piątek, 15 maja 2009

w jadalni

Póki jeszcze pamiętam, to w zeszłą środę (6 maja) odwiedziłem w domu Jerzego, który był wyraźnie w nastroju wyciszenia po traumatycznych wydarzeniach. Jechałem rowerem poprzez deszcz, trochę zmarzłem, ale nie było to coś, czego nie można przeżyć.
***
Zaś w czwartek (7 maja) mieliśmy występ, którego nie zdążyłem jeszcze przetrawić, aczkolwiek bawiłem się do późnej nocy. Tradycyjnie zwożenie i znoszenie sprzętu. Potem rozkładamy się grzecznie w kąciku (przy okazji kolejny przykład głupoty, właściel zobaczywszy przody Endriusa już zdążył się zaniepokoić, czy nie będzie za głośno, nie usłyszawszy jeszcze ani jednego dźwięku — kretyn jeden), po czym zaglądając do skrzynki Endriusa zadaję sakramentalne pytanie:
— Endriu, a gdzie masz mikrofony?
A więc Wojtas z Endriusem pojechali, co zajęło w sumie jakieś 20 minut i przesunęło występy z 20:30 na 21.Samo występowanie było niezmiernie śmieszne, dźwięk wystawiony "na zewnątrz" ponoć nie odbiegał od tła muzycznego, które wcześniej leciało. Więc dla kotleciarzy, coś tam sobie w tle było. Nasze odsłuchy symulowały dwie kolumienki z wieży Endriusa, maleństwa takie, więc w sumie słyszałem z nich tylko podkład i nasze wokale, a za cholerę basu, czy gitary. Lecieliśmy raczej na pamięć, ale nastrój był.
W przerwie naszego występu z Wojtasem Endriu w przebraniu Enrique zagrał kilka przebojów Feela i innych takich. Drugi set poszedł nam sprawniej, całkowicie na żywo wykonaliśmy nowy numer Wojtka. Dobrze, że był Michał, to inicjującym oklaskiem dawał znać, kiedy kończyły się piosenki, heh. Ale oceniam to raczej pozytywnie. Z tak dobrymi podkładami nie można się pomylić!
Jako JZTZ (tym razem bez Macieyi, który nieustająco poświęca obecny czas na pracę/ślub/magisterkę) polecieliśmy wstępniaka z JustynąM, a następnie zestaw naszych złotych przebojów. Teoretycznie było słychać teksty i ktoś ich słuchał. Na sam zjazd Endriu jeszcze coś porzeźbił, ale zebralim się, dostalim kasę i jeszcze mnie Wojtas odwiózł do domu. A w domu totalne szaleństwo. Do jakiejś drugiej w nocy oglądałem "From Russia with love" dobrze się przy tym wczuwając w nocny nastrój. Skoro miałem na 12 do roboty — czemu nie zaszaleć? Szaleństwa, szaleństwa...
pisałem o występie TCIOF, to po części mogę im zwrócić honor, bowiem nagranie studyjne "Red Rocker" (którego wcześniej nie słyszałem) zawiera wszystko co najlepsze we współczesnym inteligentym pop-rocku — genialne (ale studyjne zawsze lepiej im wychodziły)
***
zalegam sobie jeszcze fotami z występu w cockneyu — następnym razem

