piątek, 23 października 2009

mpaxx

piątek, 16 października
Na szybko, koszykówka rewelacyjna, były 3 składy po 4 osoby, każdy zespół odpoczywał po 5 minut, walka była ostra, koszykarze wysocy, nabiegałem się co niemiara, na sali był nawet Paweł z byłych CF.

sobota, 17 października
Na 12 pojechałem do oszą, by zajść na działkę Piotra i zabrać się za zbiór winogron. Bardzo smaczne. Można uznać, że mamy własny dowcip:
- Po co niesiesz tę drabinę?
- Idę zbierać winogrona.
Ponieważ te działkowe pną się po domku, na daszku, między iglakami. Zbieranie poszło sprawnie, dostaliśmy jeszcze gruszek, buraczków i selerki z dostawą do domu. Ekstra.
Potem wsiedliśmy w inny autobus, pojechaliśmy do Wrzeszcza na 17 na ślub Olgi, kościół na ulicy Gomółki. Po tej uroczystości wybraliśmy się na romantyczny spacer po baltic center.
Wybrany wirtualnie odtwarzacz mp3 dla Pyszczku prawie był, tylko szukamy wersji 4 Gb:

Wieczorem oglądałem boks i robiłem macherki z winem. To znaczy, jeszcze nieprzepracowane wino z truskawek przelałem do większych szklanych pojemników. Podczas opróżniania owych znalazłem dwie niespodzianki — wino z brzoskwini z 2005 roku oraz ze śliwek — bezdatowe, ale z pewnością stare.
Następnie oporządziłem winogrona i zaaplikowałem do baniaka. Kawał roboty.

niedziela, 18 października
Przez pół niedzieli sprzątaliśmy i nawet zrobiliśmy zupę buraczkowo-selerową. Potem przyszli goście, a Pyszczku bawiło się z dziećmi. Podobno był jakiś mecz Wisła-Lech. A chyba wieczorem zacząłem czytać "Pozdrowienia z Rosji".
I nie dość, że Fleming rozwija się z powieści na powieść, to to tym razem naprawdę mnie zaskoczył. Uogólniając, książki są bardziej "poważne", czyli nie przedstawiają agenta jako szarmackiego wesołka, który z każdej sytuacji wychodzi z ledwo naddartą marynarką, jak w filmach, tylko cynicznego brutala, który w każdej książce dostaje też niezły wycisk. Wrogowie i sytuacje są "na serio". Zatem "Pozdrowienia z Rosji" w dość długim wstępie rysują mroczny, groźny i pozbawiony humoru obraz działania sowieckich służb specjalnych z dosadnymi odniesieniami do politycznej stalinizacji, czystek, obozów pracy za kołem podbiegunowym oraz afery szpiegowskiej z udziałem Burgessa (Guya) i Macleana. Książka wydana w roku 1957. Nic więc dziwnego, że nie mogła trafić do nas zbyt szybko.

środa, 21 października 2009

chicken balls

czwartek, 15 października

Wtorek charakteryzował się jeszcze chicken balls zamówionymi z jadłodalni nudlles (?) — dobre było — oraz porwistym zimnym wiatrem z deszczem, który dopiero zaczął narastać. Na próbie byłem króciutko, co mi się akurat podobało.
***
Zaś w środę od rana rozpoczęła się wichura, która wyrywała drzewka i zrzucała konary. Najbardziej jednak martwiłem się o to, że ten porwisty wiatr zerwie wszystkie liście z drzew. Szkoda.
Potem, jak pojechałem na miasto, obawiałem się, że akurat nie będzie prądu i nie przyjmą mojego wzmiacniacza, który tachałem wbrew przeciwnościom. Na szczęście się udało, a potem zjadłem naleśniki z barze. Z surówką. (akcentuję surówkę).
***
Dotarłem na salę, rozpakowałem się, tym razem nie było tak komfortowo, gdyż zapomniałem okularów. Ponadto, po tak ekscytującej poprzedniej sesji jasne było, że nie da się utrzymywać takiego poziomu entuzjazmu. Ale dokończyłem nr 3 i w całości zrobiłem nr 4. To te najdłuższe, najbardziej "techniczne", pozostał jeszcze "foo fighters". Oczywiście będą następnie jeszcze dogrywki do wokalu i inne historie, ale gitary rytmiczne postarałem się sprawić rzetelnie. Nawet jest kilka dodatkowych elementów, których nie uwzględniałem wcześniej, a nieco ubarwiają jednolitość zagrywek.
***
Meczu na pustym śląskim nie oglądałem w ramach mojego prywatnego protestu.

wtorek, 20 października 2009

Big Band Bossa Nova

Quincy Jones — Big Band Bossa Nova (1962) — mógłbym słuchać niemal naokrągło. Może dlatego (czemu?) kojarzy mi się z filmami z agentem.

No proszę, nawet szyderstwo można podać w intrygujący sposób!
serwis porcys i dział prezentujący polskie piosenki:
Kult, "Marysia"
autor: Kacper Bartosiak
Dinozaur Stegozaur ważył ponad trzy tony, a mózg miał rozmiarów orzecha włoskiego.
***
Ładna okładka: wtorek, 13 października
No i zapomniałem o moim codziennym serwisie pogodowym. W poniedziałek było mroczno, ale w drodze do pracy nie padało. We wtorek też nie, ale było chłodniej i wietrzniej. Za to w godzinach późniejszych aura szalała - deszcze, zawijasy, nawet wyglądało to na jakiś śnieg z deszczem. A oprócz tego antrakty na słońce i kolorowe promenady kłębistych chmur. Taaak.
***
W niedzielę "Diamenty są wieczne" by Fleming przeczytałem (to tam wyczytałem zapomniany wyraz tender!), w poniedziałek "Diamonds are forever" by Guy Hamilton obejrzałem, a dzisiaj, jak będę wracał z Gdyni posłucham. Endriu mnie poprosił o zaśpiewanie "Farelki", więc mu nie odmówię — on ma mikrofony, he he.
Ponadto przyda mi się małe oderwanie od cotygodniowej rutyny, na próbę dojadę później, a może nawet zdążę do baru w Gdyni. Specjalnie na tę okazję ubrałem moją kowbojską koszulę. Nie do baru. Do ucha.

czwartek, 15 października 2009

weekend

niedziela, 11 października

W piątek były sporty na sali, tym razem większość skupiła się na siatkówce, w kosza grały same leszcze, więc poziom nie był zbyt wysoki. Ale trochę ruchu nie zaszkodziło.
***
"Cronos" Guillermo del Torro jednak był rozczarowaniem. Sam pomysł niezły, wykonanie już gorsze, końcówka w stylu amerykańskiego kina klasy B, jakby jedna z realizacji powieści Stephena Kinga. Jakie więc szczegóły decydują, że reżyser wypada słabo albo wypada genialnie? Na pewno w tym wypadku też kasa, nie było jej wystarczająco dużo by stworzyć przekonujące dekoracje, odpowiednią charakteryzację postaci (vide "El Labirynto").
Jest zestaw filmów, które ukształtowały moje dzieciństwo, więc pewnie też mnie samego. Takie, które mógłbym oglądać na zawołanie niemal zawsze. Wiadomo, że skoro jako pierwszoklasista widziałem "Star Wars: New Hope" na seansie o 16 w kinie Kosmos na Oruni, kiedy wujek, Wiecho podebrał mnie ze świetlicy za 10 szesnasta (za pierwszym razem nie było łatwo, pani nie chciała puścić dziecka z obcym facetem — później był to już pewien zwyczaj), to już żaden film w przyszłości nie mógł na mnie wywrzeć większego wrażenia. Star Wars był przełomem nie tylko w kinie. Z tych wczesnych sesji szczątkowo pamiętam jeszcze inne filmy sf, na pewno "Godzilla kontra Mechagodzilla". Z kolei na "Poszukiwaczach zaginionej arki" byłem z matulą. Zaś na "Obcy, decydujące starcie" byłem z kolegami z klasy. Oni już widzieli film wcześniej, ja zaś miałem potem koszmary w nocy. Ale to doświadczenie nie jest odosobnione — Johny mówił, że bali się później wracać do domu ciemną ulicą.
Tak więc wyglądała moja edukacja filmowa — nie do przecenienia jest fakt, że będąc dzieckiem miałem okazję oglądać narodziny serii Star Wars, miast wychować się na "Wojnie klonów".
Może mógłbym jeszcze dorzucić "Terminatora", "Rambo" i "Rocky'ego" — ale równie dobrze mógłbym wymienić "Gorączkę sobotniej nocy", "Sprawę Kramerów" czy "Butch Cassidy i Sundance Kid" (pisowni tego tytułu nigdy nie byłem pewien), albo "Karateków z kanionu żółtej rzeki" i innej rzeszy bezimiennych filmów o indianach czy walczących mnichów z Shaolin — część nie przetrwała próby czasu, zaś część — nieutrwalana — nie zdołała stworzyć kanonu.

