pisałem o występie TCIOF, to po części mogę im zwrócić honor, bowiem nagranie studyjne "Red Rocker" (którego wcześniej nie słyszałem) zawiera wszystko co najlepsze we współczesnym inteligentym pop-rocku — genialne (ale studyjne zawsze lepiej im wychodziły)piątek, 15 maja 2009
w jadalni
pisałem o występie TCIOF, to po części mogę im zwrócić honor, bowiem nagranie studyjne "Red Rocker" (którego wcześniej nie słyszałem) zawiera wszystko co najlepsze we współczesnym inteligentym pop-rocku — genialne (ale studyjne zawsze lepiej im wychodziły)środa, 13 maja 2009
Cymbals Eat Guitars
czwartek, 7 maja 2009
środa, 6 maja 2009
majoowka
Tydzień był intensywny, jeszcze w czwartek pożyczyłem rower od Joanny w celu wypróbowania, pojechałem na Niedźwiednik, gdzie ćwiczyliśmy — rower właściwie hamulce ma tak samo słabe, no i przerzutki są trochę rozregulowane — przeskakują.
Przedkoncertowa próba z Wojtem bez zarzutu — przygotowani jesteśmy jak starzy, na granie do kotleta będziemy mieli jeszcze dwa nowe numery; potem — chyba po trzech browarach — dymałem pod górę na Morenę, i kiedy się udało i już zjeżdżałem mostem do kerfura okazało się, że złapałem gumę w tylnym — katastrofa! Więc do przystanku i autobusem do domu. Pech no, w pożyczonym rowerze, którym mieliśmy się bujać na weekend.
W piątek szybka pobudka — żeby zdążyć na pks. W dużej mierze martwiłem się, jak wypadnie Gortat, jeżeli zagra w pierwszej piątce, na szczęście tuż przed wyjściem telegazeta udzieliła mi potrzebnych informacji: Gortat grał 40 min, 11 pkt, 15 zb. i Orlando pokonało na wyjeździe 76ers i awansowało do II rundy (4-2).
Zejście przez park na Orunię Dolną pospieszne, ale udało się wsiąść we właściwy autobus, którym pojechaliśmy do Straszyna. Ekipa podobna do zeszłorocznej i ruszyliśmy w trasę obok zbiornika straszyńskiego, w las, częściowo zółtym (bursztynowym) szlakiem do Bąkowa, stamtąd znowu przez las, w towarzyszeniu ścieżki rowerowej, która prowadzi do Jeziora Otomińskiego, skąd — już dla nas znaną trasą — do wiochy, której nazwy nie pamiętam, po czym Piotr porowadził naszą czwórkę koło nowo odkrytego cieku wodnego, a reszta poszła prosto. Łącznie jakieś 15 km, ale zeszło nam raczej długo (niemal 5 ha). Na działce tradycji stało się zadość, z Jaśkiem robiliśmy grilla, wsuwaliśmy wszystko co się dało, trochę grzaliśmy się na słońcu (jednak zimny wiatr towarzyszył nam w drodze i na działce), po czym wróciliśmy autobusem do domu, przez Gdańsk Główny (działka jest po drugiej stronie oszą, w pobliżu wiaduktu).
Może być, że wieczorem oglądaliśmy jakiś film. Może być, że Allena. Może być, że był to "Zelig". Całkiem sprawnie zrealizowany, oparty na znakomitym pomyśle. Ale może być, że to wcale nie było w piątek wieczór.