środa, 13 maja 2009

Cymbals Eat Guitars

Cymbals Eat Guitars — Why There Are Mountains (2009)
słuchaliśmy w wozie, wracając z próby KA (prawie jak AA)
najlepszy kawałek tzw. indie-rocka w stylu Modest Mouse, Built To Spill i Pavement od czasu ich samych
przynajmniej początek, to full wypas
***
sobota cd.
Skarbie było dzielne i wypatroszyło oponę, wspólnie umieściliśmy nową dętkę i szczęśliwie wyruszyliśmy. Zajechaliśmy na Kowale, chcieliśmy dotrzeć do Bąkowa, ale jakoś zgubiliśmy się w polu, więc szosą trafiliśmy do Straszyna. Poczucie vis-a-vis?
Żeby już nie gubić się w temacie, podążyliśmy "wczorajszą" pieszą ścieżką (z małą modyfikacją, ale i tak zgubiliśmy żółty szlak), by trafić do Otomina. Stamtąd już "końską ścieżką" do autleta i do domciu. Zmachalim się, ale trasa była niewąska. Skarbie głównie bolały dłonie od intensywnego hamowania niehamującymi hamulcami. Więc przez resztę weekendu mieliśmy wypoczyn.
***
Głównie nadrobiłem notatki z sezonu nba 2008/9, kilka kwestii już zapomniałem, w końcu stan przed play-off wiele zmienił w notowaniach (kontuzja Garnetta). Potem zaś odrobiłem kilka magazynów inside nba oraz zeszłoroczną drogę Celtów do mistrzostwa (takie amerykańskie filmiki gloryfikujące chwałę sportowców są specyficzne), więc poczułem się naprawdę na bieżąco.
A sytuacja obecnie wygląda tak:
Cavs-Atlanta 1-0
Bos-Orl 1-1
Lal-Hou 1-1
Den-Dal 2-0
z tego wszystkiego Denver wygladają najbardziej w gazie (no oprócz mvp Lebronka, dla którego brak mistrzostwa w tym roku będzie już pewnym rozczarowaniem). Wydaje się, ża Cavs nie mają konkurencji na wschodzie, zaś zaskakująca jest postawa Celtów, którzy I rundę play-off przebręli po 7-meczowej serii, z której każdy mecz (oprócz ostatniego) kończył się co najmniej 1 dogrywką. Na tle Orlando wyglądają naprawdę jak mistrzowie (szczególnie come-backów i motywacji), powoli zaczynam wierzyć, że na ew. finał KG mógłby się wykurować. Gortat gra ogony, ale efektywne.
***
Czeka mnie rozprawa wspomnieniowa o finałach nba, które widziałem na własne oczy — jednak takie nocne ogladanie przynosi o wiele mocniejszą formę zaangażowania (a może kiedyś finały były lepsze?).
***
poniedziałek, 4 maja
próba u Endriu, pojechałem rowerem, ale zimno było, pogoda się popsuła
wtorek, 5 maja
psuła się jeszcze bardziej, ale deszcz nie chciał spadać — może znowu w sejmie muszą się pomodlić?
próba KA była o tyle fajna, że wymyśliliśmy naprawdę fajny kawałek (chyba pierwszy popowy od czasu "farelki"), na dobrym riffie i spokojnym bicie, z milutką linią refrenu, we zwrotkach Nicolas robi wokalny miks Presidents of the USA oraz EELS — dobrze przy tym się bawiliśmy
widziałem jak Manny (brzydal) rozwalił w 3 rundy rudzielca Huttona — to było strasznie śmieszne (biorąc pod uwagę przedmeczowe zapowiedzi). Manny miał fajny letni kapelusz z przewiewnego materiału/siatki/słomki (?)

czwartek, 7 maja 2009

środa, 6 maja 2009

majoowka

piątek, 1 maja
Tydzień był intensywny, jeszcze w czwartek pożyczyłem rower od Joanny w celu wypróbowania, pojechałem na Niedźwiednik, gdzie ćwiczyliśmy — rower właściwie hamulce ma tak samo słabe, no i przerzutki są trochę rozregulowane — przeskakują.

Przedkoncertowa próba z Wojtem bez zarzutu — przygotowani jesteśmy jak starzy, na granie do kotleta będziemy mieli jeszcze dwa nowe numery; potem — chyba po trzech browarach — dymałem pod górę na Morenę, i kiedy się udało i już zjeżdżałem mostem do kerfura okazało się, że złapałem gumę w tylnym — katastrofa! Więc do przystanku i autobusem do domu. Pech no, w pożyczonym rowerze, którym mieliśmy się bujać na weekend.

