt, 13 zb., mimo 5/14 to +14 w plusominusach.
***
No proszę, Henry Mancini — Breakfast at Tiffanys (1961) — nie jest aż takie wspaniałe, by zajmować się tym, jeżeli będzie droższe niż 3,99, za to Jerry Goldsmith — Capricorn One (1978-2005) zrobiło na mnie wczoraj bardzo dobre wrażenie. A tymczasem zgapiłem się i w jeden dzień wykupili mi "Liquidatora". Trza czekać na nowe dostawy.
***
1969 In The Court Of The Crimson King (Japan HDCD Original Master Edition)(320)
— no tak, absolutnie na pamięć każdą nutkę.
***
Popołudniem nowy Jon Spencer jest nieprzekonujący, a Roger Moore strasznie stary.
Ale jest słońce, dużo zaskakującego słońca.
No wreszcie, zabranie reszty książki w transport okazało się bardzo skuteczne, skończyłem, choć ostatki były nie dla mej leniwości. 262 skutecznie mnie usypiał — wysiadłem wcześniej, potem znowu wysiadłem wcześniej, zrobiłem trasę spacerową (Zamenhoffa, plac, Chrzanowskiego przecięcie, kościół, nowy wał, las, okrąglak) i już jestem w domu, a czas bardzo dobry.
***
Federico Fellini Roma (1972) — fragment z rewią, czyli znowu powrót do przeszłości. Szalenie rozbrajające zestawem postaci oraz ich zachowania. Bardzo mi się podoba ten przerost, wulgarność i brzydota. To już drugi plus z tego filmu i asumpt na więcej i lepiej. Te tyłeczki.
***
Tymczasem  dalszej części wieczoru, kiedy absolutnie nie muszę ale to nic robić skupiam się wyłącznie na "Capricorn One", bo to wymaga i się nadaje. Ciekawe ile z tego jest w wersji LP.
***
Z cyklu pożegnanie z kasetą:

Czerwone Gitary — nr 1 i 2 (1966 – To właśnie my; 1967 – Czerwone Gitary 2) — to się zna na pamięć, to jest źle nagrane, ktoś tam skrobie na tej 12-strunówce jak ja usiłowałem, gimnazjalne teksty, ale piosenki jednak się bronią i przywołują klimat filmów z lat 60, zatem ponownie bym mógł skarb templariuszy, wojnę domową, kiedyś też bywało takie słońce wieczorami, zdaje mi się, aczkolwiek nie pamiętam, jak traciłem czas w te wolne wieczory, taki jak ten, gdzie nigdzie się nie wybieram.

Iron Butterfly — Heavy (1968) — to wyraźny przykład, że część muzyki z zachodniego wybrzeża jednak się zestarzała definitywnie. Owszem, zostanie "In-a-gadda...", może jeszcze chwilami "Ball" (ciekawe, czy gdzieś to mam), ale reszta jest do zakopania.

King Crimson — Lizard (1971) — skoro mi tak dobrze idzie, a jest na podorędziu. Sam jestem ciekaw jak będzie. Tak sobie teraz, leniwym wieczorem, antycypuję.

***
Pora będzie na LnŚ. + prenumerata.



25 lutego, wtorek

Odcinek z Lizardem na Stogach

My drogi i Miłościwie Nam Panująca spokojnie i planowo pracujemy, a wieczorem spokojnie zjeżdżamy.

Nie ma słońca. Jest chałka. Mecz bez historii, przewinąłem. NOP-LAC 123-110. Tyle że zombie Hedo przywrócony do życia trafiał trójki (4/7).
***
Wyjątkowo były emocje w Detroit, kiedy Golden State nie dawało rady z dużymi. Tych Pistons w ogóle nie znam prócz opinii i plotek o nieprzystawalności składu, błędach (a wręcz głupotach) generalnego menago Dumarsa. Owszem, bywały newsy o dobrych występach Jerebko, Singletona, Drummonda, Monroe czy Stuckeya, ale ponowne zatrudnienie chronicznie kontuzjowanego Billupsa, transfer Josha (9/24) i Jenningsa (4/13) (mistrzowie skuteczności) to ciąg pomyłek od czasu Darko Milicica. Dzisiaj było łeb w łeb, punkt za punkt, mecz zacięty, z walką pod koszami, Jermaine walczył (16 pkt/10 zb.), były efektowne WSADY. Ale pod koniec Detroit grali głupio, nie trafili 7 rzutów, Curry robił co chciał i skończyło się 96-104. Steve Blake 2/5 i 2/5 za trzy, tylko 6 pkt i 2 as., ale +17.
***
"Metta World Peace i Beno Udrih zostali oficjalnie zwolnieni przez New York Knicks" — proszę, taki koniec szaleńca. Łał, mówią o Mario Chalmersie. Ale to nie znaczy, że się znam. "Millerocentryzm = to nie Andre Miller dopasowuje się do zespołu, tylko zespół dopasowuje się do niego. W jakiejkolwiek koszulce by nie grał, to widać, że po prostu gra koszykówkę. On tak tam stoi, klepie, klepie tę klepkę, wszyscy się ustawiają, jest gra".

