sobota, 12 kwietnia 2014
piątek, 11 kwietnia 2014
Odcinek z bardzo nietypowo wolną środą
26 lutego, środa
My drogi i Miłościwie Nam Panująca obżarliśmy się niemożebnie.
Dzisiaj -1 i opanował mnie Lizard (to jest straszna, ale intrygująca, bardzo dziwna, trudna płyta, którą się słucha z niepokojem), ale ruskich czyta się dobrze. Rozpakowuję kilka rzeczy na raz i trochę zwolnił komp. Gortat po I kwarcie 8 pkt. i 3 zb.
***
009 The Man with the Golden Gun (1977) Blu-ray 33.2 GB — witaj na pokładzie!
***
Al Harington wrócił. Ciekawe na jak długo. On kiedyś miał być gwiazdą, w "Magic Basketball", legendarnym piśmie, opisywany jako młody, obiecujący, pod opieką starszaków, Daviesów, z Indiany. Nie od dzisiaj wiadomo, że Wizz nie są pewni. Równie łatwo zdobywają przewagę (14 pkt), jak ją tracą (6 pkt). Na szczęście Orlando nie zależy i skończyło się 115-106. Gortat 21 pkt i 10 zb (5 double-double z rzędu), jego vis-a-vis Nikola Vucevic 19 pkt i 14 zb (4 w ataku), Andre Miller +12, zaś Al Harrington 3-7 z pola i 1-3 za 3.
***
Potem się rozproszyłem i nie słyszałem co tam wyprawia Evan Turner w Indianie ani Kent Bazemore w Lakers, trochę biegania było i napisało do mnie dustygroove i prawdopodobnie wydałem 100 dolców, choć mam wrażenie, że jednak "Octopussy" po 9 godzinach przestała być dostępna. 98-118.
***
Wypełniłem zatem wyjściówki na czw/pt i okazało się, że wieczór wolny. Planów żadnych. Zupełnie z głupia frant zajeżdżam do UM i jest wolny numerek! Na nowym dowodzie nie wyglądam aż tak strasznie, jak sobie wyobrażałem. Ponadto rysują nam się ciekawe plany na czwartkowy ranek. Tymczasem wypaliłem, że pizza, Ty że znowu ukradłem pomysł, tramwaje nie jeżdżą, ale udało się busem.
***
W lokalnej pizzerii zjedliśmy prawie po małej (30 cm) pizzy, ona wciąż mi nie smakuje bardzo. Po piwie stałem się rozmowny i zrelacjonowałem wszystki wieści koszykówkowe. Po ostatnim kawałku do domu na jutrzejszy obiad (drugie danie). Plan się wykrystalizował, zatem, żeby wstać po ludzku o 8, to trzeba późno pójść spać. Męczyłem się męczyłem, ale prawie przed 24 się udało. Plus prysznic, plus dokończenie lektory, plus szukanie skarbów, plus jutrzejsza prasówka. I jeszcze cały wieczór szło Rogue Wave. Nietypowy wieczór kanapowy, żeby tylko wstać później, ale...
My drogi i Miłościwie Nam Panująca obżarliśmy się niemożebnie.
Dzisiaj -1 i opanował mnie Lizard (to jest straszna, ale intrygująca, bardzo dziwna, trudna płyta, którą się słucha z niepokojem), ale ruskich czyta się dobrze. Rozpakowuję kilka rzeczy na raz i trochę zwolnił komp. Gortat po I kwarcie 8 pkt. i 3 zb.
***
009 The Man with the Golden Gun (1977) Blu-ray 33.2 GB — witaj na pokładzie!
***
Al Harington wrócił. Ciekawe na jak długo. On kiedyś miał być gwiazdą, w "Magic Basketball", legendarnym piśmie, opisywany jako młody, obiecujący, pod opieką starszaków, Daviesów, z Indiany. Nie od dzisiaj wiadomo, że Wizz nie są pewni. Równie łatwo zdobywają przewagę (14 pkt), jak ją tracą (6 pkt). Na szczęście Orlando nie zależy i skończyło się 115-106. Gortat 21 pkt i 10 zb (5 double-double z rzędu), jego vis-a-vis Nikola Vucevic 19 pkt i 14 zb (4 w ataku), Andre Miller +12, zaś Al Harrington 3-7 z pola i 1-3 za 3.
***
Potem się rozproszyłem i nie słyszałem co tam wyprawia Evan Turner w Indianie ani Kent Bazemore w Lakers, trochę biegania było i napisało do mnie dustygroove i prawdopodobnie wydałem 100 dolców, choć mam wrażenie, że jednak "Octopussy" po 9 godzinach przestała być dostępna. 98-118.
***
Wypełniłem zatem wyjściówki na czw/pt i okazało się, że wieczór wolny. Planów żadnych. Zupełnie z głupia frant zajeżdżam do UM i jest wolny numerek! Na nowym dowodzie nie wyglądam aż tak strasznie, jak sobie wyobrażałem. Ponadto rysują nam się ciekawe plany na czwartkowy ranek. Tymczasem wypaliłem, że pizza, Ty że znowu ukradłem pomysł, tramwaje nie jeżdżą, ale udało się busem.
***
W lokalnej pizzerii zjedliśmy prawie po małej (30 cm) pizzy, ona wciąż mi nie smakuje bardzo. Po piwie stałem się rozmowny i zrelacjonowałem wszystki wieści koszykówkowe. Po ostatnim kawałku do domu na jutrzejszy obiad (drugie danie). Plan się wykrystalizował, zatem, żeby wstać po ludzku o 8, to trzeba późno pójść spać. Męczyłem się męczyłem, ale prawie przed 24 się udało. Plus prysznic, plus dokończenie lektory, plus szukanie skarbów, plus jutrzejsza prasówka. I jeszcze cały wieczór szło Rogue Wave. Nietypowy wieczór kanapowy, żeby tylko wstać później, ale...
27 lutego, czwartek
Odcinek z "odbieraniem dowodu"
My drogi i Miłościwie Nam Panująca opychamy się pączkami.