W piątek szybka pobudka — żeby zdążyć na pks. W dużej mierze martwiłem się, jak wypadnie Gortat, jeżeli zagra w pierwszej piątce, na szczęście tuż przed wyjściem telegazeta udzieliła mi potrzebnych informacji: Gortat grał 40 min, 11 pkt, 15 zb. i Orlando pokonało na wyjeździe 76ers i awansowało do II rundy (4-2).

Zejście przez park na Orunię Dolną pospieszne, ale udało się wsiąść we właściwy autobus, którym pojechaliśmy do Straszyna. Ekipa podobna do zeszłorocznej i ruszyliśmy w trasę obok zbiornika straszyńskiego, w las, częściowo zółtym (bursztynowym) szlakiem do Bąkowa, stamtąd znowu przez las, w towarzyszeniu ścieżki rowerowej, która prowadzi do Jeziora Otomińskiego, skąd — już dla nas znaną trasą — do wiochy, której nazwy nie pamiętam, po czym Piotr porowadził naszą czwórkę koło nowo odkrytego cieku wodnego, a reszta poszła prosto. Łącznie jakieś 15 km, ale zeszło nam raczej długo (niemal 5 ha). Na działce tradycji stało się zadość, z Jaśkiem robiliśmy grilla, wsuwaliśmy wszystko co się dało, trochę grzaliśmy się na słońcu (jednak zimny wiatr towarzyszył nam w drodze i na działce), po czym wróciliśmy autobusem do domu, przez Gdańsk Główny (działka jest po drugiej stronie oszą, w pobliżu wiaduktu).

Może być, że wieczorem oglądaliśmy jakiś film. Może być, że Allena. Może być, że był to "Zelig". Całkiem sprawnie zrealizowany, oparty na znakomitym pomyśle. Ale może być, że to wcale nie było w piątek wieczór.

sobota, 2 maja
Ponieważ poprzedniego dnia udało się przeprowadzić odpowiednie rozmowy, to rano pojechałem na Chełm do Romka — brata Piotra — i wziąłem nową dętkę. Przy okazji, w ramach wspomnień, na chwilkę zajrzałem do domu Dziadka, nastąpiły jakieś kosmetyczne zmiany, ale ogólny wizerunek się nie zmienił. Najbardziej mi szkoda tych drzew w ogródku przed domem. Tak łyso jest.


czwartek, 30 kwietnia 2009

Bert Kaempfert

no patrz, jest taki gość: Bert Kaempferti
specjalizuje się w easy listening zaaranżowane na orkiestrę, big band oraz dodatkowe instrumenty, okazało się, że "stranger in the night" to jego numer, a płyty to składankowa klasyczna klasyczność — niewiarygodna przyjemność słuchania(przypomina co bardziej frywolne kawałki Johna Barry'ego, np. z "Dr No")
środa, 29 kwietnia
Zacznijmy od tego, że w sobotę oglądaliśmy jeszcze całkiem ekstra nieordynaryjny film "Jabłka Adama". Duński. Zdaje się, że drugą główną rolę grał znany z 007 LeSzyfr. Film niezwykły nie tyle w treści, ile w przekraczaniu ukazywania ludzkich postaw i postaw wobec tych postaw. Momentami wyglądało to jak żart błyskotliwego scenarzysty, ale przecież przedstawiono tam multum spraw ważkich, a jednocześnie z niezwykłą ironią, czasem nawet sarkazmem. Zdrowy film. Kameralny, ale profesjonalnie skrojony w full kolorze, z poetycko-mitologizującymi ujęciami. Żadnej fuszerki, czy polskiego teatru telewizji. I niech nikogo nie zmyli tekst:
— Jedziemy do Indii, bo tam dziecko z zespołem Downa nie będzie się tak wyróżniać.
Acz, taka odwaga cechuje cały film. Byłem pod wrażeniem.

