środa, 25 sierpnia 2010

The Quiller memorandum


sobota, 21 sierpnia

Pyszczku na mieście, ja na poczcie i w masarni. Potem dokończyłem tłumaczenie tekścików do filmu "The Quiller memorandum", żebyśmy mogli z Pyszczku w spokoju pooglądać. Najwiecej problemów miałem ze słowem inwigilacja, bo nie chodziło o czynność policyjną. No i "you are so white" — co przyszły kochanek miał na myśli? Może coś w stylu: "Ojej, nawet kręgosłup ci widać"!?

Dręczeni poczuciem winy (Pyszczku) pojechaliśmy rowerami na Kowale, obejrzeliśmy kawałek "Czary ognia", wypiliśmy wino i zanim się ściemniło, pojechaliśmy z powrotem. Ścieżka rowerowa genialna. Szczególnie w drodze powrotnej, cały czas z góry, szeroko, mały ruch. Aczkolwiek najbardziej podobał mi się zachód słońca na polami i wąska wydeptana ścieżyna, po której w szaleńczej jeździe (jak szatan!) śmigaliśmy przez niewielkie wzniesienia i dolinki, a fale powietrza, na zmianę bardzo ciepłe i bardzo chłodne, o tym zmierzchu, stanowiły bezprecedensowe wydarzenie w naszych rowerowych przygodach.

Wieczorem obejrzeliśmy pół "Quillera" i to jest całkiem sprawny film, dzięki muzyce Johna Barry'ego i piosence, którą śpiewa Matt Monroe, kojarzy mi się z 007. Ogólnie technicolor, obraz panoramiczny i SENTA BERGER. Film szpiegowski. Dosłownie. Max von Sydow jako neonazista całkiem przekonujący (i groźny!). Zastanawiające jest, jak to się stało, że George Segal I jest tak mało znanym aktorem, bo jak mówi Pyszczku: "nic mu nie brakowało".


Brak komentarzy: