środa, 12 września 2012

Paryz — dzien dziewiaty (1 wrzesnia, sobota) / Paryz — dzien dziesiaty (2 wrzesnia, niedziela, 3 dzien po 5-miesiecznicy)




Odcinek z enfantem

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca jestesmy zachwyceni roznorodnoscia i wieloscia barw calkiem uzytkowych gadzetow oraz mega form jedzenia; np. sklep pistacjowy.


Mały książę afrykański (na 5 liter): niby nic niby nic, a proszę. Wstawanie wcale nie takie rześkie, szampan i ta sangria (która przecież słaba była i w ogóle nie miała alkoholu) zrobiły swoje. Pić. I lekki ból głowy. I nie chceeeemy wstawać (kto nie chce, ten nie chce). Chleb wciąż daje radę, tak samo jak pasztet.

Markety vel rynki odnalezione, jeden wybrany, a następnie zgubiony (Le marché aux Puces de Vanves). Jedziemy czy nie jedziemy? Jednak jedziemy. Więc szukanie od nowa. Jedziemy i trafiamy. ("patrzaj, mają takie siaty, za siatami, za siatami").
I bardzo dobrze, bo choć murzyńska kraina, to można się było obłowić (ja). Może nie była to najlepsza layernia we wszechświecie, ale dużo jej nie brakowało (więcej książek, więcej śmieci, barów z piwem i kawą). Zatem:
— jeansy (1E) (ta dam!)
— gumowe białe buty udające eleganckie (10E) (obczajta, guma na glanc)
— biała koszula aż świeci (3E) (enfancia właśnie, na 16-latka) (gdyby się tak nie świeciła w słońcu, nie miałaby wiele szans)
— arabski placek na głębokim tłuszczu + kruche ciastko z nadzieniem daktylowym (aczkolwiek z pokazywania palcem nie do końca było wiadomo, co się otrzyma za tego jedynaka, ale nie zawiodło, i syciło, i oko i podniebienie)
— arabskie pachnące jadłodalnie — odkrycie w murzylandii. I to co z reguły zachwyca (no nie musi każdego), że oni na bieżąco, np. te baby, tymi ręcamy i narzędziami tnąco-szarpiącymi międlą, drobią, smażą, przypiekają dania na oczach kliencich.
To lubię. Targ. Obłowić się. Pohasać. Pobróbować. Podziczyć się trochę.
Ale ale — jak ja się z tym wszystkim zmieszczę do plecaka? Dwa kartony z butami, ciuchy i żarło?


Szefowa z niedomagania osłabła. A w sklepie nr 1 nie ma płyty Juliena Clerca. Do diaska. Do fnaca. We fnacu też nie ma, ale jest inna. Ja osobiście się mile rozczarowałem obecnością soundtracków z muzą Barry'ego na półkach. Oczywiście, że bym sobie nie kupił. Ale one tam po prostu są.

1000/MILLE BORNES (25E) zakupiona i jest bardzo miła (i wcale nie dlatego, że dwa razy wygrałem). Właśnie, trza zagrać.

Więc oboje mamy zakupione wszystko co trza. Ba nawet akcja pocztówkowa się udała. Nie wiem, jak to zrobiłem bez liczenia, ale starczyło dla wszystkich. Zatem tradycji stało się zadość.


Lekki obiad w domu (mega drożdżak + mus jabłko/truskawka). Drożdżak to był fajny pomysł: duży, sztuczny, więc długo zachowuje świeżość, nadaje się do smarowania masłem (jak chałka), więc uniwersalność spożywcza.
Oglądanie zakupów — no ba. Plus obowiązkowa sesja foto. [powiedz naf-naf (to potem)] (ciekawa kombinacja/mix taki) — więc odpoczynek i przygotowanie do wyjścia. Extra. Podwójnie extra przecież.

Na Bastille! Przechadzamy się obok budynku opery. Zgubiliśmy kierunek, ale to nic, zobaczymy więcej wystaw sklepowych — a to przecież najważniejsza rzecz tutaj. Place des Vosges, szamamy. Oni też szamają. I bez krępacji wykładają się na trawnikach. Słońce już ku zachodowi. Spacerujemy już w dobrym kierunku, odkrywamy ogrody Hôtel de Clisson (Archives nationales). Uratowana przed zdjęciem.