Co prawda Pyszczku mówi, że nie można cały czas oglądać Gwiezdnych Wojen i Indiany Jonesa — ale z tym bym polemizował.
Wiadomo, że na "Ósmego pasażera Nostromo" byłem za młody, zaś w pewnej chwili zajarzyłem, że Alien 2 jest jeno wtórną strzelaniną, która siłą rozpędu bazuje na dekoracjach wymyślonych pierwej.
Niemniej, "Alien", na wypasionej ostrości obrazu, oglądany w nocy z piątku na czwartek, okraszony nazwiskami (Ridley Scott, John Hurt, Ian Holm, Yaphet Kotto — pamiętny Kananga z "Live and let die", Jerry Goldsmith — muzyka), robi wrażenie, nawet jeżeli się wie, co sie stanie z przebudzonym ze snu Johnem Hurtem.
Szczególnie wyjątkowe wrażenie robią syntetyczne dźwięki wszelkich możliwych urządzeń elektronicznych i mechanicznych, którymi napakowny jest statek kosmiczny, umieszczone w różnych miejscach stereo, do tego niepokojąca muzyka symfoniczna, co do której nie miałem pojęcia, że tam w ogóle jest.
I oczywiście cała scenografia, pełna szczegółów, detali o niecodziennych kształtach, fantastyczny montaż na początku filmu, przywołujący na myśl "Odyseję kosmiczną".


Mimo nocnego seansu wstałem w sobotę o 8, zaliczyłem masarnię — znów będziemy mieli pieczyste na pół tygodnia. Pyszczku skoczyło na miasto, ja skoczyłem na kawę do kuchni. Na dworze był lekki chłodek, ale było słonecznie i zachęcająco. Uzbrojony w rękawiczki postanowiłem sprawdzić, czy działa jeszcze stary zakład rowerowy na dolnej/górnej Oruni na ul. Diamentowej. Biblioteka publiczna oraz weterynarz jeszcze tam są, ale zakładu już nie ma. Trzeba będzie poszukać gdzie indziej. Wyjechałem o 11, wróciłem o 13, by zrobić obiad. Niechętny zmianom zrobiłem tradycyjną trasę na Dolne Miasto — stare, sypiące się kamienice w sobotni słoneczny poranek wciaż wyglądają pięknie, tym razem zaszedłem do antykwariatu na ul. Łąkowej i kupiłem dla Pyszczku Koontza za 5 zeta. Wróciłem inną trasą, przez zaplecze dolnej Oruni, zobaczyłem nową pętlę autobusu 123, nową, he he, kiedyś w ogóle tam autobus nie dojeżdżał, ot, szła mizerna asfaltówka dalej, na działki.
***
Wieczór zastał nas u Duszków i meczu piłkarskim — wiara w narodzie jednak nie zaginęła. Ja osobiście wolałbym, żeby ktoś tym kopaczom spuścił niewiarygodny łomot, jakieś 6-0, żeby był wstyd, a potem ich formalnie wybatożyć, jak to kibole czasem wpadają na trening swojego klubu i łamią nogi graczom nie za bardzo przykładającym się do pracy — takie radykalne zapędy, jakie oczywiście mam w zanadrzu. Tymczasem nie dość, że wylosowałem wynik (0-2 dla Czechów), to jeszcze było tak, jak się spodziewałem, było mizernie, słabo, nudno, fajtłapowato. Nawet ta pierwsza bramka wyraźnie oddawała nastrój meczu, przy błędzie dwóch obrońców, piłka jakoś minęła bramkarza i odbijając się od słupka ledwo wtoczyła się do bramki. Właściwie, to momentami było tak, jakby wskazywało, że kopacze naszej narodowości nawet się odrobinę starali, ale ich umiejętności i możliwości są tak żenująco niskie, że ich mizerne wysiłki po prostu nie mogły przynieść jakiegokolwiek skutku.
***
Tu miałem inny fragment, ale i tak się polało w sieci i tv tyle jadu — że nie miało to sensu. Inna myśl mi przyszła. Że taki Stefan Majewski przez pół życia marzył, żeby być trenerem kadry. Co prawda jego koledzy z boiska zaletami nie grzeszą, ale to w końcu koledzy. I Stefanowi stał się cud — spełniło mu się jego marzenie. Może nie tak jak chciał (może rację mają tacy, którzy twierdzą, że spełnienie marzeń to przekleństwo). I po prostu to nie jest jego wina, że ma za małe umiejętności. Jedni chcą grać na gitarach, inni chcą trenować. A że bozia talentu nie dała.
***
Być może rację mają Ci, że skłonność do malkontectwa i narzekania w naszym narodzie jest nadmierna i przynosi wiele szkody. Ale jakże szkoda, że tak mało budujących przykładów rzetelnej pracy przynoszącej wymierne korzyści mamy w naszej rzeczywistości, począwszy od szczytów władzy, a skończywszy na nizinach władzy, bo sport to jednak władza. Może nawet lepsza, bo państwo w państwie do rządzenia łatwiejsze i mniej ludzi trzeba obdzielić.
***
Argentyna wygrała! Ci to dopiero mają kłopoty. Mieć takich graczy, mieć takiego trenera (to oczywiście nieszczęście), ale to tak jakby nagle reprezentację poprowadził Piłsudski — nikt by nie powiedział nie. (Swoją drogą to ciekawe, w naszym środowisku nie ma ani jednego legendarnego piłkarza, który by się nie spalił, nie zbłaźnił, nie umoczył, który w narodowym na selekcjonera plebiscycie wygrałby zdobywając 90% głosów). (przypominam, Smuda nie jest legendarnym piłkarzem, a Kasperczak prowadził Górnik w zeszłym sezonie, hi hi).
Gola na wagę 3 punktów zdobył Martin Palermo (zabawne, gola — wydawałoby się na wagę remisu i płaczu milionów Argentyńczyków zdobył Rengifo — ten piłkarz zesłany przez włodarzy Lecha do Młodej Ekstraklasy, ot ironia), piłkarz 35-letni, którego powołania w ostatnich meczach wzbudzały tyle negatywnych dziennikarskich głosów tamże. Piszę o tym, bo mam do tego piłkarza sentyment (niekoniecznie związany z jego wiekiem, he he), gdyż w zamierzchłych czasach byłem świadkiem jego spektakularnego występu na mistrzostwach Ameryki Płd., czyli niestrzelenia 3 karnych w jednym meczu. Owszem, finezją to on się nigdy nie odznaczał, ale jest rekordzistą pod względem bramek w lidze, jakimś rodzajem grającej tam legendy. Wtedy widziałem to na własne oczy, o szaleńczej porze, gdzieś między 1 a 3 w nocy. Takich rzeczy się nie zapomina. No proszę, Martin Palermo.



środa, 14 października 2009

żart taki

moja kreatywność nie należy do wyjątkowych, ale też nie mam zahamowań przed ujawnianiem tegoż, zatem przeterminowany żart obrazkowy:




love me

wtorek, 13 października 2009

taki koleś!

piątek, 9 października

Wypogodziło się. Niebo niemal czyste, co skutkuje też niższą temperaturą. Dosyć wietrznie, więc czapka się przydała. Po wczorajszej ulewie potok oruński wciąż pędzi wartką wodą, a gęsta roślinność, która zdążyła się zakrzewić i niemal w całości pokryła jego dno, teraz położyła się zgodnie z kierunkiem jazdy. Ogólnie jest jeszcze stosunkowo zielono (przynajmniej w okolicach wądołu strumykowego, chociaż kolory już infekują liście drzew.
Jak ma w opisie skype kolega z pracy: "...i chłodnym wiatrem zamiata jeszcze ciepłe ślady lata".
He he. Wrażliwiec.
***
No i było tak. Pojechałem na Wrzeszcz, zakupiłem płytę 8,5 giga, którą zmarnowałem na HDTV "on her majesty" - znowu te cholerne ruskie! Kupiłem również pudełko na płytę dvd — do sprawdzenia. Zaszedłem do starej organizacji, która niegdyś naprawiała magnetofony, wieże, adaptery i takie tam. Spytałem się i mogą polutować poluzowane wtyki mojego wzmacniacza wokalowego — dobra nasza.
Następnie na sali zorganizowałem sobie wygodne stanowisko, żadne tam na klęcząco, czy w kucki — z gitarą na ramieniu, ekran niemal przed moimi oczami, myszka pod ręką, piec obok. Niemal komfortowo.Ustawiłem gitary i mikrofon i zabrałem się do pracy. Z basem poszło zaskakująco lekko. Okazało się, że swoje zagrywki mam w trzewiach, więc odcyfrowanie, co zagrałem na tym basie 3 lata temu zajęło mi chwilę i zagrałem poprawne partie adekwatne do zarejestrowanej Pawłowej perkusji. Więc najbardziej grunge'owy numer z sesji ITNON ma już podstawę basową, łącznie z charakterystycznym zwolnienie. Na sprzężenia na gitarach czas przyjdzie później. Uwaga! Zrobiłem kilka poprawek.

W dalszej kolejności trzeba było w końcu opracować "Brainstorm" Hawkwind, co okazało się nietrudne, podkład pod wokal już jest, później zajmiemy się aranżacją — poprzestawiamy sobie zwrotki i refreny.
Uznałem, że jestem z nastroju na sztandarowe riffy ITNON, więc do dzieła. Początek poszedł łatwo, na szczęście chwyt ów zapamiętałem, sztuka polegała jedynie na tym, by go dobrze nagrać do perkusji. I tutaj — brawa — nagrywałem ścieżkę za ścieżką, by uzyskać satysfakcjonujący efekt.
Jeżeli ktoś nie wie, nie pamięta, to przypomnę, że sztuka nagrywania Vreena polega na tym, że taśma leci, nagrało się? ok, przesterowało? może troszeczkę, jest nierówno? nieważne, grunt, że się nagrało, potem się przytnie — liczy duch i nastrój nagrania, przecież nie będę powtarzał!
A tutaj, nie dość, że kilka razy, to jeszcze wykasywałem mniej udane próby, nie licząc na to, że coś się doklei w przyszłości. Z drugim patternem nie poszło lekko, ponieważ siłowe granie nic nie dawało, aż byłem zdziwiony, że wstępne gitary udało i się tak równo i selektywnie nagrać. Być może to efekt tego, że metronom jest przewidywalny i wystarczy po prostu równo grać. Do perkusji trzeba co nieco uważać. Ale istota rzeczy polegała na tym, że w tym fragmencie należało grać leciutko kostką — bez obaw o to, że będzie za cicho. Potęga tegoż riffu brzmi w jego dynamice, więc kiedy już to wyjarzyłem, to mogłem jechać ścieżkę za ścieżką — z reguły nagrywam je 4, z czego rozkładam je po dwie w panoramie, co symuluje po prostu dwie gitary z jednym, masywnym brzmieniem. Zresztą kwestię miksowania zostawiam na później, a brzmienie będę modyfikował w korekcji podczas miksowania.

Szło całkiem nieźle, doszedłem do I refrenu, gdzie napotkałem ciekawostkę, polegającą na szybkim przejściu, które kończy się wcześniej, niż przewiduje pełny zestaw taktu na 4. Wiadomo, tego normalnie nie słychać, perkusja jest rozpędzona, numer ma drive, ale weź tu zagraj, skoro następny akcent nie wychodzi na raz, ale na 3 z kawałkiem. Ale i temu podołałem. Będę musiał zajrzeć, jakiej korekcji użyłem przy pilotach gitary, gdyż ich brzmienie jest całkiem trafione, ale rzeczywiście pilotów nie można użyć — nie pasują do perkusji.
I już pod koniec, kiedy rozpoczął się motyw spokojny, wpadłem na pomysł innej zagrywki, która rytmicznie pasuje, a chyba jest mniej kaszaniasta niż pilot. Nawet nastrój lekkiego indie się zrobił w tym fragmencie. Całkiem udanie to wpadło.
Podsumowując, jestem piekielnie zadowolony z efektów tej pracy. Odczuwałem, jakbym w końcu znalazł się w miejscu, którego mi brakowało. Co dość dziwne, w końcu niedawno nagrywałem perkusję (sierpień?). No dobra, trochę czasu minęło. Ale może to chodzi jednak o gitary i efekt realizowania. Ustawiasz poziomy, wciskasz record, grasz, sprawdzasz, poprawiasz, widzisz nowo powstające grube, czarne parówki — się nagrywa, się żyje!