...nie udało się, 7:14. Poranny zestaw obowiązkowy, bułki i pączki już są, siedzę i oglądam "Rzym" Felliniego. Tym razem fragmenty o burdelach w wersji ekskluzywnej i tej żołniersko-ulicznej oraz o wizycie w budującym(kopiącym) się metrze. Skończyłem chwilowo na zwietrzałych freskach. 8:40 — śniadamy! Po czym jadę, słońce atakuje jasnością, aż dziwacznie się czyta.
***
LAC-Houston 14-2 po 4 minutach. Ale Houston okazało się twardsze i również trafiające — dogonili. Nooo, ale ja powiem, że grali rzut za rzut, ale nie było takiego szału jak z OKC, tudzież specjalnych spięć. Owszem, Glen "Big Baby" Davies zadebiutował w Clippers uprzednio wykupiwszy się z Orlando, ale jak to on, dużo wygląda, ale popełnia te same błędy co zazwyczaj. Bo tymczasem rezerwowi się rozstrzelali: Collison v. Hamilton. Skończyło się ciuchutko 101-93.
***
Chicago-Golden State. Razem na parkiecie Bogut i O'Neal. GSW dostosowali się, wszyscy grają jak w błocie i okładają się ramionami pod koszem. Znamienne, że GSW mają tyle talentu, ale przegrywają z determinacją i maksymalizacją (wyżymaniem do cna) właściwości każdego gracza od brudnej roboty w Chicago: Noah, Heinrich, Gibson, Butler, Dunleavy, Boozer, D.J. Augustin, Snell, Mohammed — tych jakiś 9 co ma na ławce trener Thibbs. Nie mają szans na finał, ale wyrwą parę zębów i połamią trochę kości w II rundzie play-off. Jeszcze komuś zrobią krzywdę. Patrz: Warriors 45 po I połowie. I ten mecz trwał tak strasznie dłuuuugo. 80-59 po III kwartach, smutne. 32% (nie)celności. Skończyło się na luzaku 103-83. Darmowy bigmac.
***
Nieco przeładowany jestem drobnymi wrażeniami (dobrymi jednakowoż), że nawet zdążyła się ode mnie oddalić wizja kasetowo-przyrodniczego wtorku, tradycyjnie śpię w drodze powrotnej. Głowa się kiwie. Wniosek ogólny: nieważne czy 6 czy 8 ha — męczące. Wniosek ogólny dwa: praca od 10 do 18 nie byłaby fajna — dzień stracony.
Ale popołudnie dość pracowite, odsłuchałem co trzeba (wnioski podobne, Antoniemu zepsuł się samochód pod palmą). Okazało się, że nie wypaliłem jednego poważnego zestawu Barry/Previn, gdzieś to przepadło, ale chyba nie bezstratnie. W drodze powrotnej jeszcze dwa (wypełnione miłością) pączusie i wieczór. Z tych przedweekendowych. Arcydzieła malarstwa: Watykan — do obejrzenia.
Odcinek z "odbieraniem dowodu"
My drogi i Miłościwie Nam Panująca opychamy się pączkami.
...nie udało się, 7:14. Poranny zestaw obowiązkowy, bułki i pączki już są, siedzę i oglądam "Rzym" Felliniego. Tym razem fragmenty o burdelach w wersji ekskluzywnej i tej żołniersko-ulicznej oraz o wizycie w budującym(kopiącym) się metrze. Skończyłem chwilowo na zwietrzałych freskach. 8:40 — śniadamy! Po czym jadę, słońce atakuje jasnością, aż dziwacznie się czyta.
***
LAC-Houston 14-2 po 4 minutach. Ale Houston okazało się twardsze i również trafiające — dogonili. Nooo, ale ja powiem, że grali rzut za rzut, ale nie było takiego szału jak z OKC, tudzież specjalnych spięć. Owszem, Glen "Big Baby" Davies zadebiutował w Clippers uprzednio wykupiwszy się z Orlando, ale jak to on, dużo wygląda, ale popełnia te same błędy co zazwyczaj. Bo tymczasem rezerwowi się rozstrzelali: Collison v. Hamilton. Skończyło się ciuchutko 101-93.
***
Chicago-Golden State. Razem na parkiecie Bogut i O'Neal. GSW dostosowali się, wszyscy grają jak w błocie i okładają się ramionami pod koszem. Znamienne, że GSW mają tyle talentu, ale przegrywają z determinacją i maksymalizacją (wyżymaniem do cna) właściwości każdego gracza od brudnej roboty w Chicago: Noah, Heinrich, Gibson, Butler, Dunleavy, Boozer, D.J. Augustin, Snell, Mohammed — tych jakiś 9 co ma na ławce trener Thibbs. Nie mają szans na finał, ale wyrwą parę zębów i połamią trochę kości w II rundzie play-off. Jeszcze komuś zrobią krzywdę. Patrz: Warriors 45 po I połowie. I ten mecz trwał tak strasznie dłuuuugo. 80-59 po III kwartach, smutne. 32% (nie)celności. Skończyło się na luzaku 103-83. Darmowy bigmac.
***
Nieco przeładowany jestem drobnymi wrażeniami (dobrymi jednakowoż), że nawet zdążyła się ode mnie oddalić wizja kasetowo-przyrodniczego wtorku, tradycyjnie śpię w drodze powrotnej. Głowa się kiwie. Wniosek ogólny: nieważne czy 6 czy 8 ha — męczące. Wniosek ogólny dwa: praca od 10 do 18 nie byłaby fajna — dzień stracony.
Ale popołudnie dość pracowite, odsłuchałem co trzeba (wnioski podobne, Antoniemu zepsuł się samochód pod palmą). Okazało się, że nie wypaliłem jednego poważnego zestawu Barry/Previn, gdzieś to przepadło, ale chyba nie bezstratnie. W drodze powrotnej jeszcze dwa (wypełnione miłością) pączusie i wieczór. Z tych przedweekendowych. Arcydzieła malarstwa: Watykan — do obejrzenia.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Odcinek z wolnym wieczorem yei
24 lutego, poniedziałek
My drogi i Miłościwie Nam Panująca jesteśmy w mini-ciągu odcinkowym.