TEN sklep i uśmiechające się kolumienki.
Tak.
Takk.

Wystawy z cudami, pysznościami i kuriozami — cudownie. Więc może chwilę wcześniej zdradziłem sekret miasta. Numeru 39 nie było to i problem z głowy ("po co mi kolejne szpilki") ("teraz chcę pierścionek") [masz ci]. No ja bym nie przeszedł nad tym do porządku dziennego, ale.

Église Saint-Eustache tylko z kawałka wygląda ok, a obok snoby czekają w kolejce do japońskiego żarła.

Most z kłódeczkami ("i będziemy tylko skipowac zdjęcia"; "obyśmy tylko takie problemy mieli"). Tymczasem problem rozwiązał się sam, wszystkie wyszły poruszone, bo już zmierzchało.

Ulica z galeriami (takimi dla artystów malarzów), a na niej wspaniałe wycinane zakładki. A pana nie ma, a ten, który miał mieć zastępstwo to nieczynny jest w niedzielę. Więc trzeba będzie tu przyjechać jeszcze raz.

Monoprix — łososiowy krokiet (19E/kg) + lody pistacjowe (2,20E/l). Trza brać przecież, zaraz wyjeżdżamy. Paryż jest extra, a na kolacje tarta, a po kolacji plany jutrzejsze. Na jutro. Rzecz jasna.

Bob Dylan, Everybody Must Get Stoned
Allen Toussaint, From a Whisper to a Scream (1970)
Coldcut, Mr Nichols

ps. pewnie się grzebałem z wypiską, to coś tam w radio usłyszałem


Odcinek z zakończeniem, zachodem słońca, rzeką i rozmaitościami

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca bez zawieruszeń szczęśliwie przeżyliśmy ostatnie dni w Paryżu.

No to już będzie improwizka, bo jakiś baran nie dopełnił obowiązku. Ale racja — nie było kiedy.
Mamy zdjęcie w tosterze. Czy ja już wspominałem, że będzie mi go brakowało? Nie żebym musiał mieć. Ale w sumie czemu nie. Wstaję rano, niedowarzam tostów, maczam w zimnej kawie, zasiadam do netu i mje nie ma. Czy mam gacie na sobie? To zależy, czy nie chcę pobrudzić krzesła.


Żeby nie było, ze jestem taki straszny, to tylko nieduży przebieg po tej niezwiedzonej części Centre Georges Pompidou. Dosyć tłumnie i jednak już słabiej. Więc parę kuriozów, parę zdjęć ogólnych, żeby się zadziwić, jak inni się zadziwiają. I już nie można było sobie zrobić zdjęcia yei z grzybem, więc jednak mieliśmy szczęście ostatnio. Parę intrygujących mebelków i wnętrz. Robimy, idziemy, spadamy.

Trafiamy do odpowiedniego sklepu z odpowiednimi kolumnami. Zielonych nie mają, ale czerwone też są ok. Działają. Papierową torbę z logo sklepu dali. Jest kolejna pamiątka. Przechadzamy się dalej. Jak brzmi przekleństwo (niewypowiedziane)? Teraz jak szukamy pierścionka, to na pewno: a) sklepy będą zamknięte; b) nic nie znajdziemy; c) jak znajdziemy to będzie brzydkie; d) za drogie. A jednak proszę. Znalazł się był. I ładny, i oryginalny i się podobuje. Brawo.


I zdjęcie, co do którego wydawało mi się, że najpiękniejsze z całej wsi (te z rowerę), ale jednak chyba wolę inne (przypadkiem wyszło). Chociaż to też jest niezłe. Z 1900 parę jest niezłych. Osobowo wybrałem sobie niecałe 400. Takie małe cacy do wywołania wspomnień. W drodze powrotnej ostatni luk na katedrę, wyspy, chodniczek z monopoly, kalosze-marzenie, i dla przypomnienia błyszczące buty. Zachód słońca nad naszą chałupą, goście goście, pakowanie (jakoś się udało, choć słoiki i tak nam potem zabrali).


I jeszcze wypad na most, pijemy i spadamy. Pani taksówka nam może popsuła nieco szyki, ale stać nas. Pożegnała nas Dobra Wróżka i wróciliśmy.


Ano, na sam koniec odkryliśmy, jak działa telewizor. Więc potrzebna pralka z programami: sportowym i luxe.hd.

http://www.skyfall-movie.net/site/

Bon Iver, Towers
Myron & E with The Soul Investigators, The Pot Club
Psapp, Rear Moth


niaaach!


wtorek, 11 września 2012

Nouvelle Vague, Pictorial Candi, Mary Komasa — 08.09.2012, ArtLoop (Sopot)


Mary Komasa
Pictorial Candi
Nouvelle Vague


bo mnie tam się podobało, i za tę kasę (podziękowania dla "t... ratuj") w sam raz, pies trącał obrazki, ale muzycznie to mnie NV pozytywnie zaskoczyło, + duży bonus muzyczny dla Pictorial Candi


poniedziałek, 10 września 2012

piątek, 7 września 2012

Paryz — dzien siodmy (30 sierpnia, czwartek) / Paryz — dzien osmy (31 sierpnia, piatek)






Odcinek z pieciokatnym kwadratem

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca godnie i niezwykle wspaniale uczcilismy pieciomiesiecznice.

Zaczelismy od przyzwoitego sniadania z przygotowaniem, a nawet bardzo dobrym przygotowaniem, nie no, troche za dlugie bylo guzdranie, a mimo ze nastroj nieco pod kreska (ja), to i kanapka i winogrona i starczylo nam na dzien caly.



La Basilique du Sacré Coeur de Montmartre — punkt docelowy. Wczesniej jeszcze wiekszy Carrefour (market), a tam wybor wiekszy, i maszynki (teraz juz wlasciwie niepotrzebne), i pamiatki z Paryza (x 2), w dodatku ze smakowita zawartoscia (spozyta na schodach prowadzacych do bazyliki). A troche potem turystyczna ulica z ciuchami i pocztowkami i innymi badziewiami, z ktorych nieskorzystalismy. A wczesniej jeszcze buty nr 2 (66E), ktore ewentualnie moglyby sluzyc na zastepstwo wobec butow nr 1). I bazylika (pamiec tego samego wrazenia) (Ty) i widok na Paryz prawie caly ok. Wzgorze rowniez zostawiajace przyjemne wrazenie, a potem sklep z uzywanymi komiksami, a wczesniej jeszcze...


mielismy tyle zajec i zajetych wieczorow, wiec czy ty to ogarniasz?
Cimeti
ère de Montmartre
ciezko znalezc wejscie
duzo kamlotow oraz budek telefonicznych
i powiedzialas, ze kupimy mi buty
i co z tego, ze damskie, bo nie bylo dla nich innego wyboru, musialy byc!




nr 40 za 89E, dobrze, ze sa takie kobiece stopy, a na mnie dobrze to lezy i pojdziemy do opery
melon + jamon
banan, ktory nam przeszkodzil w wyjsciu, i nie tylko
22, wyjscie i szukanie Libanczyka
tenze znaleziony, ale trafilo na kuchnie francuska
za 33E (w tym 3E napiwku) zestaw menu nr 2:
przystawka — zupa cebulowa/mule
danie glowne — gicz cieleca/eskalopki z piersi kaczki w sosie pomaranczowym
deser — sorbet (dwie galki, w tym jedna cytrynowa)/ciasteczko z bita smietana i ciepla czekolada i to sie nazywa profiteroles
skoro sie najadlem, i tak zjadlem wiecej, to mimo watpliwej kaczki bylem zadowolony, gicz i mule bardzo ok
wieje, zmykamy do domu


Odcinek z mega watem

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca uczynilismy sobie megalityczna impreze, kiedy nie widzialem Cie jeszcze tak uszczesliwionej i rozesmianej przez dlugi taki czas caly. Megalitycznie. Bez krancow. Podwojnie megalitycznie. A oprocz tego jest MEGAlitycznie. I zapamietaj: owo tlo tapety do pokoju dzieciecego, gdzie te elementy graficzne beda rozmieszczone na wiekszej przestrzeni.