Zaś w niedzielę (26.04) wpadłem na genialny w swojej prostocie pomysł. Nastawiliśmy babkę ziemniaczaną, a potem Skarbie na rower, kocyk i browary do plecaka i poszliśmy/pojechaliśmy na kwietniową majówkę. Parę kroków od naszych bloków, na zaplecze parku, na nasłonecznionej stronie wzgórza, gdzie można znaleźć nieduży fragment płaskiego terenu. Zabarłożyliśmy tam niemal dwie godziny, w pełnym oszałamiającym słońcu, czasem owiewani wiatrem, rozdziani do przyzwoitych elementów. Widzieliśmy nawet fantastycznie zieloną jaszczurkę, na polskie warunki gigant — miała ponad 10 cm. Skarbie — choć niechętna niedzielnemu wychodzeniu z domu - pomysł się spodobał. I pierwszy kontakt z rowerem niestraszny. Ba, nawet zachęcający. Być może poszukamy drugiego używanego rowera. Być może jakimś razem gotowy obiad wyniesiemy na świeże powietrze, na majówkę.

Skoro trasa już wypróbowana, to w poniedziałek (27.04) na próbę do Endriusa wybrałem się rowerem. Poszło sprawnie, nawet przy okazji zaśpiewałem "oryginalny" wokal do "Farelki" w wersji disco. Endriu był kierownikiem.

We wtorek (28.04) Johny zachorzał na zatoki, więc teoretycznie próba okrojona, ale Nicolasowi nie chciało się ruszać, więc zaprosił mnie do siebie. Podymałem rowerem. Było sprawnie, bo od Gdańska po Oliwę prowadzi wygodna ścieżka rowerowa, więc komfort jazdy jest. Zajęło mi to godzinę. Na miejscu Nicolas głównie zajmował się kuchceniem, i wypichcił zupę z bakłażanów, następnie sajgonki. Okazało się, że z niego niezły łasuch. Zanim więc zabraliśmy się za "krytyczną ocenę" występów zespołu na żywo na podstawie dostępnych filmików z koncertów zrobiła się 22, a potem 22:40. Paliliśmy nawet tytoń, choć nienawykły do tego jestem. W drodze powrotnej grzałem ile wlezie, ale specjalnie mnie to nie przyspieszyło. Do domu zajechałem baaaardzo późno.
A teraz uwaga: w jaką grę (głównie/jedynie/nałogowo) gra Nicolas?
W Heroes, tyle że IV. Ha!

Środa znowu nie widziała mnie za bardzo w domu. Pojechałem do Karoliny, aby z Jaśkiem "pograć" trochę na gitarze. Więc znowu umiem grać "Autobiografię" oraz nauczyłem się "Baśki". Co ciekawe, gra szła do metronomu, urządzenia, którego prawie nigdy w życiu nie używam. Oczywiście zostaliśmy obdarowani pełnym zestawem obiadowym — nawet na wynos. Jako bonus — tokaj.

Uff, tyle zdarzeń, aż jestem trochę od nich otępiały i nie wiem jak się odwdzięczać. Może odpocznę jutro w robocie.

Ponieważ teraz wydarzenia z play-off dzień po dniu, to: Pistons odpadli gładziutko 0-4 z Cavs; Lakers bez problemów popchnęło Utah 4-1; dosyć zaskakująco Spurs po raz pierwszy od czasów Duncana (11 lat?) odpadło w I rundzie, zaskakująco, bo z Dallas już 1-4. Reszta par wciąż się mierzy, najbardziej zażarta jest seria pociętych kontuzjami Boston i młodych Chicago — same dogrywki i rzuty w ostatnich sekundach. Z innych ciekawych wydarzeń Denver w jednym meczu (na 3-1) rozgromili NO Hornets w ich własnej hali różnicą prawie 60 pkt. Jest nawet ciekawa idea o nowych Bad Boys

a to osowiałe zwierzę nazywa się koszatniczka
***
łał, jaka futurystyczna wizja (a propos świńskiej grypy) — pierwszy post z góry:
http://prawda2.info/viewtopic.php?t=6342
(nie pójdę po żadne żarcie do wojskowych!)
(zresztą, ci od nas prędzej sprzedaliby te zarażone żarcie na rynku, niż rozdawali za darmo = w Polsce to nie grozi)
no to Dobranoc!