Busy się spóźniły. LeBron jednak nie gra. Przymrozek. Do połowy II kwarty Miami i Chicago mieli po 0-6 każdy. Wynik 20-24. Panie "sprzątające" poprzestawiały na biurkach. Musiałem kwiaty dostawić w swoje miejsca. Strasznie ciężki mecz, Bulls grają tak brzydko dla oka. Rekordu na na najniższy wynik nie było, 40-40 w połowie, a Wade bywa mistrzowski. Ładna była sekwencja dobrej obrony, przechwytów Chalmersa i 11-0. Można nie lubić Chalmersa, ale w tym sezonie widzę, że to jest właściwie druga opcja napędzająca po Jamesie. Co ciekawe, Miami pokonali ich obroną — 7 x przekroczony czas akcji. 93-79.
***
Cavs-Wizz to oczywiście pojedynek dwóch młodych rozgrywających gwiazd. Na nich będą zwrócone kamery i statystyki. Posłuchamy zatem. Nene — kontuzja = niedobrze. Nie był to piękny mecz, ale Wizz udowodnili, że mogą przegrać z każdym, więc zwycięstwo 83-96 cieszy. Gortat 13 pkt, 13 zb., mimo 5/14 to +14 w plusominusach.
***
No proszę, Henry Mancini — Breakfast at Tiffanys (1961) — nie jest aż takie wspaniałe, by zajmować się tym, jeżeli będzie droższe niż 3,99, za to Jerry Goldsmith — Capricorn One (1978-2005) zrobiło na mnie wczoraj bardzo dobre wrażenie. A tymczasem zgapiłem się i w jeden dzień wykupili mi "Liquidatora". Trza czekać na nowe dostawy.
***
1969 In The Court Of The Crimson King (Japan HDCD Original Master Edition)(320)
— no tak, absolutnie na pamięć każdą nutkę.
***
Popołudniem nowy Jon Spencer jest nieprzekonujący, a Roger Moore strasznie stary.
Ale jest słońce, dużo zaskakującego słońca.
No wreszcie, zabranie reszty książki w transport okazało się bardzo skuteczne, skończyłem, choć ostatki były nie dla mej leniwości. 262 skutecznie mnie usypiał — wysiadłem wcześniej, potem znowu wysiadłem wcześniej, zrobiłem trasę spacerową (Zamenhoffa, plac, Chrzanowskiego przecięcie, kościół, nowy wał, las, okrąglak) i już jestem w domu, a czas bardzo dobry.
***
Federico Fellini Roma (1972) — fragment z rewią, czyli znowu powrót do przeszłości. Szalenie rozbrajające zestawem postaci oraz ich zachowania. Bardzo mi się podoba ten przerost, wulgarność i brzydota. To już drugi plus z tego filmu i asumpt na więcej i lepiej. Te tyłeczki.
***
Tymczasem dalszej części wieczoru, kiedy absolutnie nie muszę ale to nic robić skupiam się wyłącznie na "Capricorn One", bo to wymaga i się nadaje. Ciekawe ile z tego jest w wersji LP.
***
Z cyklu pożegnanie z kasetą:
Czerwone Gitary — nr 1 i 2 (1966 – To właśnie my; 1967 – Czerwone Gitary 2) — to się zna na pamięć, to jest źle nagrane, ktoś tam skrobie na tej 12-strunówce jak ja usiłowałem, gimnazjalne teksty, ale piosenki jednak się bronią i przywołują klimat filmów z lat 60, zatem ponownie bym mógł skarb templariuszy, wojnę domową, kiedyś też bywało takie słońce wieczorami, zdaje mi się, aczkolwiek nie pamiętam, jak traciłem czas w te wolne wieczory, taki jak ten, gdzie nigdzie się nie wybieram.
Iron Butterfly — Heavy (1968) — to wyraźny przykład, że część muzyki z zachodniego wybrzeża jednak się zestarzała definitywnie. Owszem, zostanie "In-a-gadda...", może jeszcze chwilami "Ball" (ciekawe, czy gdzieś to mam), ale reszta jest do zakopania.
King Crimson — Lizard (1971) — skoro mi tak dobrze idzie, a jest na podorędziu. Sam jestem ciekaw jak będzie. Tak sobie teraz, leniwym wieczorem, antycypuję.
***
Pora będzie na LnŚ. + prenumerata.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca jesteśmy w mini-ciągu odcinkowym.
Busy się spóźniły. LeBron jednak nie gra. Przymrozek. Do połowy II kwarty Miami i Chicago mieli po 0-6 każdy. Wynik 20-24. Panie "sprzątające" poprzestawiały na biurkach. Musiałem kwiaty dostawić w swoje miejsca. Strasznie ciężki mecz, Bulls grają tak brzydko dla oka. Rekordu na na najniższy wynik nie było, 40-40 w połowie, a Wade bywa mistrzowski. Ładna była sekwencja dobrej obrony, przechwytów Chalmersa i 11-0. Można nie lubić Chalmersa, ale w tym sezonie widzę, że to jest właściwie druga opcja napędzająca po Jamesie. Co ciekawe, Miami pokonali ich obroną — 7 x przekroczony czas akcji. 93-79.
***
Cavs-Wizz to oczywiście pojedynek dwóch młodych rozgrywających gwiazd. Na nich będą zwrócone kamery i statystyki. Posłuchamy zatem. Nene — kontuzja = niedobrze. Nie był to piękny mecz, ale Wizz udowodnili, że mogą przegrać z każdym, więc zwycięstwo 83-96 cieszy. Gortat 13 pkt, 13 zb., mimo 5/14 to +14 w plusominusach.
***
No proszę, Henry Mancini — Breakfast at Tiffanys (1961) — nie jest aż takie wspaniałe, by zajmować się tym, jeżeli będzie droższe niż 3,99, za to Jerry Goldsmith — Capricorn One (1978-2005) zrobiło na mnie wczoraj bardzo dobre wrażenie. A tymczasem zgapiłem się i w jeden dzień wykupili mi "Liquidatora". Trza czekać na nowe dostawy.
***
1969 In The Court Of The Crimson King (Japan HDCD Original Master Edition)(320)
— no tak, absolutnie na pamięć każdą nutkę.
***
Popołudniem nowy Jon Spencer jest nieprzekonujący, a Roger Moore strasznie stary.
Ale jest słońce, dużo zaskakującego słońca.