ostatnie tosty zjedzone, bedzie mi ich brakowalo
karafka, wiec mamy wlasny komplet pamiatkowy z Paryza
Georges Pompidou
1900-1960
mala szkola sztuki wspolczesnej
sa foto, duzo foto, bo duzo pieknych obrazow, wypisy beda pozniej
odkrycie: Kupka jest piekny
i do tego pigment, TEN pigment
od 1960 juz tylko po lebkach, bo zmeczenie (dzien caly niemal tylko na winogronach)
A ty sie znasz na wszystkim!


rozpoczyna sie konkurs Musée du Louvre v. Centre Georges Pompidou
na obiad ryz (ten ryz jest extra, szkoda, ze nie moge go nakupic do domu) (ale obiecalas, ze taki zakupimy u nas) z chipolatas, czosnkiem, papryka, oliwa
drukowanie karty pokladowej (Milk Montparnasse), nie bylo lekko, ale poszlo i jest sukces
dom handlowy na Montparnasse, mini przeglad, ale bezzakupowy
Carrefour Market i duuuze zakupy (m.in. duza babka drozdzowa, ser i krem prezentowe, oliwki, feta, pasztet, swiezy chleb, maslo, mleko, salata lodowa tym razem, batony, brzoskwinie)
na kolacje szampan (= wino musujace, ale dobre), chleb, maslo i kawior, i pasztet = rillettes


i jestesmy zrobieni
10 BAR - DIX BAR - Bar
à sangria Paris
2 razy sangria po 2 razy 19 ml, lacznie 14E
ale caloksztalt, i jak wszystko dotad, jest warte jakiejkolwiek ceny
a w barze nisko i ciasno i ciemno i bez muzyki, a potem i gwar i tlum i wychodzimy
a dluga droga powrotna jest dluga
a powrot jest taki, jakiego jeszcze nie bylo
i zaraz wracaj




czwartek, 6 września 2012

Paryz — dzien piaty (28 sierpnia) / Paryz — dzien szosty (29 sierpnia)



Odcinek ze sformulowana przewidywalnoscia

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca bylismy na powaznych zakupach i prawie cos rzesmy kupili.

No ja powoli zaczynam nieogarniac, ale metro nam sluzy. "Rob zdjecia, obejrzymy potem, co widzielismy". No ale to nie tak. Np. dzien dzisiejszy byl wyjatkowy pod tym wzgledem, a to glownie zasluga zakazu w M'O. Ale przez czlowiek musial sie troche nagryzdac, ale do rzeczy.

A, jeszcze nie do tej. Bo w czym rzecz. W tym, ze moje oczy zdaja sie juz nie miec wolnego miejsca, zeby zapamietac wszystko, co widze i zapamietac chcialbym wlasnie. A oprocz tego, co widze, jeszcze tyle sie dzieje. Mega. Jest.

Noc niezbyt plynnie (kark/kark/grypa?/przewialo?/niemniej, Szefowej nie az tak fajnie) i rano przywitalo nas zachmurzenie. Bagietka utracila swoja swiezosc, ale kawior nie zawiodl, nawet bez szampana. Kanapki na droge, plan majacy na celu maly skrot przedobiadowy. Tabletki co jakis czas dzialaja. Kolejka przed Musée d'Orsay sporawa, ale sprawna. Kierunek wycieczki bardzo dobry — zaczynamy od Mikolajow (czyt. gwiazdorow), w szczegolnosci nam sie podobajacych.



Wszystko skatalogowane mozna obejrzec tutaj (http://www.musee-orsay.fr/en/collections/index-of-works/), co jest bardzo mile z ich strony.

Zatem dwie sale na tip-top, trzecia w miare, czwarta po lebkach, piata i szosta, o ktorych zapomnielismy, juz przebieglem w 10 minut. Znaczy sie, mozna zwiedzic jeszcze raz. Niemniej, w duzej mierze bylo to zjawiskowe, historyczne i zachwycajace, jak i zmieniajace perspektywe (patrz: Renoir-Cézanne 0-1).
Miejsca pierwsze zajmuja ex aequo:
Caillebotte, Gustave, Raboteurs de parquet (Ty)
Burne-Jones, Edward, La Roue de la Fortune (ja)


Wiec jak juz skoncze te liste, to tez bedzie extra (juz jest) (wciaz jest). Lekko podsumowujac: gdyby temu muzeum dodac nieco Flamandow i kilku sredniowiecznych mistrzow — byloby prawie wszystko czego potrzeba.

