poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Odcinek z łagodzeniem histerii



20 lutego, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca napoczęliśmy obiecujący serial.

Gortat bardzo dobrze w I kwarcie, ale w III już 4 faule (nie do końca sprawiedliwe), a Atlanta wróciła do gry (jakby z łatwością). Ale uff, Wizz dowieźli, Teague upadł na stopę Gortata i się kontuzjował, Gortat 7/9 = 14 pkt, 12 zb., 2 bloki. 114-97.
***
Whoa! Steve Blake poszedł do Golden State usłyszałem właśnie w przypadku Lakers-Houston. Oczywiście jest buuuu na Howarda. Czyżby Pau do Suns usłyszałem? E-e. 75-104 po III kwartach, tylko przegląd. 108-134. Nikt na to nie patrzał.
***
Nie pochwalam tego przy przesadzie (akcje sami przeciwko wszystkim — play-off 2013), ale przy meczach Bulls z reguły bywa gorąco, jest walka, są emocje. Tym razem zagotował się Psycho-T (jednak nie jest z niego koszykarz na miarę), a Toronto goni. Końcówka IV kwarty byłaby bardziej emocjonująca, gdybym był bardziej wyspany. Kwiatkowski rzecze: generał Lowry. Taj Gibson wyfaulowany. 10 s do końca, punkt straty i... nie weszło. Plus rzuty i 92-94.
***
I poszedł Jason Terry za Marcusa Thorntona (Nets-Kings). Ale to już jest zjazd.
***
John Barry — The Ipcress File (1965) — znakomicie przypomniało mi, że mam wysokojakościowy film do obejrzenia. Ta dam! A dzisiaj wieczór z trade-dead-linem.
***
Homeland!
***
A zatem siedziałem trochę tu i trochę tam. Niby nic się nie działo, ale parę nazwisk poszło i czytałem na bieżąco live-chata. Jakieś emocje tam byli, głównie ekscytacja tym, że się dzieje albo przynajmniej może się wydarzyć. Do tego zapakowałem 4 paczuszki, które wysłałem w piątek po robocie. Trwało to do 21 z minutami, a potem napoczęliśmy rozpoczęcie (ja jestem za, ale ja zawsze jestem za) (no, prawie) i dawno nie słyszany popcorn mniam.


21 lutego, piątek

Odcinek z porannymi przechodzącymi z wczoraj wydarzeniami. The Rematch.

My drogi i Miłościwie Nam Panująca sorczak za pomylenie Emm.

Wiadomo, były trady, się działo, ale najpierw mecz dnia. Wrócił Westbrook, trochę ponawsadzał, była wrzawa, po czym James zaczął 5/5, dopiero nie trafił wolnego i 3, ale wciąż 6/7 po 5 minutach. Mocne otwarcie. Podobnie jak w pierwszym meczu, na początku Miami wygladają jak mistrzowie świata. Ale mecz jest długi. OKC 9 strat i 17-34.
Zasadniczo myśl ZNYKa — czy im jeszcze zostało paliwo w baku, gdyż Allen i Batier to już tylko cienie legend, ale wciąż druga piątka wygląda bardzo porządnie i układnie. Thunder jednak za młodzi by ich zapamiętać.
Ponownie dużo strat Miami i doszli na 47-54. W III Miami broniło i trafiało, ale roztrwoniło przewagę nawet 20 pkt, w końcówce 1/8 i 65-76.
IV - Miami dobrze gra, reaguje na ataki OKC, w połowie LeBron dostał w nochala i krwawił jak prosiak, ale dunka zdrobił. Mecz stracił energię, mimo że OKC przez chwilę wykorzystywało okazję by gonić rywala. Czekamy na wieści z szatni. Nawet miejscowa publika ucichła. Brooks chyba też uznał, że w takiej sytuacji głupio byłoby wygrać i zdjął starterów. 81-103.
***
Debiut Steve'a Blake'a! Dostał owację. Zawodnicy nba, którzy wyglądają na chorych na HIV są ok. I to właściwie było dla mnie historią meczu, bo Curry nie trafiał, Igudala grał słabo, Lee trzymał grę (11/22 — 28 pkt. Końcówka emocjonująca, punkt za punkt. I będzie dogrywka. Trochę siadło przez rzuty wolne, ale ostatecznie 102-99. Miło. Mimo słabych statystyk (1/5 za 2, 1/4    za 3, 1 as., 1 strata, -16 — najgorzej w całym zespole w 18 min), to Blake przynajmniej wyglądał mi, że wie co robi.
***
John Barry — Robin And Marian (1976) — melodię główną znam. Więc trzeba resztę. "Chase" mnie również przekonuje. Aż za dobrze pamiętam film.
***
"Dawn In Sherwood" kaseta rocks!
***
Umarłem w drodze do domu i podobnie odpadłem z łbem i energią w drodze do. Było nas 13, zatem było sporo zmian, więc mimo że grałem krócej, to jak wpadałem na 5 min to biegałem szybciej niż zazwyczaj, bo nie musiałem się oszczędzać. Wynik energetyczny na koniec — jednak mniejsze  wyczerpanie. Ponieważ miałem dziurawe ręce i krzywe oko (inni też, jakby co), to skupiałem się na bieganiu i robieniu wiatraka. Ale parę solidnych zbiórek w ofensywie to było coś.
***
No iśmy się zebrali, więc mimo pomylenia nazwisk i mimo początkowego nierozwoju, film This is the End (2013) okazał się ekstrawaganckim wystrzałem z tekstami i kolorowanką. Czyli technicznie bez zarzutu ani wstydu, ponadto dopracowane w szczegółach, dialogach, muzyce, grze aktorskiej, obsadzie, kompleksowe i z dnem. Śmiałem się jak głupi, bo to miejscami było śmieszne, i — co ważne — niemal pozbawione żenujących części. Z tegoż to powodu natychmiast przed snem zaopatrzyłem się w Superbad (2007) i przypomniałem sobie McLovin'a. Yea.



piątek, 4 kwietnia 2014

Odcinek z kota nie ma, myszy szalejo



18 lutego, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jemy jalapenos i słuchamy (ja) drugiej strony "Soft Parade" na okrągło przed snem.

Całościowych wspominek ciąg dalszy.
Calla — Calla (1999) — w sam raz w stylu Tomka. Tej słuchałem najmniej (za mało rocka i refrenów), ale na zimne światło poranka jest doskonała.
***
Calla — Scavengers (2000) — przy okazji niejako przyszło mi do łba, że teraz (ze względu na staż i tryb bycia) jestem jak pan kucharek w wąsem, który siedzi przed swoim monitorkiem i tylko przy dużej ilości dobrej woli łaskawie może odpowiedzieć na pytanie obcej osobie (pełno się tu takich kręci).
***
Calla — Televise (2002) — w tym przypadku nic się nie zmieniło. Najlepsza. Podobno nawet wydali limitowanego różowego winyla. Będzie TRZEBA brać. 
***
Calla — Collisions (2005) — więc ta też jeszcze jest ok. Wciąż miękko, wciąż są przeboje. A przy okazji wycofali z serpętu płyty Appleseed Cast, kiedy ich o nie zapytałem. Jej.
***
Calla — Strength In Numbers (2007) — nawet smakuje mi teraz lepiej. Nie jest tak dramatycznie rockowo/industrialnie, jak mi się wydawało wcześniej. Ot, po prostu powtarzają się. No i znużyli mnie pod koniec płyty. Długie 52 minuty. Tym bardziej, że dowiedziałem się, że w 2012 Jon Spencer wydał płytę. Nową.
***
No ale jeszcze zanim, to John Barry — Boom ! (1968) mi zrewanżował wszystko. Same wspaniałości!
***
Bo to było pokłosie dni z trudnymi przerzutami i sentymentalnymi odkryciami. W parku już nieco jaśniej, ale w tym domu na Raduńskiej już chyba nikt nie mieszka i zaraz go chłopaki spalą, jak tylko się spostrzegą, szkoda. Na Stogach ostro zabieram się do egzekutywy porządkowej już ever. Nawet foto porobiłem z tej okazji, kasety Be(ta) już ulokowane (aczkolwiek Siemaka i Mazura będę musiał odsłuchać), kasety A(lfa) czekają w kolejności, na razie na górę poszły Parnickie, ale to trzeba będzie przekopletować ze względu na gabaryty. Ale 1/4 podłogi już uprzątnięta, taki był plan. Piję, wracam, "Cadence & cascade".