No wreszcie, zabranie reszty książki w transport okazało się bardzo skuteczne, skończyłem, choć ostatki były nie dla mej leniwości. 262 skutecznie mnie usypiał — wysiadłem wcześniej, potem znowu wysiadłem wcześniej, zrobiłem trasę spacerową (Zamenhoffa, plac, Chrzanowskiego przecięcie, kościół, nowy wał, las, okrąglak) i już jestem w domu, a czas bardzo dobry.
***
Federico Fellini Roma (1972) — fragment z rewią, czyli znowu powrót do przeszłości. Szalenie rozbrajające zestawem postaci oraz ich zachowania. Bardzo mi się podoba ten przerost, wulgarność i brzydota. To już drugi plus z tego filmu i asumpt na więcej i lepiej. Te tyłeczki.
***
Tymczasem dalszej części wieczoru, kiedy absolutnie nie muszę ale to nic robić skupiam się wyłącznie na "Capricorn One", bo to wymaga i się nadaje. Ciekawe ile z tego jest w wersji LP.
***
Z cyklu pożegnanie z kasetą:
Czerwone Gitary — nr 1 i 2 (1966 – To właśnie my; 1967 – Czerwone Gitary 2) — to się zna na pamięć, to jest źle nagrane, ktoś tam skrobie na tej 12-strunówce jak ja usiłowałem, gimnazjalne teksty, ale piosenki jednak się bronią i przywołują klimat filmów z lat 60, zatem ponownie bym mógł skarb templariuszy, wojnę domową, kiedyś też bywało takie słońce wieczorami, zdaje mi się, aczkolwiek nie pamiętam, jak traciłem czas w te wolne wieczory, taki jak ten, gdzie nigdzie się nie wybieram.
Iron Butterfly — Heavy (1968) — to wyraźny przykład, że część muzyki z zachodniego wybrzeża jednak się zestarzała definitywnie. Owszem, zostanie "In-a-gadda...", może jeszcze chwilami "Ball" (ciekawe, czy gdzieś to mam), ale reszta jest do zakopania.
King Crimson — Lizard (1971) — skoro mi tak dobrze idzie, a jest na podorędziu. Sam jestem ciekaw jak będzie. Tak sobie teraz, leniwym wieczorem, antycypuję.
***
Pora będzie na LnŚ. + prenumerata.
25 lutego, wtorek
Odcinek z Lizardem na Stogach
My drogi i Miłościwie Nam Panująca spokojnie i planowo pracujemy, a wieczorem spokojnie zjeżdżamy.
Nie ma słońca. Jest chałka. Mecz bez historii, przewinąłem. NOP-LAC 123-110. Tyle że zombie Hedo przywrócony do życia trafiał trójki (4/7).
***
Wyjątkowo były emocje w Detroit, kiedy Golden State nie dawało rady z dużymi. Tych Pistons w ogóle nie znam prócz opinii i plotek o nieprzystawalności składu, błędach (a wręcz głupotach) generalnego menago Dumarsa. Owszem, bywały newsy o dobrych występach Jerebko, Singletona, Drummonda, Monroe czy Stuckeya, ale ponowne zatrudnienie chronicznie kontuzjowanego Billupsa, transfer Josha (9/24) i Jenningsa (4/13) (mistrzowie skuteczności) to ciąg pomyłek od czasu Darko Milicica. Dzisiaj było łeb w łeb, punkt za punkt, mecz zacięty, z walką pod koszami, Jermaine walczył (16 pkt/10 zb.), były efektowne WSADY. Ale pod koniec Detroit grali głupio, nie trafili 7 rzutów, Curry robił co chciał i skończyło się 96-104. Steve Blake 2/5 i 2/5 za trzy, tylko 6 pkt i 2 as., ale +17.
***
"Metta World Peace i Beno Udrih zostali oficjalnie zwolnieni przez New York Knicks" — proszę, taki koniec szaleńca. Łał, mówią o Mario Chalmersie. Ale to nie znaczy, że się znam. "Millerocentryzm = to nie Andre Miller dopasowuje się do zespołu, tylko zespół dopasowuje się do niego. W jakiejkolwiek koszulce by nie grał, to widać, że po prostu gra koszykówkę. On tak tam stoi, klepie, klepie tę klepkę, wszyscy się ustawiają, jest gra".
Odcinek z Lizardem na Stogach
My drogi i Miłościwie Nam Panująca spokojnie i planowo pracujemy, a wieczorem spokojnie zjeżdżamy.
Nie ma słońca. Jest chałka. Mecz bez historii, przewinąłem. NOP-LAC 123-110. Tyle że zombie Hedo przywrócony do życia trafiał trójki (4/7).
***
Wyjątkowo były emocje w Detroit, kiedy Golden State nie dawało rady z dużymi. Tych Pistons w ogóle nie znam prócz opinii i plotek o nieprzystawalności składu, błędach (a wręcz głupotach) generalnego menago Dumarsa. Owszem, bywały newsy o dobrych występach Jerebko, Singletona, Drummonda, Monroe czy Stuckeya, ale ponowne zatrudnienie chronicznie kontuzjowanego Billupsa, transfer Josha (9/24) i Jenningsa (4/13) (mistrzowie skuteczności) to ciąg pomyłek od czasu Darko Milicica. Dzisiaj było łeb w łeb, punkt za punkt, mecz zacięty, z walką pod koszami, Jermaine walczył (16 pkt/10 zb.), były efektowne WSADY. Ale pod koniec Detroit grali głupio, nie trafili 7 rzutów, Curry robił co chciał i skończyło się 96-104. Steve Blake 2/5 i 2/5 za trzy, tylko 6 pkt i 2 as., ale +17.
***
"Metta World Peace i Beno Udrih zostali oficjalnie zwolnieni przez New York Knicks" — proszę, taki koniec szaleńca. Łał, mówią o Mario Chalmersie. Ale to nie znaczy, że się znam. "Millerocentryzm = to nie Andre Miller dopasowuje się do zespołu, tylko zespół dopasowuje się do niego. W jakiejkolwiek koszulce by nie grał, to widać, że po prostu gra koszykówkę. On tak tam stoi, klepie, klepie tę klepkę, wszyscy się ustawiają, jest gra".