I jak zwykle dobry transfer, znajdujemy kolejna ksiegarnie oraz sklep DIA (dobrzew), kupujemy malego chinczyka (po przeliczeniu okazal sie wcale nie taki drogi: 16E, a jeszce nam zostanie na nastepny obiad. Omlet w sam raz na zapchanie, pasztecik z wolowina wygral, do tego pikantne krewetki oraz kurczak szefa.

M'O skonczylismy o 15, jedzenie o 17, o 18 wybralismy sie do FNACa, a tam, oczywiscie layernia: m.in. winyle Blur i RATM, juz na filmy nawet nie patrzalem. Mala encyklopedia impresjonizmu 24E, ale tylko po fr, z kolei duzy i ciezki album impresjonistow 40E. Stosunek liczby stron do ceny ok, zlocone brzegi kartek. Zaleta? Ksiazka po fr, ale duzo duzych obrazkow i prawie zadnego tekstu!
Wiec jest nad czym rozmyslac w nocy.

Sukces nr 2: jest gra! Co prawda kosztuje 25E, ale jest. Z kolei sa tez pociagi, za 45E, ale za to wersja z USA!
Wiec jest nad czym rozmyslac w nocy.

Maly spacer kolo Comédie-Française oraz Palais Royal oraz Jardin du Palais Royal, takze La fontaine Moli
ère. Nastepnie, skoro zmierzcha, do niej. I akurat trafilismy na swiatelka. Hurra. I jeszcze ladnie sie prezentowala w nocy. A mysmy spokojniutko, zaliczywszy sformulowanie, udali sie zgrabnie do domu. Co poniektorzy w strojach wieczorowych. Ladnie. Bardzo ladnie. Jutro i potem jeszcze ciag dalszy.



Odcinek ze zgonem

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca twardo nie dalismy sie skusic indiancom, wietnamczykom, tunezyjczykom (kus kus fuj), koreanczykom, turkom, libanczykom i innym arabom, ale brudna bluza? — czemu nie.


Noc plynnie, jakkolwiek kark/kark/grypa?/przewialo?/Szefowej nie az tak fajnie. Ach, tak, nawet poranek mnie zaskoczyl, gdyz poprzedniej nocy sie zabawilem, hi hi. Sniadanie bylo wyrozniajace sie z tegoz powodu, iz nie mielismy tostow, a koncowke bagietki, ktorej reszta poszla na przemial na sniadanie drugie. Dodatki niezgorzej.


Kaplica sykstynska impresjonizmu. Wprowadzenie, wyciszenie i jest. Brawo za pomysl i wykonanie, ale jednak male mniejsze. Do tego Cezanne, Derain, Modigliani, Renoir i "nowi": Soutine i Utrillo. Szybko poszlo.

Muzeum sciekow rozczarowujace. Dia zaliczona, bez dodatkowych fajerwerkow. Kielbaski chipolata. Smaczne. I obiad smaczny (+ makaron z pesto + salatka). Mycie, kawa i nowy zestw ciastek. Koncerty jakies tak, ale niekoniecznie. Zatem po odpoczynku zwiedzanie Quartier Latin: meczet, Ar
ènes de Lutèce, najurokliwszy zakatek Paryza, Pantheon, St Étienne du Mont, Sorbonne, Musée de Cluny, jedzeniowa layernia kolo St-Michel, Marché Saint-Germain-des-Prés, Église Saint-Sulpice, czerwone butki i juz jestesmy w domu. Bardzo ladny spacer. No i obowiazkowe wypisywanie pocztowek. A reszta potem, potem, w koncu ile sie mozna zabawiac nocami.





środa, 5 września 2012

Paryz — dzien trzeci (26 sierpnia) / Paryz — dzien czwarty (27 sierpnia)





Odcinek z najladniejszymi wszystkimi cukierkami.

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca nie wstalismy wczesnie rano, bo to przez te zaluzje.