sobota, 2 majaPonieważ poprzedniego dnia udało się przeprowadzić odpowiednie rozmowy, to rano pojechałem na Chełm do Romka — brata Piotra — i wziąłem nową dętkę. Przy okazji, w ramach wspomnień, na chwilkę zajrzałem do domu Dziadka, nastąpiły jakieś kosmetyczne zmiany, ale ogólny wizerunek się nie zmienił. Najbardziej mi szkoda tych drzew w ogródku przed domem. Tak łyso jest.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Bert Kaempfert
środa, 29 kwietniaZacznijmy od tego, że w sobotę oglądaliśmy jeszcze całkiem ekstra nieordynaryjny film "Jabłka Adama". Duński. Zdaje się, że drugą główną rolę grał znany z 007 LeSzyfr. Film niezwykły nie tyle w treści, ile w przekraczaniu ukazywania ludzkich postaw i postaw wobec tych postaw. Momentami wyglądało to jak żart błyskotliwego scenarzysty, ale przecież przedstawiono tam multum spraw ważkich, a jednocześnie z niezwykłą ironią, czasem nawet sarkazmem. Zdrowy film. Kameralny, ale profesjonalnie skrojony w full kolorze, z poetycko-mitologizującymi ujęciami. Żadnej fuszerki, czy polskiego teatru telewizji. I niech nikogo nie zmyli tekst:
Zaś w niedzielę (26.04) wpadłem na genialny w swojej prostocie pomysł. Nastawiliśmy babkę ziemniaczaną, a potem Skarbie na rower, kocyk i browary do plecaka i poszliśmy/pojechaliśmy na kwietniową majówkę. Parę kroków od naszych bloków, na zaplecze parku, na nasłonecznionej stronie wzgórza, gdzie można znaleźć nieduży fragment płaskiego terenu. Zabarłożyliśmy tam niemal dwie godziny, w pełnym oszałamiającym słońcu, czasem owiewani wiatrem, rozdziani do przyzwoitych elementów. Widzieliśmy nawet fantastycznie zieloną jaszczurkę, na polskie warunki gigant — miała ponad 10 cm. Skarbie — choć niechętna niedzielnemu wychodzeniu z domu - pomysł się spodobał. I pierwszy kontakt z rowerem niestraszny. Ba, nawet zachęcający. Być może poszukamy drugiego używanego rowera. Być może jakimś razem gotowy obiad wyniesiemy na świeże powietrze, na majówkę.
Skoro trasa już wypróbowana, to w poniedziałek (27.04) na próbę do Endriusa wybrałem się rowerem. Poszło sprawnie, nawet przy okazji zaśpiewałem "oryginalny" wokal do "Farelki" w wersji disco. Endriu był kierownikiem.
We wtorek (28.04) Johny zachorzał na zatoki, więc teoretycznie próba okrojona, ale Nicolasowi nie chciało się ruszać, więc zaprosił mnie do siebie. Podymałem rowerem. Było sprawnie, bo od Gdańska po Oliwę prowadzi wygodna ścieżka rowerowa, więc komfort jazdy jest. Zajęło mi to godzinę. Na miejscu Nicolas głównie zajmował się kuchceniem, i wypichcił zupę z bakłażanów, następnie sajgonki. Okazało się, że z niego niezły łasuch. Zanim więc zabraliśmy się za "krytyczną ocenę" występów zespołu na żywo na podstawie dostępnych filmików z koncertów zrobiła się 22, a potem 22:40. Paliliśmy nawet tytoń, choć nienawykły do tego jestem. W drodze powrotnej grzałem ile wlezie, ale specjalnie mnie to nie przyspieszyło. Do domu zajechałem baaaardzo późno.
Środa znowu nie widziała mnie za bardzo w domu. Pojechałem do Karoliny, aby z Jaśkiem "pograć" trochę na gitarze. Więc znowu umiem grać "Autobiografię" oraz nauczyłem się "Baśki". Co ciekawe, gra szła do metronomu, urządzenia, którego prawie nigdy w życiu nie używam. Oczywiście zostaliśmy obdarowani pełnym zestawem obiadowym — nawet na wynos. Jako bonus — tokaj.
Uff, tyle zdarzeń, aż jestem trochę od nich otępiały i nie wiem jak się odwdzięczać. Może odpocznę jutro w robocie.
Ponieważ teraz wydarzenia z play-off dzień po dniu, to: Pistons odpadli gładziutko 0-4 z Cavs; Lakers bez problemów popchnęło Utah 4-1; dosyć zaskakująco Spurs po raz pierwszy od czasów Duncana (11 lat?) odpadło w I rundzie, zaskakująco, bo z Dallas już 1-4. Reszta par wciąż się mierzy, najbardziej zażarta jest seria pociętych kontuzjami Boston i młodych Chicago — same dogrywki i rzuty w ostatnich sekundach. Z innych ciekawych wydarzeń Denver w jednym meczu (na 3-1) rozgromili NO Hornets w ich własnej hali różnicą prawie 60 pkt. Jest nawet ciekawa idea o nowych Bad Boyshttp://prawda2.info/viewtopic.php?t=6342
(nie pójdę po żadne żarcie do wojskowych!)