***
Dzień minął spokojnie, spojrzałem na pośladki Grace Jones, wybrałem się przez park, gdzie jeszcze było jasno.
Update: In the Wake of Poseidon — nie będzie pożegniania, wraca do domu.
Było luzacko, aż furczało, kiedy przerzucałem i chowałem kasety, wymoszczałem stanowisko pod winyle gazetami, magazyny stoją, książki i Parnickie również, podłoga chwilowo prawie wyczyszczona. Dobra robota. Do tego spokojnie się ululałem i uruchomiłem kasetę. Ponieważ wracałem przez Gdańsk, to przeszedłem wzgórzem (ostatnio robię takie pętelki) i przyjrzałem się oświeconemu, nie, oświetlonemu miastu. Przyjemny wieczór, potem również. Andre Previn tak przyjemnie przygrywa.
***
King Crimson — Lizard (1971) — z tym wcale nie poszło tak łatwo.
No i jest taka scena, matka na łożu, niewydolność nerek, zawał, zawód, sercowo-naczyniowy, biel, kieł, mysz, ja siedzę, tak, czułość i opieka, i pytam:
— Ale gdzie jest ta kaseta?— Ależ synuś, ja niczego nie ruszałam. Wszystko zostało tam, gdzie położyłeś.— No tak, ale nie mogę jej znaleźć. Przeszukałem wszystko. (ta, śjasne)— Naprawdę synuś. Wszystko co było, tam jest. Może poszukasz jeszcze raz.— Już szukałem. I nie ma jej.
Jednym słowem: dramat.
***
Zatem, drodzy koledzy, kto umówi się ze mną na piwo?
ps. ale kaseta musi się znaleźć, ni chuja.
Dzień minął spokojnie, spojrzałem na pośladki Grace Jones, wybrałem się przez park, gdzie jeszcze było jasno.
Update: In the Wake of Poseidon — nie będzie pożegniania, wraca do domu.
Było luzacko, aż furczało, kiedy przerzucałem i chowałem kasety, wymoszczałem stanowisko pod winyle gazetami, magazyny stoją, książki i Parnickie również, podłoga chwilowo prawie wyczyszczona. Dobra robota. Do tego spokojnie się ululałem i uruchomiłem kasetę. Ponieważ wracałem przez Gdańsk, to przeszedłem wzgórzem (ostatnio robię takie pętelki) i przyjrzałem się oświeconemu, nie, oświetlonemu miastu. Przyjemny wieczór, potem również. Andre Previn tak przyjemnie przygrywa.
***
King Crimson — Lizard (1971) — z tym wcale nie poszło tak łatwo.
No i jest taka scena, matka na łożu, niewydolność nerek, zawał, zawód, sercowo-naczyniowy, biel, kieł, mysz, ja siedzę, tak, czułość i opieka, i pytam:
— Ale gdzie jest ta kaseta?— Ależ synuś, ja niczego nie ruszałam. Wszystko zostało tam, gdzie położyłeś.— No tak, ale nie mogę jej znaleźć. Przeszukałem wszystko. (ta, śjasne)— Naprawdę synuś. Wszystko co było, tam jest. Może poszukasz jeszcze raz.— Już szukałem. I nie ma jej.
Jednym słowem: dramat.
***
Zatem, drodzy koledzy, kto umówi się ze mną na piwo?
ps. ale kaseta musi się znaleźć, ni chuja.
środa, 9 kwietnia 2014
Odcinek z leniwą sobotą na 3 monitory
22 lutego, sobota
My drogi i Miłościwie Nam Panująca wieńczymy wiedźmami, chociaż słabe jesteśmy.
Więc może trade-deadline nie był wybuchowy, ale przynajmniej COŚ się działo.
Zatem (zmniejszam do mi znanych).
My drogi i Miłościwie Nam Panująca wieńczymy wiedźmami, chociaż słabe jesteśmy.
Więc może trade-deadline nie był wybuchowy, ale przynajmniej COŚ się działo.
Zatem (zmniejszam do mi znanych).
(odcinek z tradem w sobotę — za dużo foto wklejania)
***
Foto przygotowane. Po 18 była lekka zamułka wynikająca z przykrótkiego snu (7 ha/per sobota), marszczenia czoła i mrużenia oczu przez 2 ha (plisy choć śliczne nie wygrywają z wiosennym słońcem), obfitego obiadu (hamburgiery!). Ale się wypisuję, co orzeźwia mi paluszki.
***
3 monitory:
— na jednym piszę
— na drugim mam foto (mógłbym mieć program)
— na trzecim wyświetlam teledyski Sharon Jones (i słuchamy)
(w sumie na czwartym mógłbym wyświetlać film)
słowem:
WYPAS
***
Więc z rana słuchałem jak Clippers znowu nie dali rady Grizzlies (jakoś nie widzę nic do oglądania w tej drużynie), co nie rokuje dobrze, panie Doc Rivers. Ale to tak jednym uchem, bo słońce raziło, a ja zabrałem się za "High Road to China" (nie wyszło, bo ktoś pomylił pliki i dwa razy wrzucił piąty) oraz rozszerzone wersje King Crimson w edycjach na 40-lecie (książkę też przywiozłem ze Stogów, żeby przypomnieć sobie).
Jajo/parówki/kawa i idziemy.
Długi spacer, aż do drugiego lidla, bo ten nieczynny do marca, dużo słodyczy, które zeżrę oraz słonych rzeczy, które wciągniemy. Lód na drogę i dużo światła i kawałek prawdziwej wiosny. To świeże powietrze mnie wykończyło. Wykończyłem zaś "Szaleństwo katalogowania" (bo co właściwie teraz innego robię). Piękna książka, piękny papier, piękne obrazki, piękne teksty (np. ten Calvino mogę zastosować do winyli).
Świeżusieńka bagietka.
Kotlety usmażone, ale soczyste. Klasyk.
***
Troszkę ponapisywałem, następnie zaprzyjaźniłem się z Le Loup na dwie płyty, studyjne King Crimson w rozszerzeniach, nawet jestem ciekawy, np. McDonald & Giles brzmi wciąż przepięknie i jest tak czystko i dokładnie nagrany. Jak oni to robili?