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

JAK ZWAŁ TAK ZWAŁ

sobota, 25 kwietnia

broda mi pachnie słońcem, powietrzem, gran derbi i sobotą
pod wpływem zewnętrznych warunków atmosferycznych sztywnieje, a zapach zostaje w niej na dłużej
wczoraj po robocie byliśmy na relaksującym hiszpańskim, a potem na imprezę do Marii; jej mąż jest bratem Michała z roboty; mieszkanie pustawe, ale łazienka genialna, stylowa, jak z żurnala. Sam dom w centrum Wrzeszcza, postawiony ładnie, z widokiem na tory SKM i kościół po drugiej stronie — nocą ładnie podświetlony

dzięki temu, że Maciek jest na prochach, to miał dobry humor i wymyślał na poczekaniu śmieszne pomysły, i w konsekwencji, po dodatkowym wzmocnieniu piwem, momentami kładliśmy się na podłodze ze śmiechu; do następujacych przebojów:
— kupno konia, prawidziwego, co żre owies
— pyton, albo nawet kudłaty pyton
— wioski dziecięce i pijany Andrzej, któremu pod maluchem przetacza się kobieta
— i ten trudny wyraz na określenie jakiegoś zwierzecia, które osowiałe ma depresję — kiedy było już późno, tym trudniej było wymówić ten wyraz
dodatkowo Andrzej był wozem, więc mieliśmy transport do domu po północy

Jerzy jest po operacji (czwartek), trochę chwilowo spękałem, kiedy nie odpisywał na sms; ale dzisiaj wyraźnie czuje się lepiej, pisze nawet dowcipne smsy

nie powiem, żeby sobotni poranek był bezkolizyjny i najprzyjemniejszy, ale jajka w mundurkach i kawa po śniadaniu pomogły; cud, ze kupiłem pompkę z dwoma różnymi końcówkami — okazało się, że do roweru pasuje akurat inna niż sądziłem; zresztą — jak ta technika poszła do przodu! (albo ja zostałem w czasach szkoły średniej) — odkryciem dla mnie był fakt, że teraz nie trzeba się tyle pieścić z jakimiś wentylami itp., tylko powietrze "ulata" dopiero w momencie, kiedy wciskam bolec do środka — cuda, panie; już nie ma szaleńczych prób zakręcenia nakrętki, zanim cały twój trud zdąży ulecieć

było na tyle ciepło, że można było bieżyć na krótki rękaw, ale nie miałbym gdzie wtrynić walkmana; postanowiłem wybadać trasę do Endriusa, na Chełm bez problemów, potem pokręciłem się trochę po "wzgórzu Mickiewicza" (ha, ul. Asesora)(podobno to Krzyżowniki, choć może niekoniecznie), żeby jak najpóźniej wjechać na zakorkowaną, przerabianą Łostowicką; po przekroczeniu Kartuskiej, ulicami: Nowolipie i Schuberta, aż do domu Endriusa na Morenowej jechało się jak marzenie (częściowo ścieżką rowerową); tempo miałem spacerowe — nawet kobiety mnie wyprzedzały!; po pół szklanki wody, Morenową do końca, potem Wileńską (fragment zupełnie kapitalnych domów, częściwo drewnianych, jakby je z gór przestawili) i nagle wylądowałem na Sobieskiego, ha Wrzeszcz!

ulicą Jarową pod górkę, później Smoluchowskiego, by jak debil zaplątać się w pobliże stadionu Lechii, na szczęście mecz za kilka godzin, choć obstawa już opancerzona i gotowa, kilka grupek kibiców minąłem bezkolizyjnie, zjazd do Aleji Zwycięstwa, czyli czegoś co zawsze nazywałem Grunwaldzką, tam terenami po byłych cmentarzach gdańskich (okazało się, że niektóre istniały nawet do 1956 r.), bliżej torów kolejowych niż jezdni, ciszej, więcej okoliczności trawnikowych; do 3 maja, koło kościoła (tzw. Bastion Jerozolimski) stoją rozsypujące się kamienice — jedna już jest definitywnie do rozbiórki; do końca 3 maja, i tknęło mnie, żeby pojechać w ten fragment starej dzielnicy z imponującymi kamienicami, ulice: Biskupia, Na stoku, Salwator i Menonitów — najbardziej malowiczy fragment XIX-wiecznej zabudowy, niewielki, ale w stanie niemal niezmienionym od lat, wciąż bruk, czerwona cegła sypiących się kamienic, stylowa zabudowa i stylowi mieszkańcy, kilka starych sklepów na parterze; do tego, rzecz nie aż taka częsta, przy tych wąskich uliczkach, z wąziutkimi chodnikami, pną się one pod górę, kręte; u zwieńczenia Biskupiej jest teren policji (jeden z ciekawszych fragmentów fortyfikacji, z wysoką wieżą, którą widać z daleka), obok jakaś szkoła humanistyczna, która zaanektowała część starych fortyfikacji, dobudowując się obok nowymi budynkami; w tej przestrzeni na górze, skąd rozciąga się ładny widok, choć niepełna panorama, bo nieco przesłonięta drzewami (szkoda, że nie można oglądać miasta z tej wieży "policyjnej") znajduje się, wyglądem zbliżony do niemal sześcianu, bryła mieszkalna, będąca niegdyś koszarami; zamieszkana, gdzie na bardzo oryginalnym tarasie, sypiącym się, podtrzymywanym klasyczną konstrukcją z bali i desek wieszano pranie
było przepięknie słonecznie, w wielu miejscach na biało i śmierdząco kwitną jakieś drzewa oprószone kwieciem

ten fragment miasta zatrzymany w czasie, w to sobotnie przedpołudnie wyglądało jak oaza miejskiego spokoju, gdzie o wczesnej porze już mężczyzna pije swoje piwo, w drugiej ręce dzierżąc swoją małżonkę; niewielka grupka spragnionych, umięśnionych kibiców piłki nożnej spędza czas przy samochodzie, zaś najstarsi mieszkańcy zażywają słońca na wydelegowanych ławeczkach w tej wyremontowanej części obok kanału Raduni
to prawda, że w procentowej części jest to fragment mikroskopijny, ale tym zmurszałym dostojeństwem, szlachetną wilgocią, być może biedą, na pewno pijaństwem, ale ta będąca na uboczu, niejako (szczęśliwie!) oderwana od głównych traktów komunikacyjnych wysepka będąca scalonym obrazem minionego nie ustępuje lizbońskiej Alfamie, tyle że miast bielonych ścian jest czerwona cegła — genialnie
potem już tradycyjnie wałem do domu, z męskim podjazdem z parku na górną Orunię — tam nawet na piechotę ciężko się wchodzi

a to jeszcze nie był koniec szczęśliwych wrażeń tego dnia, po obiedzie zabrałem się do roboty, niechcący otworzyłem balkon, wysunąłem fotel z ustalonych torów w stronę wyjścia, wystawiłem stopę na zewnątrz, słońce pełnym zasięgiem wpadało do mieszkania, grzejąc na tyle, że zmieniłem spodnie z długich na krótkie, po jakimś czasie musiałem zdjąć skarpetki (że o swetrze ni wspomnę) (w tym czasie temperatura po wschodniej stronie mieszkania mogła być nawet o 10 stopni niższa); pozytywnie ogrzewające słońce pobudziło pragnienie, że w rezultacie do pełni szczęścia brakowało mi już tylko grilla — szkoda, że już nie można grillować na balkonie!
i tak w fotelu, absolutnie zadowolony i niezagrożony spędziłem resztę popołudnia, aż obniżająca się temperatura do wtóru z obniżającym się słońcem nie zagoniła mnie wgłąb mieszkania

na finał, lokalne zawody, niby ważne, ale przecież zawsze jakoś takie drugoligowe, i pod względem sportowym i pod względem historycznym — teoretycznie: pierwsze w I lidze
dla celów kronikarskich zanotuję
Lechia Gdańsk: bramkarz Kapsa, dalej Bąk, Manuszewski, Wołąkiewicz, Mysona (ten od Żydów na koszulce), Wiśniewski, Surma (bodaj niegdyś Legionista), Piątek, Rogalski, Rybski, Buzała — trener Kafarski, asystent wyekspediowanego obrońcy Legii, słabego trenera Zielińskiego
Arka Gdynia: Witkowski, Kowalski, Żuraw (co w Niemczech grał), Łabędzki, Telichowski, Sokołowski, Scherfen (chyba ex-Lechita), Ława, Pietroń, Zakrzewski (przygoda w Szwajcarii), Wachowicz — trener Chojnacki — specjalista od utrzymywania ŁKS-u w lidze, w trybie awaryjnym powołany na miejsce "polskiego murinio" (jak to piszę, zawsze parskam) Michniewicza, co zdobył raz Puchar Polski
ot, nazwisko w nazwisko, profesjonalista w profesjonalistę, banda kopaczy, którzy występują chyba tylko dlatego, że nikt inny się nie zgłosił na zawody, eh

w porannej prasie przeczytałem jeszcze o jubileuszu "Lampy" i Duninie-Wąsowiczu, że (jak my wszyscy) ledwo wiąże koniec z końcem i właściwie jest hobbystą (jak my wszyscy) w tym wydawaniu pisma, a także o pomyśle chłopców z IPN, że należy zmienić nazwę ulicy z Brunona Jasieńskiego na inną, bo był komunistą (naprawdę to był podstawowy, w prosty sposób wyrażony argument, jak ja to wyrażam właśnie); dobrze, że chociaż miałem okazję przeczytać "Palę Paryż" — może wkrótce jego tomiki będą — nomen omen — palone
czy ci ludzie naprawdę nie mają nic innego do roboty, eh
***
foty JAK ZWAŁ TAK ZWAŁ robiła i obrobiła JustynaM — mieliśmy fajny pomysł, żeby zrobić tę sesję zdjęciową