19 lutego, środa

Odcinek z pomysłem na 100 (setkę/stówkę)

My drogi i Miłościwie Nam Panująca polegliśmy na planowaniu wakacji.

Jeszcze z rana "Boom !" zrobiło mi przyjemność (zastąpiło to tymczasem "Versatile"), ale chciałem wspomnieć o kasecie:
King Crimson — In the Wake of Poseidon (1970) — nie zestarzała się i miałem wczoraj (dzisiaj się ciut skręcała) bardzo dobre wspomnienia z tą płytą. Zatem: setka zwana również stówką. Więc jedna z niewielu z bardzo dawnych czasów, ale zostało coś więcej niż sentyment. Zatem setka/stówka = winyl.
***
Dodatkowo zaskoczyli mnie (miło), bo myślałem, że będzie bieda do czwartku, a oni już dzisiaj (wczoraj) mieli mecze. Aż chce się pracować!
***
Zatem Wizz skutecznie coraz bardziej tracili dystans punktowy od Toronto. A to bezpośredni rywal w konferencji przecież. Valanciunas (oczywiście) wyglądał szybciej i zgrabniej od Gortata. Był mały zawiech neta, a ja zapomniałem zebrać nowe/pojedyncze linki (grupa się nie wyświetla). I jeszcze mam taki pomysł (głupi/nieopotrzebny), by zgrywać mecze live. Nie do końca całe (no chyba że jakieś mistrzowskie), ale najbardziej te podsumowania/spowolnienia/powtórki — to zawsze ładnie pokazują. A ja mógłbym do tego wklejać bora/bora. Ariza podejmuje dzisiaj same złe decyzje: nie trafia i bardzo kiepsko podaje, co wiąże się głównie ze stratami. Kyle Lowry dokonuje cudów rzutowych i trafia. Wizz byli fatalni potem i skończyło się 93-103. Gortat 8/11 — 18 pkt, 11 zb. (6 w ataku), ale z lini 2/5. Ariza 2/8, Beal 2/10 — to zaważyło.
***
Zająłem się kopiowaniem i rozpakowywaniem blue-rayów (VLC odtwarza na Seagate), więc początek Heat-Mavericks trochę mi umknął (podteksty, wiadomo). Ponadto zamuła we łbie i katar leci. Winrar (nielegalnie) wciąż działa. Blue-raye + duże ripy z nich (przecież nie wyrzucę!) => 867 GB. Milunio. Być może wybierzemy się na noc oskarową do multikina: 3 dobre jak dla mnie + Grawitacja 3D. Prowadzenie się zmienia co chwilę, co zapowiada końcówkę. Emo. 007 Diamonds Are Forever (1971) Blu-ray 34.3 GB już teraz już jest dobrze. Po III kwarcie 10 remisów i 16 zmian prowadzenia. LeBron jest ekscytujący zawodnikiem do oglądania. Jak im idzie, to Miami jest niszczące: zrobili 14-0 w IV. 42 pkt., wystąpił Oden na 5 pkt., Chris Andersen 18 (7/9 + jedna trójka), więc I połowa IV kwarty była całkiem dobra.
***
Postanowiłem jeszcze posłuchać Gorana Dragona (FOTO!), a potem dopiero przeczytać, co piszą o wartościowych meczach. Ale I kwarta jakoś nie rokowała, więc jednak zasięgnąłem info. Haha, a tam była dogrywka i cuda!