Ale nie zamierzamy poprzestac. Po prostu nastawimy budzik. Na 9. Sniadanie niejako tradycyjne, niemniej wciaz znakomite. + dodatkowa porcja na droge. Nawet nie tyle, ze ratujaca zycie. Ot po prostu. Dzisiaj w planie odhaczenie dzielnicy. (juz teraz moge zdradzic, ze z sukcesem).
Zatem, kiedy juz dobrze, a nawet bardzo dobrze bylismy przygotowani do dzisiejszego dnia:

— ogrody Tuileries troche za malo zielone, zbyt zapiaszczone i brudzace butki; karpie w sadzawce, wiatr i zbytnie naslonecznienie; ach no i wyglaskane kolano Rodina; 
Place de la Concorde ogromniasto; obeliks zlocenia w tym wypadku na miejscu; zasadniczo imponujace, zgrabne przejscie do
Avenue des Champs-Élysées kolejny znaczacy punkt programu: czlowiek sie nastoi (co, oni produkuja tam te bilety?!), a one i tak kosztowaly 70E, wiec szwedzki Indianiec nas nie zobaczy, sorczak; aleje jak aleje, monciak lepszy; natomiast salony samochodowe bardzo extra, i racja, kiedys nie zwrocilbym na nie uwagi, no moze na czerwone renault, na duzy plus mozliwosc dotykania i wsiadania, wciaz mowie o autach;



Arc de triomphe monumentalny, moze nie jakis brzydki, ale luki nie naleza do moich konstrukcji;
dzielnica z ambasadami, wyludnione ulice, przegapiony ruski kosciol; Parc Monceau perelka: sprawa z cukierkami, nalesniki, hustawki, mini karuzela ("bardzo to Mikolajkowe"), pomnika Chopina nie znalezlismy, albo niezwykle kontentni z odkrycia lokalnej ludnosci i parku dla osob
 az chcialoby sie polozyc na trawie, ale nie, bo idziemy do 
Musée Jacquemart-André znalezione, ale 11E za 4 Rembrandty oraz Boticellego i Tiepolo to nastepnym razem, kiedy najdzie nas chetka na dodatkowy palac
 wglad do Grand Palais (zamkniety do jesieni), wglad do Petit Palais (darmowa wystawa grafik) (na deszczowe dnie), przeglad Pont Alexandre III ze zlotymi okropnosciami, a z daleka widzimy wiadomo co juz coraz blizej;
le obiad: pesto ze wstazkami i znakomita salatka, nastepnie kawa i ciastko, potem przeglad aktualnosci muzycznych (na przyszlosc) oraz dezaktualnosci (no tego wolalem nie wiedziec) oraz filmowych (albo za drogo albo nic ciekawego), z ktorych wycelowalismy w jedna projekcje, gdzie szczesliwie dotarlismy na czas z odpowiednimi metrem przesiadkami; 
a La Cinémathčque française mowi nam, ze jest nieczynne do 29 sierpnia (sacrebleu!);
zatem przechadzka wieczorna nowa dzielnia z mego imponujaca La Bibliothèque nationale de France i dalej w kierunku domu; Gare d'Austerlitz; zaskakujaco objawil nam sie punkt jutrzejszej wycieczki, potem jeszcze Institut du monde arabe (ufo ale stadion w Gdansku ladniejszy) (i wiekszy) i
 crêpes + compote de pommes oraz crêpes + crème de marrons (dobra dzielnica dobra cena, 2,20E), wiec kolejny haczyk; 
transport jedna linia i mamy minute do domu cudownie!

rasoir
wirtualny Chinczyk





Odcinek z Jean d'Aronque

My drogi i Milosciwie Nam Panujaca, mimo iz nie wiemy czy zyjemy, szczesliwie przezylismy caly dzien (kompletnie) na zwiedzaniu, i to na dwoch chlebkach z czekolada, czyli rekord.

(Gwoli scislosci: do kompletu mielismy brzoskwinie, sztuk jeden, oraz 0,25L autorskiego miksu coli ze sokiem jablkowym) (zapisac q potomnym).