poniedziałek, 12 października 2009

Columbus meets Arszyn

Kto miał czytać, już przeczytał, pora na resztę świata, w końcu miałem opisać tę płytę.
Kwestia podstawowa — z mojego punktu widzenia — mówi, że materiał jest nierówny, bo dzieli się na 2 (nierówne) części: jedna to "tradycyjne" (jak na Swobodów) granie zakorzenione w dotychczasowych minimalowych dokonaniach Columbusa (wszelkie składy), a nawet (tu pewne zaskoczenie) w prehistorycznych czasach Thing (noise, Jesus Lizard i te sprawy), druga to niezwykły (jak na Swobodów) wybryk muzyczny (nie wiem w jakiej części będący kreacją Karola Schwarza jako miksującego materiał) obejmujący quasi indie-rockowe (!?!) rockowe zajawki z klimatem przywołującym dokonania sopockiej Ścianki (a jest jakaś inna?).
***
Co do pierwszego sortu nie mówię, że mi się nie podoba, ale jednak już takie rzeczy słyszałem, tyle że teraz nosi to w miarę wyraźne znamię Topolskiego (szczególnie pitu pitu na blachach). Co do sortu drugiego to podoba mi się szalenie (choć akurat też już słyszałem, bo chwalił się tym Irek wcześniej) (ale wcześniej też mi się podobało). I tu jest pewien dysonans między nowością na tej płycie, a czymś co obecnie nie jest rozwojowe.
***
Tak więc element zaskoczenia wiąże się głównie z "nowym wizerunkiem" Columbusa, choć zdarzają się również smaczki w układzie płyty, np. "klasyczny" trwający 1,5 minuty rzeźnicki noise, który w następnym numerze okazuje się podstawowym fontem całkiem konceptualnej "piosenki" z melorecytacją Pawła Paulusa Mazura.
Następnie - długość płyty: płyta nie jest długa, co sprawia, że raczej nie da się odczuć zmęczenia materiału (może oprócz tego ponad 7-minutowego jazgotu), a materiał jest ciekawy. Jednakże po przesłuchaniu zadaję sobie pytanie: "to już"?
I tu przechodzę do następnej kwestii, że wbrew bogactwu instrumenatalnemu każdego członków tria udało się wygenerować w sumie 3 świeże numery (miksowane przez Schwarza), reszta zaś stanowi slow-core'owo-jazzowo-avant-experimental magmę, która najwyraźniej jest domeną Irka Swobody (tak można wnioskować, ponieważ to on miał pieczę nad miksowaniem poprzednich materiałów zespołu).
Więc odczuwam pewien niedostyt, że nie ma więcej stricte rockowych killerów nad te, które są obecne, że nie ma popisów instrumentalnych (np. Topolskiego, skoro już zasiadał na perkusji), że jak na tę współpracę (i jej możliwości), w sumie ostało się mało materiału.
***
I chciało by się, aby płyta była maksymalnie "odjechana" w jedną stronę: np. Columbus nagle wypuścił "popową" (jak na ich standardy) płytę, która oburza dotychczasowych fanów, zdobywa rzeszę nowych, umiarkowanych fanów, którzy są zaskoczeni dotychczasową muzyczną historią zespołu.Ale przecież dzieło muzyczne nie jest zestawem braków i wyobrażeń na jego temat, ale sformalizowaną konstrukcją, która w tym kształcie mimo wszystko się broni: zespół zachował twarz (czyt. swój styl), pokazał też nową twarz (może czasem zbyt wakacyjną dla niektórych), zrobił to w sposób poprawny, chwilami zahaczając o wybitność, nie zanudził, zcalił charakter trzech indywidualności, stał się bestsellerem serwisu "Serpent".
***
A po ostatnie, nagrania pochodzą z 2006 roku, co do których już nikt nie miał nadzieji, że prace zostaną zakończone, a ich wyniki się ukażą. Columbus Duo ponownie od długiego czasu jest duo, czas zatarł ślady działalności tego trio, zatem pozostaje nam się cieszyć, że materiał jest i nie zawodzi.
Jeszcze spoglądając na poprzednie dokonania, "Storm" niesie w sobie tajemnicę ("Vitre", "Basses"). Jest mroczne, stonowane, zwolnione, narastanie grozy naprawdę robi wrażenie. Ha! Być może szumy i trzaski wprowadzone elektronicznie ("Mara") lepiej sprawdzają się w ponowoczesnej rzeczywistości niż generowanie hałasu za pomocą archaicznego zestawu gitarowo-perkusyjnego?
Być może to wynika z tego, że "Storm" wypływa bardziej z "Hand Made", które ze względu na "morskie opowieści" bardziej mi się podobało ("Motherfucker", "Takemura").
ps. ha, mówiłem, że jak Luke Skywalker