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
JAK ZWAŁ TAK ZWAŁ
broda mi pachnie słońcem, powietrzem, gran derbi i sobotą
pod wpływem zewnętrznych warunków atmosferycznych sztywnieje, a zapach zostaje w niej na dłużej
— kupno konia, prawidziwego, co żre owies
— pyton, albo nawet kudłaty pyton
— wioski dziecięce i pijany Andrzej, któremu pod maluchem przetacza się kobieta
— i ten trudny wyraz na określenie jakiegoś zwierzecia, które osowiałe ma depresję — kiedy było już późno, tym trudniej było wymówić ten wyraz
dodatkowo Andrzej był wozem, więc mieliśmy transport do domu po północy
było przepięknie słonecznie, w wielu miejscach na biało i śmierdząco kwitną jakieś drzewa oprószone kwieciem
to prawda, że w procentowej części jest to fragment mikroskopijny, ale tym zmurszałym dostojeństwem, szlachetną wilgocią, być może biedą, na pewno pijaństwem, ale ta będąca na uboczu, niejako (szczęśliwie!) oderwana od głównych traktów komunikacyjnych wysepka będąca scalonym obrazem minionego nie ustępuje lizbońskiej Alfamie, tyle że miast bielonych ścian jest czerwona cegła — genialnie
potem już tradycyjnie wałem do domu, z męskim podjazdem z parku na górną Orunię — tam nawet na piechotę ciężko się wchodzi
i tak w fotelu, absolutnie zadowolony i niezagrożony spędziłem resztę popołudnia, aż obniżająca się temperatura do wtóru z obniżającym się słońcem nie zagoniła mnie wgłąb mieszkania
dla celów kronikarskich zanotuję
Lechia Gdańsk: bramkarz Kapsa, dalej Bąk, Manuszewski, Wołąkiewicz, Mysona (ten od Żydów na koszulce), Wiśniewski, Surma (bodaj niegdyś Legionista), Piątek, Rogalski, Rybski, Buzała — trener Kafarski, asystent wyekspediowanego obrońcy Legii, słabego trenera Zielińskiego
Arka Gdynia: Witkowski, Kowalski, Żuraw (co w Niemczech grał), Łabędzki, Telichowski, Sokołowski, Scherfen (chyba ex-Lechita), Ława, Pietroń, Zakrzewski (przygoda w Szwajcarii), Wachowicz — trener Chojnacki — specjalista od utrzymywania ŁKS-u w lidze, w trybie awaryjnym powołany na miejsce "polskiego murinio" (jak to piszę, zawsze parskam) Michniewicza, co zdobył raz Puchar Polski
ot, nazwisko w nazwisko, profesjonalista w profesjonalistę, banda kopaczy, którzy występują chyba tylko dlatego, że nikt inny się nie zgłosił na zawody, eh
czy ci ludzie naprawdę nie mają nic innego do roboty, eh
***
foty JAK ZWAŁ TAK ZWAŁ robiła i obrobiła JustynaM — mieliśmy fajny pomysł, żeby zrobić tę sesję zdjęciową
piątek, 24 kwietnia 2009
we are from poland
poniedziałek, 20 kwietnia
dość nietypowo, po robocie wybrałem się na trasę, więc jak się rozpędziłem, to przejechałem park, Orunię Dolną, do Gdańska wałem, wdrapałem się na Chełm równolegle do Armii Krajowej (chyba nigdy w życiu nie byłem na tej kamienistej jezdni), następnie od basenu, obok mieszkania Piotra i na pętlę do nas — nawet nie zdążyłem się spocić; ale też tempo miałem spacerowe; melodie bondowskie średnio się nadają na jezdnię z towarzyszeniem samochodów — potworny hałas przechodzi przez słuchawki — cichsze momenty wypadają
***
i wieczorem — znowu dość nietypowo — zająłem się podreperowywaniem domowego budżetu
****
we wtorek, po krótkim występie Kevin Arnold przed francuskim zespołem SOLAS (www.myspace.com/solaslegroupe)(w foyer Teatru Dramatycznego w Gdyni, jakiś młody (zapewne) człowiek zapytał nas, co chcemy przekazać będąc na scenie; odpowiedziałem po pokrótce tak:
musiałem się zerwać godzinę wcześniej z roboty, którą to godzinę odrobię następnego dnia, potem 40 minut wozem do Wrzeszcza, niestety nie mogliśmy wjechać do dziupli, bo regularny dzień pracy, więc dymaliśmy ze sprzętem kilka razy w tę i z powrotem, potem po dupę na Zaspę, następnie w stosunkowo niewielkim korku do Gdyni (szczęśliwie organizatorzy, którzy zorganizowali nam próbę między 18 a 19, przesunęli ją na godziny: 17:30-18, żebyśmy mogli się pośpieszyć), gdzie na miejscu się okazało, że w ogóle chuj nic nie nagłaśniają, tylko dają 3 mikrofony na wokale (przecież to wyposażony teatr, ja pierdolę!), na szczęście Francuzi bardzo sympatyczni, a choć na scenie nic nie słychać, to przynajmniej nie gramy za głośno — jakeśmy się już rozstawili; ponieważ do 20 było sporo czasu, zrobiliśmy przymusową wycieczkę na Kamienną Górę (sympatycznie), wróciliśmy na czas, i z nikąd — jakoś nikt nas nie naglił — mogliśmy już grać; więc jedynym moim zmartwieniem było, żeby w miarę poprawnie zagrać co mamy do zagrania (gitary swojej nie słyszałem) i bym nie zapomniał tekstu w newralgicznych miejscach — w tych nie zapomniałem — zapomniałem w dwóch innych — poratowałem się śpiewając niektóre wersy podwójnie
***
więc cóż ja miałem do przekazania będąc tam na scenie, zwłaszcza że w perspektywie było spocone znoszenie sprzętu do wozu, jakoś na okrętkę, żeby nie deptać po ludziach, a później zwózka z powrotem do Wrzeszcza, przetarganie do piwnicy i powrót do domu, żeby jeszcze zdążyć się wyspać — ot, niewiele; zagraliśmy cicho, spokojnie, trochę bezjajecznie, może było coś słychać z wokali, nie miałem w ogóle nastroju do gadania
***
za to niewątpliwie zespół Paula Solasa zaprezentował się w pełni profesjonalnie pod względem muzycznym, wizualnym (ach, te modne białe buty z wężowej skóry) i szołmeńskim — zagrywki i zachowania dopracowane/wypracowane bez zarzutu — typowe, ale jakże wymagane na koncercie rockowym — bo chłopaki, nawet wbrew temu co jest na myspace, wypadają mocniej i dynamiczniej; jak grają te "szansony" z towarzyszeniem gitary akustycznej, to jest bardziej typowo (tylko akordeonu brakuje), zaś kiedy włączają przester to zaciągają — typowym, ale jakże pożądanym — pop-rockiem zbliżonym do Muse, a nawet w niektórych zagrywkach instrumentalnych do QOTSA — wokal jednak robi swoje; więc pytanie kolegi z pracy: "kiedy wy zaczniecie tak grać?" zasadne — nigdy; do nas najbardziej pasuje określenie: niestandardowi
***
za to powtórzę, że Francuzy bardzo sympatyczne, więc nie wahałem się rzecz kilka słów w łamanym angielskim; reszta wieczoru minęła jak zazwyczaj bywa w takich sytuacjach — opisane powyżej
***
za to niezmiernie się cieszę z pozytywnej opinii w blogosferze, że płyta się podoba, to wiedziałem wcześniej, ale zawsze oczekiwaniu towarzyszy niepewność; no i muszę przyznać, że zajawka "najlepsze ballady rockowe" mnie rozwaliła:
http://wearefrompoland.blogspot.com/2009/04/wojt-de-la-volt-vreen-dioptrie-radio.html
***
środa, 22 kwietnia
niewiele się działo oprócz kwestii zakupu pompki do roweru — definitywnie potrzebna — i zobaczenia bramek z meczu Liverpool-Arsenal 4-4 (Fabiański grał, momentami dawał radę); na razie w play-off nba spokojnie, nie ma większych niespodzianek, następują raczej spodziewane rozczarowania — Celtowie nie obronią tytułu na przykład
***
w pozostałej części dnia podreperowywałem budżet
***
były za to muzyczne niespodzianki:
po raz pierwszy słyszałem w oryginale moją ulubioną piosenkę Nirvany z ulubionej płyty (tej singlowej z odrzutami): "Son of a gun" The VASELINES — to jednak kapitalna nuta
drugie, podwójne, na płycie THEM (tytułu nie pomnę) są dwie piosenki, z których riffy stały się zaczynem dwóch najgenialniejszych piosnek BECKa: "devil's haircut" (tak, ten riff gitary nie był jego) oraz "jack ass" (nie dość, że, że tak powiem "riff", to jeszcze łącznie z "dzwoneczkami") — oj, jak biednie muzycznie zostaliśmy wychowani