Pobudka teoretycznie o 9, ale co poniektorzy zaczeli szlescic kartkami wczesniej i jeszcze wywolali tajemniczego tytulowego Francuza. Polowa sniadania okazala sie zaplesniala, co nam w niczym nie przeszkodzilo. Dobrze, a nawet bardzo dobrze przygotowalismy sie do drogi. Nastepnie, dzieki Szefowej osiagnelismy niebagatelny sukces i zakupilismy 7-dniowy bilet metrowy (zdjecia przygotowane zawczasu): wyrobienie karty (na miejscu!) 5E, bilet niecale 20E (zwroci sie po dwoch przejazdach dziennie i troche). Jedziemy. 



Quartier latin i stacja Gare d'Austerlitz. Wysiadka. Jardin des Plantes od razu wita nas budynkiem, z ktorego przezieraja szkielety (Galeries de Paléontologie et d'Anatomie comparée), ale to jeszcze nie to, nie na teraz, nie na ten wyjazd. Biezymy do Grande Galerie de l'Evolution (7E), gdzie spedzamy upojne 4 godziny ze szkieletami, makietami, wypchanymi zwierzaczkami (takie tam slonie i zyrafy), zwierzecym memento mori, zukami, motylami, owadami oraz innymi okazami, ktore zaczely juz mienic sie w oczach, tak ze czwarte pietro niemal biegiem (no dobra, wcale nie). Z pewnoscia (za) duzo zdjec, ale co tam. Pieknie tam bylo, i dodatkowo oszalamiajaca konstrukcja stali, szkla, wymoszczona pelnoformatowa boazeria — po prostu archetyp XIX-wiecznej biblioteki-muzeum.

Posileni i niezrazeni uplywajacym czasem udalismy sie do oczekiwanej Ménagerie du Jardin des Plantes. Ograniczona przestrzen i liczba zwierzat nie zawodza, dodatkowo umieszczone w klatkach i pomieszczeniach w baaardzo starym stylu. Urocze okolicznosci, sloneczna pogoda (witaj ukapeluszony podrozniku w czasie), moze troszke za malo picia i jedzenia, ale kto mogl sie spodziewac, ze bedzimy tam caly dzien miast jego polowe. Na mile zakonczenie fragment Jardin des Plantes (to tu, gdzie planowalismy byc dzisiaj) i juz jestesmy w domu. Male zakupy (drobne problemy decyzyjne), na obiad-kolacje tarta z porem (leader price, 2,20E), w sam raz, kawa, i na tym nie spoczniemy dzisiejszego dnia, bo dzisiaj juz nie zamierzamy sie nigdzie ruszac!

Radio Nova rzondzi!
http://tunein.com/radio/Radio-Nova-1015-s17696/#






wtorek, 4 września 2012

Paryz — dzien 1. (24 sierpnia, piatek) / Paryz — dzien 2. (25 sierpnia) (sprawdzic)

 

Pobudka: 3:50. Lepiej brzmi — za 10 czwarta. Duza kawa, co by zuzyc nieco mleka. Pol kromki chleba z gorgonzola. Bulka z gorgonzola jednak lepiej. O 4:30 transport. Lotnisko ojej; jakie wielkie! Samolot nieco spozniony, ale i start i ladowanie w porzo.
Jacek Dehnel, Lala. Poczatek moze nienajlepszy, ale powoli mozna dac mu szanse, w koncu jestesmy na wakacjach ilez mozna przewodnikow.
Sen w wersji skroconej, troszke, dopoki kark nie pobolewa (czlowiek jednak jeszcze nie dorosl do tego by wozic ze soba nakarcznik). Ladowanie w Beauvis, chwila oczekiwania na autobus (15E) (nie mozna szamac!) i juz miasto; no prawie ktos znowu sobie pospal przy wjezdzie do. A wiesz, ze czasem jest tak, ze bramka metra nie chce sie otworzyc? Taa, malo zabawne: no i prosze dzis zyczenie, dzis spelnienie. Wreszcie jazda, przesiadka, ladujemy w samym centrum babilonu. 1 cm na mapie = 100 metrow. A my mamy mega bliziutko. rue Récamier niezla kamienica, zjawiskowa winda i klatka schodowa, tyle ze my spimy na poddaszu w pomieszczeniu dla sluzby, szoste pietro, a tu windy nie ma. Jest fajnie, mieszkanie tyci, kibel na zewnatrz, przez okno widac wieze Notre Dame. Fajnie.


Male ogarniecie, a nastepnie podstawowy punkt programu: znalezc sklep nr 1 i nr 2. Wspaniale. Sa oba, oba dzialaja, w jednym zakupy (carefour) na wysokosc 36E, ale i obiad i sniadanie i jedzenie i picie i slodycze mamy juz zapewnione.
Obiad sprawnie, ze spozywaniem 3 kwadranse. Do tego CYDR! Co prawda najtanszy wychodzi 2E za litr, ale my nie bedziemy narzekac. Jest cieplo, jestesmy na wakacjach.
Pierwsza trasa zwiedzanie paryskich wysp. Troche popsula sie pogoda, ale mamy parasol.



Notre Dame bez szalu, ale jednak moze sie podobac. Paryskie ulice wszystkie jednakowe, ale taka jest specyfika duzych miast. Pierwszy rekonesans rozpoznawczy (dziki pies dingo, sztuczny lateks). 4 godziny spaceru, troszke juz wiemy. Wystawy sklepowe ok. Na pozegnanie dnia franprix, danie i napoje. Na kolacje tosty z francuskim serem, tanie (nie az takie tanie) wino, relaks, ladnie, spokojnie, fajnie. Prysznic, radio, internet i znakomicie, niemal pelnie przygotowani jestesmy do jutrzejszego dnia. Uniknelismy niebezpiecznego banana (W. Allen). A ja w ogole nie umiem pisac na tej francuskiej klawiaturrrze. Spaaaac. Tylko ze jeszcze prace trzeba wykonac. Umyc zeby. Spaaac. Juz mi sie podoba: miasto, ulice, domy, kamienice. Smacznie i pelnie. Jak w lodowce.


Odcinek z jaderkiem

Spalem zupelnie posrodku, znalazlo sie tam bowiem idealne wglebienie. Zatem cale lozko dla mnie. Na szczescie jest tez miejsce po boku. Noc niezbyt dluga (pobudka o 8), ale obudzilismy sie na poddaszu obcego miasta, widzimy paryskie dachy, przez rolety wpada umiarkowane pokawalkowane swiatlo. Na sniadanie francusko-amerykanskie tosty (ser + ser) (na peanutbutter bedzie jeszcze czas). Nastepnie szybki marsz w strone turystycznego centrum. Piramidka ok, wejscie ok, bilety ok i jedziemy na 6-godzinna wyprawe wytrzymalosciowa z 6 batonami spozywanymi po kryjomu w kiblu.


Wiec:
przygotowania z siostra Wendy, choc przykrotkie, cos nam uprzytomnily, aczkolwiek oryginaly nie zachwycaly swoja uroda. A, zaczelismy od 2 pietra, przynjmniej bylo luzniej, no chyba ze tam zawsze jest luzniej. Malarstwo religijne, ok, choc po jakims czasie za duzo. Nasz Memling ok, van der Weyden bardzo ok, Francuzi slabo, Holendrzy i Flamandzi na wypasie (m.in. Rembrandt, ale procz tuszy wolowej szalu nie bylo)(mega zestaw Rubensa przesaaaaada). Nie bylo notatek, sa foto bez flasha + sygnaturki q pamieci w ogole eureka: w Luwrze mozna robic zdjecia!
W ramach przerywnika apartamenty Napoleona najwspanialsze wnetrza palacowe jakie widzialem. Przepych i przesyt, ale godne zawieszenia oczu. Obu.



Juz w miare schodzenia ze stanowiska trafilismy na Nike z Samotraki, nastepnie przemarsz przez Wlochow, Angelico Fra jak zwykle sliczny, wole kopie Mony Lisy, Veronese za duzy, juz na wyjsciu Delacroix, David oraz drobiazgi w stylu Edymiona (no, nieco kobiecy, ale co tam). Uff. Przezylismy; I bylismy bardzo dzielni.
Ulica Pyramides, "polska" pani z info dla turystow zalatwione.
Na obiad quiche, potem kawa, lody, frykasy. Zmeczeni udalismy sie wieczorem jeno na zakupy. Plany zrobione. Czekamy na kolejne.
najnudniejszy (aktualnie) film swiata: Le Dernier Tango à Paris (1972)