 
***
Dzień minął spokojnie, spojrzałem na pośladki Grace Jones, wybrałem się przez park, gdzie jeszcze było jasno.
Update: In the Wake of Poseidon — nie będzie pożegniania, wraca do domu.
Było luzacko, aż furczało, kiedy przerzucałem i chowałem kasety, wymoszczałem stanowisko pod winyle gazetami, magazyny stoją, książki i Parnickie również, podłoga chwilowo prawie wyczyszczona. Dobra robota. Do tego spokojnie się ululałem i uruchomiłem kasetę. Ponieważ wracałem przez Gdańsk, to przeszedłem wzgórzem (ostatnio robię takie pętelki) i przyjrzałem się oświeconemu, nie, oświetlonemu miastu. Przyjemny wieczór, potem również. Andre Previn tak przyjemnie przygrywa.
***
King Crimson — Lizard (1971) — z tym wcale nie poszło tak łatwo.
No i jest taka scena, matka na łożu, niewydolność nerek, zawał, zawód, sercowo-naczyniowy, biel, kieł, mysz, ja siedzę, tak, czułość i opieka, i pytam:
— Ale gdzie jest ta kaseta?
Ależ synuś, ja niczego nie ruszałam. Wszystko zostało tam, gdzie położyłeś.No tak, ale nie mogę jej znaleźć. Przeszukałem wszystko. (ta, śjasne)Naprawdę synuś. Wszystko co było, tam jest. Może poszukasz jeszcze raz.Już szukałem. I nie ma jej.
Jednym słowem: dramat.
***
Zatem, drodzy koledzy, kto umówi się ze mną na piwo?
ps. ale kaseta musi się znaleźć, ni chuja.



środa, 9 kwietnia 2014

Odcinek z leniwą sobotą na 3 monitory



22 lutego, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wieńczymy wiedźmami, chociaż słabe jesteśmy.

Więc może trade-deadline nie był wybuchowy, ale przynajmniej COŚ się działo.
Zatem (zmniejszam do mi znanych).
(odcinek z tradem w sobotę — za dużo foto wklejania)
***
Foto przygotowane. Po 18 była lekka zamułka wynikająca z przykrótkiego snu (7 ha/per sobota), marszczenia czoła i mrużenia oczu przez 2 ha (plisy choć śliczne nie wygrywają z wiosennym słońcem), obfitego obiadu (hamburgiery!). Ale się wypisuję, co orzeźwia mi paluszki.
***
3 monitory:
— na jednym piszę
— na drugim mam foto (mógłbym mieć program)
— na trzecim wyświetlam teledyski Sharon Jones (i słuchamy)
(w sumie na czwartym mógłbym wyświetlać film)
słowem:
WYPAS
***
Więc z rana słuchałem jak Clippers znowu nie dali rady Grizzlies (jakoś nie widzę nic do oglądania w tej drużynie), co nie rokuje dobrze, panie Doc Rivers. Ale to tak jednym uchem, bo słońce raziło, a ja zabrałem się za "High Road to China" (nie wyszło, bo ktoś pomylił pliki i dwa razy wrzucił piąty) oraz rozszerzone wersje King Crimson w edycjach na 40-lecie (książkę też przywiozłem ze Stogów, żeby przypomnieć sobie).
Jajo/parówki/kawa i idziemy.
Długi spacer, aż do drugiego lidla, bo ten nieczynny do marca, dużo słodyczy, które zeżrę oraz słonych rzeczy, które wciągniemy. Lód na drogę i dużo światła i kawałek prawdziwej wiosny. To świeże powietrze mnie wykończyło. Wykończyłem zaś "Szaleństwo katalogowania" (bo co właściwie teraz innego robię). Piękna książka, piękny papier, piękne obrazki, piękne teksty (np. ten Calvino mogę zastosować do winyli).
Świeżusieńka bagietka.
Kotlety usmażone, ale soczyste. Klasyk.
***
Troszkę ponapisywałem, następnie zaprzyjaźniłem się z Le Loup na dwie płyty, studyjne King Crimson w rozszerzeniach, nawet jestem ciekawy, np. McDonald & Giles brzmi wciąż przepięknie i jest tak czystko i dokładnie nagrany. Jak oni to robili?
***
Internet mi powiedział parę rzeczy, Litlle Dragon nie zachwyciła, ten amerykański zespół alternatywny (i teraz już oczywiście nie pamiętam) tak, zaś wiedźmy, szczególnie rechotki i Czarna Alice dały nam popalić. Tak do północy.


23 lutego, niedziela

Odcinek z leniwą niedzielą, co wcale mnie nie martwi

My drogi i Miłościwie Nam Panująca zwiedzamy okolicę publiczną.

Wstaję regularnie jak w zegarku. 8:19.
Jewel of the Nile (1985) — nic z tego nie będzie. Za dużo wczesnych lat 80.
Oglądałem jednym okiem, a oni znowu postawili na nerwy, ale dzięki Nene oraz udanej/rozsądnej akcji Walla było jednopunktowe zwycięstwo nad Pelicans. Zadebiutował Andre Miller, pokazał przez chwilkę co umie, wrócił też Al Jefferson, Gortat tym razem solidnie z double-double, tylko te nietrafiane wolne!
***
Porobiłem zakusy, utwierdziłem się w przekonaniu, że wysyłka z Dustygroove jest naprawdę dobra w cenie (i skarbach również) (9,5 + 3,5 za każdą następną) (na licytacjach jest drożej i mniej skumulowanie) pozazdrościłem wczorajszych parówek, mecz będzie na wieczór. + King Crimson, teraz live.
***
Stwierdziłem, że dzisiaj nie będę się oszukiwał i zamiast historii powszechnej pochichrałem się z mvp. (walentynki z Czarne kwiaty/Białe korzenie, MVP luty 2014 są mistrzowskie). Słuchanie tych odchodzących i tych nadchodzących (Swans kontra Previn). (Andre jest od dwóch dni dobry na dzień dobry). Była akcja z klejeniem obcasów i filiżaneczki. Idziemy na świeże powietrze. Park Oliwski (wiosna już tuż tuż), a zwiedzanie katedry oliwskiej przywołuje wakacyjne zwiedzanie zagranicznych kościołów.
***
Hamburgier wciąż pyszny, wino półwytrawne, zdjęcia klasyków rocka może nieco zbyt ciemne, ale trzeba się przymierzyć do katalogowania.

***
Oooo, Maurice Jarre — Lawrence of Arabia (1962) — ze względu na temat główny napraaawdę warto zobaczyć co i jak.
***
Cudownie, że sklep pod blokiem jest do 19, można pić piwo zupełnie bez obaw do woli.
***
UWAGA! Krawcowa.
***
Acha, od wtorku miałem denerwujący katar, który obniżał moje i tak już niskie przyjazne nastawienie do świata, ale wynika z tego, że dzisiaj już jest bardzo do przodu.
***
Tymczasem podglądam (a nawet patrzę) (na żywo) na OKC-LAC. Chłopaki rzucają jak szaleni, wynik wciąż się przechyla, Doc dostał technicznego, DeAndre rzuca 44% wolnych, faulują nieładnie Griffina (chwilowo nie radził sobie z Ibaką i Collisonem), Crawford i Barnes mają dobry dzień (cyferki pokopiuję później) (chyba że wleję zanim zdążę cokolwiek), do przerwy było jakieś 77-68 dla Clippers, gdzie Paul rzucał mało, ale jak już rzucił to wpadało, same ustawione pozycje. Natomiast widać, że obok wesołych eksplozji nieokiełznanego talentu OKC (każdy może grać, każdy może wygrywać), to LAC mają braki w drugim garniturze, nie ma nazwisk = nie ma graczy.



wtorek, 8 kwietnia 2014

NBA luty 2014


obfitował w wydarzenia (i screeny)
dzisiaj taki miesiąc retro, wspominkowy

cieszymy się
 
Kenyon Martin/Wilson Chandler/Raymond Felton — NYK fellas

Dumas
Jermaine — jakby wciąż dziecięcy
Reggie Evans kiedyś też był mlody
Steve już nie jest
Tobias Harris Glen Davis victory dunk over Oklahoma — ostatni taki Glen w koszulce
oj jaka radość!
choć jeszcze przedwczesna
ale MECZ kariery chłopakowi się udał ze szczęśliwym zakończeniem