***
Internet mi powiedział parę rzeczy, Litlle Dragon nie zachwyciła, ten amerykański zespół alternatywny (i teraz już oczywiście nie pamiętam) tak, zaś wiedźmy, szczególnie rechotki i Czarna Alice dały nam popalić. Tak do północy.
***
3 monitory:
— na jednym piszę
— na drugim mam foto (mógłbym mieć program)
— na trzecim wyświetlam teledyski Sharon Jones (i słuchamy)
(w sumie na czwartym mógłbym wyświetlać film)
słowem:
WYPAS
***
Więc z rana słuchałem jak Clippers znowu nie dali rady Grizzlies (jakoś nie widzę nic do oglądania w tej drużynie), co nie rokuje dobrze, panie Doc Rivers. Ale to tak jednym uchem, bo słońce raziło, a ja zabrałem się za "High Road to China" (nie wyszło, bo ktoś pomylił pliki i dwa razy wrzucił piąty) oraz rozszerzone wersje King Crimson w edycjach na 40-lecie (książkę też przywiozłem ze Stogów, żeby przypomnieć sobie).
Jajo/parówki/kawa i idziemy.
Długi spacer, aż do drugiego lidla, bo ten nieczynny do marca, dużo słodyczy, które zeżrę oraz słonych rzeczy, które wciągniemy. Lód na drogę i dużo światła i kawałek prawdziwej wiosny. To świeże powietrze mnie wykończyło. Wykończyłem zaś "Szaleństwo katalogowania" (bo co właściwie teraz innego robię). Piękna książka, piękny papier, piękne obrazki, piękne teksty (np. ten Calvino mogę zastosować do winyli).
Świeżusieńka bagietka.
Kotlety usmażone, ale soczyste. Klasyk.
***
Troszkę ponapisywałem, następnie zaprzyjaźniłem się z Le Loup na dwie płyty, studyjne King Crimson w rozszerzeniach, nawet jestem ciekawy, np. McDonald & Giles brzmi wciąż przepięknie i jest tak czystko i dokładnie nagrany. Jak oni to robili?
***
Internet mi powiedział parę rzeczy, Litlle Dragon nie zachwyciła, ten amerykański zespół alternatywny (i teraz już oczywiście nie pamiętam) tak, zaś wiedźmy, szczególnie rechotki i Czarna Alice dały nam popalić. Tak do północy.
23 lutego, niedziela
Odcinek z leniwą niedzielą, co wcale mnie nie martwi
My drogi i Miłościwie Nam Panująca zwiedzamy okolicę publiczną.
Wstaję regularnie jak w zegarku. 8:19.
Jewel of the Nile (1985) — nic z tego nie będzie. Za dużo wczesnych lat 80.
Oglądałem jednym okiem, a oni znowu postawili na nerwy, ale dzięki Nene oraz udanej/rozsądnej akcji Walla było jednopunktowe zwycięstwo nad Pelicans. Zadebiutował Andre Miller, pokazał przez chwilkę co umie, wrócił też Al Jefferson, Gortat tym razem solidnie z double-double, tylko te nietrafiane wolne!
***
Porobiłem zakusy, utwierdziłem się w przekonaniu, że wysyłka z Dustygroove jest naprawdę dobra w cenie (i skarbach również) (9,5 + 3,5 za każdą następną) (na licytacjach jest drożej i mniej skumulowanie) pozazdrościłem wczorajszych parówek, mecz będzie na wieczór. + King Crimson, teraz live.
***
Stwierdziłem, że dzisiaj nie będę się oszukiwał i zamiast historii powszechnej pochichrałem się z mvp. (walentynki z Czarne kwiaty/Białe korzenie, MVP luty 2014 są mistrzowskie). Słuchanie tych odchodzących i tych nadchodzących (Swans kontra Previn). (Andre jest od dwóch dni dobry na dzień dobry). Była akcja z klejeniem obcasów i filiżaneczki. Idziemy na świeże powietrze. Park Oliwski (wiosna już tuż tuż), a zwiedzanie katedry oliwskiej przywołuje wakacyjne zwiedzanie zagranicznych kościołów.
***
Hamburgier wciąż pyszny, wino półwytrawne, zdjęcia klasyków rocka może nieco zbyt ciemne, ale trzeba się przymierzyć do katalogowania.
***
Oooo, Maurice Jarre — Lawrence of Arabia (1962) — ze względu na temat główny napraaawdę warto zobaczyć co i jak.
***
Cudownie, że sklep pod blokiem jest do 19, można pić piwo zupełnie bez obaw do woli.
***
UWAGA! Krawcowa.
***
Acha, od wtorku miałem denerwujący katar, który obniżał moje i tak już niskie przyjazne nastawienie do świata, ale wynika z tego, że dzisiaj już jest bardzo do przodu.
***
Tymczasem podglądam (a nawet patrzę) (na żywo) na OKC-LAC. Chłopaki rzucają jak szaleni, wynik wciąż się przechyla, Doc dostał technicznego, DeAndre rzuca 44% wolnych, faulują nieładnie Griffina (chwilowo nie radził sobie z Ibaką i Collisonem), Crawford i Barnes mają dobry dzień (cyferki pokopiuję później) (chyba że wleję zanim zdążę cokolwiek), do przerwy było jakieś 77-68 dla Clippers, gdzie Paul rzucał mało, ale jak już rzucił to wpadało, same ustawione pozycje. Natomiast widać, że obok wesołych eksplozji nieokiełznanego talentu OKC (każdy może grać, każdy może wygrywać), to LAC mają braki w drugim garniturze, nie ma nazwisk = nie ma graczy.
Odcinek z leniwą niedzielą, co wcale mnie nie martwi
My drogi i Miłościwie Nam Panująca zwiedzamy okolicę publiczną.
Wstaję regularnie jak w zegarku. 8:19.
Jewel of the Nile (1985) — nic z tego nie będzie. Za dużo wczesnych lat 80.
Oglądałem jednym okiem, a oni znowu postawili na nerwy, ale dzięki Nene oraz udanej/rozsądnej akcji Walla było jednopunktowe zwycięstwo nad Pelicans. Zadebiutował Andre Miller, pokazał przez chwilkę co umie, wrócił też Al Jefferson, Gortat tym razem solidnie z double-double, tylko te nietrafiane wolne!