***
John Barry — The Last Valley (1970) — orkiestrowe. Bo to nie western jak "Monte Walsh" (1970), tylko o rycerzach. Wciąż bardzo ładnie, sentymentalnie, rzewnie, chóralnie. Znów jestem u siebie. "The Priest Prays For Guidance — The Shrine" to najlepsze kasetowe momenty. Ciekawe, że myślałem, że to z innego filmu ("Lion in Winter").
***
Chciałem nadmienić, że swoim wrażeniem wyprzedziłem to co wysłyszałem, zanim to usłyszałem/przeczytałem (LeBron).
***
John Barry — Mary, Queen of Scott (1971) — oczarowuję melodią (kaseta). Bo ja zapewne drzewiej korzystałem z jakiego best of. A teraz słucham tego, co było w przerwach.
***
W urzędzie miejskim znowu mnie wychujali, katar, te sprawy, zrobiłem sobie wycieczkę (dwór, jasno, korzystnie), spotkałem Johnego (dzięki za 19!), zaliczylim sklep i most, w drewutni już Przem tańczy z odkurzaczem. Wywalilim wszystko, nagle zrobiło się przestronnie, czyściej, na dole dywan z Oruni Dolnej, na nim wykładziny z Oruni Górnej, słowem mogę czuć się jak w domu, jest bardziej miękko, instrumenty wciąż grają.
***
Wracam, przepakowanie, zmarnowałem za dużo czasu na szukanie zbędnych lotów, a te okazały się mało przyszłościowe, trzeba będzie jeszcze popracować nad tą letnią okazją. Zakończyliśmy nerwowo i znowu się nie wyspałem.



czwartek, 3 kwietnia 2014

Odcinek z występem JZTZ



16 lutego, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca leniliśmy się przez dzień cały, ale czasu starczyło.

Fellini's Roma (1972). Ja go chyba lubię, bo on jest radosny, zabawny, ma pomysły, przejaskrawienia, kręci duże tyłki, Włosi u niego krzyczą, hałasują, źle wyglądają, są karykaturalni, a mam wrażenie, że oglądam to z uśmiechem, z sympatią dla tych ludzkich namiętności, on obserwuje/serwuje, ja się przyglądam. To taki barwy, żywiołowy fresk, a Rzym jest/sprawia wrażenie prawdziwego, takiego jak niegdyś, takiego jak zawsze, jakiego już nie ma, a jednak. Można rozpoznać tę rozsypującą się zabytkowość. Właśnie, sypiące się mury.
***
Adventures — Adventures (2012) — bardzo emocjonująca EPka. Naściągałem z tego zestawu troszkę.
***
Było sporo malarzów czytania/oglądania, był obiad, był deser, kawa była, było wyjście, występ był, piwo dwa razy było, w tym to jedne z najlepszych, był księżyc światełka i powrót, było kota rysowanie.
***
I jeszcze foty na dwóch monitorach oglądałem i nową płytę mp3 do pracy zabrałem.



17 lutego, poniedziałek

Odcinek ze strzelaniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pracujemy (ja się bawię).

All star game. Powiedzmy, że nawet. To i tak coś w porównaniu z tym, że następne dopiero w czwartek = dół.
W ramach taniego sentymentalizmu puszczam całe disco Dreamend. Na przykład takie "A Place In Thy Memory" kiedyś ominąłem. 

 
 
 
  
***
Plus — okazało się, że wystarczy "Szaleństwo katalogowania" wziąć do busu i od razu idzie jak trzeba. I ma obrazki.
***
Mam brudny tiszert, zasyfioną bluzę, jadłem cebulę. Nieładnie.
***
Pożegnanie z kasetami:
Clannad — Macalla (1985) — ciut lepiej, bo mają perkusję i grają pop.
Pink Floyd
A Saucerfull of Secrets (1968) resztki postbarretowe i trochę ichniej psychodelii. Kiedyś miałem wiele uczucia do tych wczesnych Floydów i ich singli. Ale przeszło. Niemniej, to jedna z tych dobrych kaset.
***
Wracam do domu, strzelamy sobie. Udanie. Chleb z dynią, kawa. Udanie.
Może zaszycie dziurki w spodniach nie było specjalnie udane. Ale. Od czasu do czasu włączam program i włączam nową wtyczkę VST. Tym razem do starego/nowego numeru ITNON dołączyłem kilka i werbel zabrzmiał. Ale ja po prostu lubię ten numer, więc się nie liczy.
***
Film w Twoją ulubienicą od półtora filmu będzie najwcześniej w maju, a tymczasem ja już mam nowy film włoski we włoskim stylu! I jeszcze są obrazki z Rzymu (rozpoznawalne), więc będzie wypasik.