piątek, 24 kwietnia 2009

we are from poland

poniedziałek, 20 kwietnia
dość nietypowo, po robocie wybrałem się na trasę, więc jak się rozpędziłem, to przejechałem park, Orunię Dolną, do Gdańska wałem, wdrapałem się na Chełm równolegle do Armii Krajowej (chyba nigdy w życiu nie byłem na tej kamienistej jezdni), następnie od basenu, obok mieszkania Piotra i na pętlę do nas — nawet nie zdążyłem się spocić; ale też tempo miałem spacerowe; melodie bondowskie średnio się nadają na jezdnię z towarzyszeniem samochodów — potworny hałas przechodzi przez słuchawki — cichsze momenty wypadają
***
i wieczorem — znowu dość nietypowo — zająłem się podreperowywaniem domowego budżetu
****
we wtorek, po krótkim występie Kevin Arnold przed francuskim zespołem SOLAS (
www.myspace.com/solaslegroupe)(w foyer Teatru Dramatycznego w Gdyni, jakiś młody (zapewne) człowiek zapytał nas, co chcemy przekazać będąc na scenie; odpowiedziałem po pokrótce tak:
musiałem się zerwać godzinę wcześniej z roboty, którą to godzinę odrobię następnego dnia, potem 40 minut wozem do Wrzeszcza, niestety nie mogliśmy wjechać do dziupli, bo regularny dzień pracy, więc dymaliśmy ze sprzętem kilka razy w tę i z powrotem, potem po dupę na Zaspę, następnie w stosunkowo niewielkim korku do Gdyni (szczęśliwie organizatorzy, którzy zorganizowali nam próbę między 18 a 19, przesunęli ją na godziny: 17:30-18, żebyśmy mogli się pośpieszyć), gdzie na miejscu się okazało, że w ogóle chuj nic nie nagłaśniają, tylko dają 3 mikrofony na wokale (przecież to wyposażony teatr, ja pierdolę!), na szczęście Francuzi bardzo sympatyczni, a choć na scenie nic nie słychać, to przynajmniej nie gramy za głośno — jakeśmy się już rozstawili; ponieważ do 20 było sporo czasu, zrobiliśmy przymusową wycieczkę na Kamienną Górę (sympatycznie), wróciliśmy na czas, i z nikąd — jakoś nikt nas nie naglił — mogliśmy już grać; więc jedynym moim zmartwieniem było, żeby w miarę poprawnie zagrać co mamy do zagrania (gitary swojej nie słyszałem) i bym nie zapomniał tekstu w newralgicznych miejscach — w tych nie zapomniałem — zapomniałem w dwóch innych — poratowałem się śpiewając niektóre wersy podwójnie
***
więc cóż ja miałem do przekazania będąc tam na scenie, zwłaszcza że w perspektywie było spocone znoszenie sprzętu do wozu, jakoś na okrętkę, żeby nie deptać po ludziach, a później zwózka z powrotem do Wrzeszcza, przetarganie do piwnicy i powrót do domu, żeby jeszcze zdążyć się wyspać — ot, niewiele; zagraliśmy cicho, spokojnie, trochę bezjajecznie, może było coś słychać z wokali, nie miałem w ogóle nastroju do gadania
***
za to niewątpliwie zespół Paula Solasa zaprezentował się w pełni profesjonalnie pod względem muzycznym, wizualnym (ach, te modne białe buty z wężowej skóry) i szołmeńskim — zagrywki i zachowania dopracowane/wypracowane bez zarzutu — typowe, ale jakże wymagane na koncercie rockowym — bo chłopaki, nawet wbrew temu co jest na myspace, wypadają mocniej i dynamiczniej; jak grają te "szansony" z towarzyszeniem gitary akustycznej, to jest bardziej typowo (tylko akordeonu brakuje), zaś kiedy włączają przester to zaciągają — typowym, ale jakże pożądanym — pop-rockiem zbliżonym do Muse, a nawet w niektórych zagrywkach instrumentalnych do QOTSA — wokal jednak robi swoje; więc pytanie kolegi z pracy: "kiedy wy zaczniecie tak grać?" zasadne — nigdy; do nas najbardziej pasuje określenie: niestandardowi
***
za to powtórzę, że Francuzy bardzo sympatyczne, więc nie wahałem się rzecz kilka słów w łamanym angielskim; reszta wieczoru minęła jak zazwyczaj bywa w takich sytuacjach — opisane powyżej
***
za to niezmiernie się cieszę z pozytywnej opinii w blogosferze, że płyta się podoba, to wiedziałem wcześniej, ale zawsze oczekiwaniu towarzyszy niepewność; no i muszę przyznać, że zajawka "najlepsze ballady rockowe" mnie rozwaliła:

http://wearefrompoland.blogspot.com/2009/04/wojt-de-la-volt-vreen-dioptrie-radio.html
***
środa, 22 kwietnia
niewiele się działo oprócz kwestii zakupu pompki do roweru — definitywnie potrzebna — i zobaczenia bramek z meczu Liverpool-Arsenal 4-4 (Fabiański grał, momentami dawał radę); na razie w play-off nba spokojnie, nie ma większych niespodzianek, następują raczej spodziewane rozczarowania — Celtowie nie obronią tytułu na przykład
***
w pozostałej części dnia podreperowywałem budżet
***
były za to muzyczne niespodzianki:
po raz pierwszy słyszałem w oryginale moją ulubioną piosenkę Nirvany z ulubionej płyty (tej singlowej z odrzutami): "Son of a gun" The VASELINES — to jednak kapitalna nuta
drugie, podwójne, na płycie THEM (tytułu nie pomnę) są dwie piosenki, z których riffy stały się zaczynem dwóch najgenialniejszych piosnek BECKa: "devil's haircut" (tak, ten riff gitary nie był jego) oraz "jack ass" (nie dość, że, że tak powiem "riff", to jeszcze łącznie z "dzwoneczkami") — oj, jak biednie muzycznie zostaliśmy wychowani