***
Porobiłem zakusy, utwierdziłem się w przekonaniu, że wysyłka z Dustygroove jest naprawdę dobra w cenie (i skarbach również) (9,5 + 3,5 za każdą następną) (na licytacjach jest drożej i mniej skumulowanie) pozazdrościłem wczorajszych parówek, mecz będzie na wieczór. + King Crimson, teraz live.
***
Stwierdziłem, że dzisiaj nie będę się oszukiwał i zamiast historii powszechnej pochichrałem się z mvp. (walentynki z Czarne kwiaty/Białe korzenie, MVP luty 2014 są mistrzowskie). Słuchanie tych odchodzących i tych nadchodzących (Swans kontra Previn). (Andre jest od dwóch dni dobry na dzień dobry). Była akcja z klejeniem obcasów i filiżaneczki. Idziemy na świeże powietrze. Park Oliwski (wiosna już tuż tuż), a zwiedzanie katedry oliwskiej przywołuje wakacyjne zwiedzanie zagranicznych kościołów.
***
Hamburgier wciąż pyszny, wino półwytrawne, zdjęcia klasyków rocka może nieco zbyt ciemne, ale trzeba się przymierzyć do katalogowania.
***
Oooo, Maurice Jarre — Lawrence of Arabia (1962) — ze względu na temat główny napraaawdę warto zobaczyć co i jak.
***
Cudownie, że sklep pod blokiem jest do 19, można pić piwo zupełnie bez obaw do woli.
***
UWAGA! Krawcowa.
***
Acha, od wtorku miałem denerwujący katar, który obniżał moje i tak już niskie przyjazne nastawienie do świata, ale wynika z tego, że dzisiaj już jest bardzo do przodu.
***
Tymczasem podglądam (a nawet patrzę) (na żywo) na OKC-LAC. Chłopaki rzucają jak szaleni, wynik wciąż się przechyla, Doc dostał technicznego, DeAndre rzuca 44% wolnych, faulują nieładnie Griffina (chwilowo nie radził sobie z Ibaką i Collisonem), Crawford i Barnes mają dobry dzień (cyferki pokopiuję później) (chyba że wleję zanim zdążę cokolwiek), do przerwy było jakieś 77-68 dla Clippers, gdzie Paul rzucał mało, ale jak już rzucił to wpadało, same ustawione pozycje. Natomiast widać, że obok wesołych eksplozji nieokiełznanego talentu OKC (każdy może grać, każdy może wygrywać), to LAC mają braki w drugim garniturze, nie ma nazwisk = nie ma graczy.
wtorek, 8 kwietnia 2014
NBA luty 2014
obfitował w wydarzenia (i screeny)
dzisiaj taki miesiąc retro, wspominkowy
![]() |
| cieszymy się |
![]() |
| Kenyon Martin/Wilson Chandler/Raymond Felton — NYK fellas |
![]() |
| Dumas |
![]() |
| Jermaine — jakby wciąż dziecięcy |
![]() |
| Reggie Evans kiedyś też był mlody |
![]() |
| Steve już nie jest |
![]() |
| Tobias Harris Glen Davis victory dunk over Oklahoma — ostatni taki Glen w koszulce |
![]() |
| oj jaka radość! |
![]() |
| choć jeszcze przedwczesna |
![]() |
| ale MECZ kariery chłopakowi się udał ze szczęśliwym zakończeniem |
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Odcinek z łagodzeniem histerii
20 lutego, czwartek
My drogi i Miłościwie Nam Panująca napoczęliśmy obiecujący serial.
Gortat bardzo dobrze w I kwarcie, ale w III już 4 faule (nie do końca sprawiedliwe), a Atlanta wróciła do gry (jakby z łatwością). Ale uff, Wizz dowieźli, Teague upadł na stopę Gortata i się kontuzjował, Gortat 7/9 = 14 pkt, 12 zb., 2 bloki. 114-97.
***
Whoa! Steve Blake poszedł do Golden State usłyszałem właśnie w przypadku Lakers-Houston. Oczywiście jest buuuu na Howarda. Czyżby Pau do Suns usłyszałem? E-e. 75-104 po III kwartach, tylko przegląd. 108-134. Nikt na to nie patrzał.
***
Nie pochwalam tego przy przesadzie (akcje sami przeciwko wszystkim — play-off 2013), ale przy meczach Bulls z reguły bywa gorąco, jest walka, są emocje. Tym razem zagotował się Psycho-T (jednak nie jest z niego koszykarz na miarę), a Toronto goni. Końcówka IV kwarty byłaby bardziej emocjonująca, gdybym był bardziej wyspany. Kwiatkowski rzecze: generał Lowry. Taj Gibson wyfaulowany. 10 s do końca, punkt straty i... nie weszło. Plus rzuty i 92-94.
***
I poszedł Jason Terry za Marcusa Thorntona (Nets-Kings). Ale to już jest zjazd.
***
John Barry — The Ipcress File (1965) — znakomicie przypomniało mi, że mam wysokojakościowy film do obejrzenia. Ta dam! A dzisiaj wieczór z trade-dead-linem.
***
Homeland!
***
A zatem siedziałem trochę tu i trochę tam. Niby nic się nie działo, ale parę nazwisk poszło i czytałem na bieżąco live-chata. Jakieś emocje tam byli, głównie ekscytacja tym, że się dzieje albo przynajmniej może się wydarzyć. Do tego zapakowałem 4 paczuszki, które wysłałem w piątek po robocie. Trwało to do 21 z minutami, a potem napoczęliśmy rozpoczęcie (ja jestem za, ale ja zawsze jestem za) (no, prawie) i dawno nie słyszany popcorn mniam.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca napoczęliśmy obiecujący serial.
Gortat bardzo dobrze w I kwarcie, ale w III już 4 faule (nie do końca sprawiedliwe), a Atlanta wróciła do gry (jakby z łatwością). Ale uff, Wizz dowieźli, Teague upadł na stopę Gortata i się kontuzjował, Gortat 7/9 = 14 pkt, 12 zb., 2 bloki. 114-97.