środa, 2 kwietnia 2014

Odcinek z walentynkowaniem


ona wciąż w kompie stacjonarnym
14 lutego, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca spędziliśmy przyzwoity piątek.

Pochmurnie dzisiaj. Uogólniając.
***
26-19, jakiś taki świąteczny mecz Lakers, OKC rozdają prezenty? Dwa czwartkowe mecze, nie ma w czym wybierać, ale nałóg nie wybiera. Co mnie zdziwiło, że mimo stanu LAL wciąż są w środku mega długie reklamy i wciąż siedzi Jack z... (Who is the guy sitting next to jack nicholson at lakers games — popularne pytanie w googlach). (serię zdjęć umieścić). 54-45 w połowie. Jack klaszcze (klaska?). 9 strat w IV kwarcie, ale kopciuszki (Lakers!?!) walczyli dzielnie, aż można im było kibicować. Przy 102-103 Kaman nie trafił wolnego, coś tam coś tam i 103-107. Kevin 43 pkt.

 
 
 
 
 

***
W hali Chicago jest słabsze oświetlenie (oszczędzają?) i obraz jest jakby przymglony. Ledwo śledziłem. Nets niemal bez walki (nieskuteczni, słabo ze zbiórkami) przegrali 76-92.
***
Smętnie dzisiaj, przynajmniej robota spokojna.
Soundsupply Best New Music 3 — to już kolejna składanka od nich. Dobrze. Dzięki nim polubiłem bardzo płytę Wintersleep, teraz widzę też (słyszę), że mogę czegoś poszukać.
***
Się porobiło z busami, więc jechałem długo tram i czytałem czytałem czytałem. Historia powszechna zbiega się ku końcowi. Kant, balony, malarze.
Z poczty biorę Lnś (trza nową prenumeratę!), w domu czeka niespodzianka: nowa płyta! W dodatku kolejna jest w lodówce, ale to na wieczór.
Czytam nigle/figle, a na koszu dali mi w kość, było nas 5/5, ale w obronie 1 mniej, za to świetny było nowy duży z długiiiimi rękoma. No i nie wiem czemu musiałem często rzucać (lub wchodzić pod kosz, bo wolne się robiło), a przecież ja nie trafiam, albo gubię piłkę, albo robię błąd podwójnego kozłowania. Niemniej rozgrywka była strasznie wyrównana.
***
W domu mamy debiut 19. Ostatni z seri HP nam został — Prisoner of Azcaban (2004). Czyli to już dekada. To, w miarę upływu lat, coraz bardziej widać, że to są kiepskie filmy z kiepskimi aktorami (prócz ról trzecioplanowych), a jednak nie można było przecież inaczej, bo fanoteka jest do tego przeobligowana. W tym odcinku muzykę jeszcze robił John Williams i to chyba nawet słychać. Ale — debiut się udał. I monitor
ogroooomna 19 jest dla mnie jakby zbyt blisko. Rano poprawiłem.
Cydr cynamonowy zabawny, smaczny, wchodzi jak sok.



15 lutego, sobota

Odcinek z amurem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w sobotnich zakupach/porządkach ze smażeniem.

The Conformist (1970)
Bernardo. To nie było takie złe, choć pod koniec poszło za bardzo w akcję (chyba). No i Jean-Louis się za bardzo rozhasał w swoich emocjach, kiedy się okazało, że jego trauma z dzieciństwa jednak żyje. W sumie połączenie sensacji z psychologią i wstawkami polityczno-społecznymi nie było takie złe, że się powtórzę. No i widać było, że artysta sfilmował, bo kadry, ujęcia, praca kamery oraz dekoracje takie wymyślne były. Więc z tych dzieł z WIELKIEJ KSIĄŻKI, to całkiem strawne, nie wydumane zbytnio i jednocześnie nie oczywiste i nie takie proste. Mocna czwórka. Ściągnąć OST.
***
Jajecznica, bo tylko jajka zostały, High Road to China (LP) nie rozczarowuje, a wzrusza (i te piękne niemieckie napisy), kawa i gotowi na wyjazd. Się płyn polał. Okazało się, że prócz nie używania poduszki (bo się ściera) to jeszcze nie mogę tanich czekolad. Chociaż sklep nie tani niestety. Film do ściągnięcia jest.
***
Ryba wysmażona, naczynia umyte, mniej jedzie. Beck rozczarował Morning Phase (2014) (ściągnięte przez przypadek na 5 minut przed wyjściem z roboty), bo zamiast zrobić extra nowoczesny sentymentalny pop, po prostu powtórzył "Sea Change". Jakby. Atrakcyjnych refrenów to tam nie ma, a muzycznie jest bardzo wtórnie i nienowocześnie.
***
Coś tam nowego pojawiło się na allegro (ale bez szaleństw), chyba nie będę tak polował, zwłaszcza że sporo atrakcji na dustygroove. Ale kolejne pieniądze będę wydawał dopiero w marcu, na razie przyszalałem.
***
Więc jak zajrzałem do WIELKIEJ KSIĄŻKI, ustawiłem stół i sprzęta, schowałem piękny zestaw LnŚ, wpadłem w szał winyli, to nagle zrobiła się 20, a teraz nawet 21, bo przecież nakreśliłem tych bzdur od groma, jak rzadko.
***
Chyba mieliśmy premierę kości na 19.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Odcinek z przetransportowywaniem



13 lutego, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wieczorem mieliśmy wiele opowieści LnŚ i PG.

Houston-Wizz — nie oczekiwałem cudów, od początku Howard i Harden to dużo za dużo na Gortata i kolegów. 17-5 na wstępie. Oczywiście 2 faule w 5 min — ława. Mam wrażenie, że poglądy o słabości drugiej piątki Wizz nie są do końca uprawnione, bo to ona w ostatnich meczach często goni/trzyma mecz (40-38 w połowie II kwarty, musiał wrócić Howard). Niesmacznie się oglądało obawy przy oddawaniu rzutów i brak agresji w walce podkoszowej, Nene przy Gortacie to bestia. Dwight zniszczył Wizz, w III kwarcie się rozbiegali 83-65. Następnie Ariza trafił 7/7 trójek (10/12) i zrobiło się 93-90. Na 2 minuty przed końcem 108-110 i zrobiły się emocje. Gortat i Nene put po 6 faulach. Był remis, Wall trafił dwa wolne i na 4 sekundy przed końcem 110-112, potem faul z dupy (sędziowie raczej faworyzowali Houston) (tutaj wielokrotne przykłady "obron" Hibberta, który niemal kładzie ręce na przeciwniku), 111-112, piłka dla Houston, Harden trafił i skończyło się 113-112. Niesprawiedliwe to było i poczułem się rozczarowany jak dziecko. No trudno. Jak w życiu (hihihi).
***
Oczywiście, że w takiej sytuacji Indiana-Dallas już bez emocji, mimo że Dirk rozdawał łokcie (bodiczki) Westowi w głowę. I jeszcze David dostał niesprawiedliwego technika. Ot co. Dallas wygrali na luzaku 81-73 (najmniejsza zdobycz punktowa w sezonie). Potem musiałem zająć się śledztwem. To mnie trochę też rozstroiło. Nastrój w dół.
***
Historią dzisiejszego dnia był strach czy zapali (zapalił), skrobanie (wcześniej), ciastowe serduszko (jeszcze wcześniej), bezpieczna jazda bez niespodzianek, chyba nie popełniłem błędów, o jakich bym pamiętał, podpracowałem, potem było wydawanie prezentów z mini-narracją i w końcu przyszło ciasto, ale było go baaaardzo malutko. Łeee.
***
Podobnież były emocje w meczu Warriors-Miami, gdzie GSW podgonili mimo bardzo dużej straty. Ale też byłem rozproszony, bo napisało do mnie UPC, a przecież ja nie mam nic wspólnego z UPC!? Nastrój w dół. heh, kurwa, James (kolejne prawie triple double) rzucił game-winnera za 3. To było jednak COŚ! (14-26 z pola/4-8 za 3/4-7 osobowe).
***
017 GoldenEye (1995) Blue-ray 33.1 GB — czyli nowe otwarcie. Pierce Brosnan nieumięśniony i gęsto owłosiony na klacie. Jeszcze inne czasy. Rzadko oglądałem, a to się dobrze trzyma w klimacie. Jest znakomite intro oraz drobiazgi, mamy nową M — zdecydowanie nie doceniałem tego odcinka. Aczkolwiek i tak wiedziałem, że pozostałe z tej serii coraz bardziej staczają się w końcówkę lat 90 = strzelamy. A tymczasem to kojarzy mi się (sceny firmowe) ze Skyfallem. Twarze, zmiany, stanowiska, Q. To taki stylowy odcinek. Przedstawili (musieli) wszystkie klasyczne motywy schematu serii, mimo Brosnana jest bardzo typowo, jakby nawet nawiązując do bardzo starych odcinków.
***
No to jedziemy na Orunię Górną, wypakowaliśmy prawie całą piwnicę, prawie, bo więcej książek/czasopism/gazet/wycinków/plakatów/magazynów/wydruków się nie zmieściło. Auto było bardzo ciężkie i potem zgasłem chyba 6 razy. Wielkie ekrany są wielkie, chyba nawet zbyt, ale mieszkanie, jak nowe, bo prawie nowe, wygląda bardzo stylowo.
Ach, przecież jeszcze wziąłem stare, jeszcze z Dworcowej, talerze, talerzyki, sztućce, komplet noży (te prawie nigdy w ciągu 12 lat nie były używane), małe łyżeczki do lodów/ciasta, które matka wysiłkiem, w ubóstwie, wyłożyła w pudełeczku różową bibułką, wstydliwe to było, ale wzruszające, poduszki z Turcji, podkładki pod kubki, deski do krojenia i pewnie jeszcze coś. Nie ogarnę się z tym.
Na Stogach dźwigałem ciężary, będę się tym zabawiał od przyszłego tygodnia, LnŚ jadą ze mną, plus stare/nowe kasety. Trzeba więcej pożegnań zrobić.
W domu jakoś się wyładowałem, chociaż po drodze 2 siatki poszli, piwo do snu, pisarze i "Maskarada" też już się skończyła.
***
No to przy okazji, pożegnania, z kasetami:

King Crimson — Larks' Tongues in Aspic (1973)
zasadniczo nienajgorsze, ale należy do lat sprzed roku 2000, więc nie liczy się. Cross i Muir za dużo nawalają, ale Bruford to dobry perkusista jest.

Pink Floyd
Animals (1977) miałem słabszą serię z kasetami, więc to było jakieś wytchnienie, chociaż nie dało się ukryć, że to już popłuczyny po "Wish You Were Here", które już jest słabawe. Przynajmniej jakiś kawałek rocka.

Clannad
Anam (1990) to w ogóle nie moja bajka. Z pamięci tylko bohaterowie serialu do muzycznego tła.

Annie Lennox
Diva (1992) zaskakująco jedyna rzecz godna słuchania więcej niż raz.

Ennio Morricone
Hamlet (1990) zaskakująco nie do słuchania, za bardzo orkiestrowe, gdzie mu do Barry'ego, to nie mój kompozytor.

Guns n'Roses
Use Your Illusion (1991) ta część z "November Rain", a prócz tego numeru nie ma tam nic, prócz drętwego już teraz rockometalu. Gdzie to się podziało w czasie?

Janis Joplin
Greatest Hits (1973) to chyba był największy cios, jak bardzo nie mogę tego wycia słuchać. Co w porównaniu z The Doors jednak dziwi (zaskakujące).

Pink Floyd
Obscured by Clouds (1972) chwila przyjemnego oddechu. Tutaj naprawdę coś się działo. I brzmiało.

King Crimson
Three of a Perfect Pair (1984) owszem, był tam jeden refren i jedna melodia, ale całość zagrana na 8-bitowych instrumentach elektronicznych (nikt mnie nie przekona, że tam były gitary). Jakiś muzyczny koszmar.

King Crimson
Beat (1982) drugie z muzycznych poronień. To jeszcze gorsze, bo przypomina nieustającą improwizację.
Uff.