***
Whoa! Steve Blake poszedł do Golden State usłyszałem właśnie w przypadku Lakers-Houston. Oczywiście jest buuuu na Howarda. Czyżby Pau do Suns usłyszałem? E-e. 75-104 po III kwartach, tylko przegląd. 108-134. Nikt na to nie patrzał.
***
Nie pochwalam tego przy przesadzie (akcje sami przeciwko wszystkim — play-off 2013), ale przy meczach Bulls z reguły bywa gorąco, jest walka, są emocje. Tym razem zagotował się Psycho-T (jednak nie jest z niego koszykarz na miarę), a Toronto goni. Końcówka IV kwarty byłaby bardziej emocjonująca, gdybym był bardziej wyspany. Kwiatkowski rzecze: generał Lowry. Taj Gibson wyfaulowany. 10 s do końca, punkt straty i... nie weszło. Plus rzuty i 92-94.
***
I poszedł Jason Terry za Marcusa Thorntona (Nets-Kings). Ale to już jest zjazd.
***
John Barry — The Ipcress File (1965) — znakomicie przypomniało mi, że mam wysokojakościowy film do obejrzenia. Ta dam! A dzisiaj wieczór z trade-dead-linem.
***
Homeland!
***
A zatem siedziałem trochę tu i trochę tam. Niby nic się nie działo, ale parę nazwisk poszło i czytałem na bieżąco live-chata. Jakieś emocje tam byli, głównie ekscytacja tym, że się dzieje albo przynajmniej może się wydarzyć. Do tego zapakowałem 4 paczuszki, które wysłałem w piątek po robocie. Trwało to do 21 z minutami, a potem napoczęliśmy rozpoczęcie (ja jestem za, ale ja zawsze jestem za) (no, prawie) i dawno nie słyszany popcorn mniam.
21 lutego, piątek
Odcinek z porannymi przechodzącymi z wczoraj wydarzeniami. The Rematch.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca sorczak za pomylenie Emm.
Wiadomo, były trady, się działo, ale najpierw mecz dnia. Wrócił Westbrook, trochę ponawsadzał, była wrzawa, po czym James zaczął 5/5, dopiero nie trafił wolnego i 3, ale wciąż 6/7 po 5 minutach. Mocne otwarcie. Podobnie jak w pierwszym meczu, na początku Miami wygladają jak mistrzowie świata. Ale mecz jest długi. OKC 9 strat i 17-34.
Zasadniczo myśl ZNYKa — czy im jeszcze zostało paliwo w baku, gdyż Allen i Batier to już tylko cienie legend, ale wciąż druga piątka wygląda bardzo porządnie i układnie. Thunder jednak za młodzi by ich zapamiętać.
Ponownie dużo strat Miami i doszli na 47-54. W III Miami broniło i trafiało, ale roztrwoniło przewagę nawet 20 pkt, w końcówce 1/8 i 65-76.
IV - Miami dobrze gra, reaguje na ataki OKC, w połowie LeBron dostał w nochala i krwawił jak prosiak, ale dunka zdrobił. Mecz stracił energię, mimo że OKC przez chwilę wykorzystywało okazję by gonić rywala. Czekamy na wieści z szatni. Nawet miejscowa publika ucichła. Brooks chyba też uznał, że w takiej sytuacji głupio byłoby wygrać i zdjął starterów. 81-103.
***
Debiut Steve'a Blake'a! Dostał owację. Zawodnicy nba, którzy wyglądają na chorych na HIV są ok. I to właściwie było dla mnie historią meczu, bo Curry nie trafiał, Igudala grał słabo, Lee trzymał grę (11/22 — 28 pkt. Końcówka emocjonująca, punkt za punkt. I będzie dogrywka. Trochę siadło przez rzuty wolne, ale ostatecznie 102-99. Miło. Mimo słabych statystyk (1/5 za 2, 1/4 za 3, 1 as., 1 strata, -16 — najgorzej w całym zespole w 18 min), to Blake przynajmniej wyglądał mi, że wie co robi.
***
John Barry — Robin And Marian (1976) — melodię główną znam. Więc trzeba resztę. "Chase" mnie również przekonuje. Aż za dobrze pamiętam film.
***
"Dawn In Sherwood" kaseta rocks!
***
Umarłem w drodze do domu i podobnie odpadłem z łbem i energią w drodze do. Było nas 13, zatem było sporo zmian, więc mimo że grałem krócej, to jak wpadałem na 5 min to biegałem szybciej niż zazwyczaj, bo nie musiałem się oszczędzać. Wynik energetyczny na koniec — jednak mniejsze wyczerpanie. Ponieważ miałem dziurawe ręce i krzywe oko (inni też, jakby co), to skupiałem się na bieganiu i robieniu wiatraka. Ale parę solidnych zbiórek w ofensywie to było coś.
***
No iśmy się zebrali, więc mimo pomylenia nazwisk i mimo początkowego nierozwoju, film This is the End (2013) okazał się ekstrawaganckim wystrzałem z tekstami i kolorowanką. Czyli technicznie bez zarzutu ani wstydu, ponadto dopracowane w szczegółach, dialogach, muzyce, grze aktorskiej, obsadzie, kompleksowe i z dnem. Śmiałem się jak głupi, bo to miejscami było śmieszne, i — co ważne — niemal pozbawione żenujących części. Z tegoż to powodu natychmiast przed snem zaopatrzyłem się w Superbad (2007) i przypomniałem sobie McLovin'a. Yea.
Odcinek z porannymi przechodzącymi z wczoraj wydarzeniami. The Rematch.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca sorczak za pomylenie Emm.
Wiadomo, były trady, się działo, ale najpierw mecz dnia. Wrócił Westbrook, trochę ponawsadzał, była wrzawa, po czym James zaczął 5/5, dopiero nie trafił wolnego i 3, ale wciąż 6/7 po 5 minutach. Mocne otwarcie. Podobnie jak w pierwszym meczu, na początku Miami wygladają jak mistrzowie świata. Ale mecz jest długi. OKC 9 strat i 17-34.
Zasadniczo myśl ZNYKa — czy im jeszcze zostało paliwo w baku, gdyż Allen i Batier to już tylko cienie legend, ale wciąż druga piątka wygląda bardzo porządnie i układnie. Thunder jednak za młodzi by ich zapamiętać.
Ponownie dużo strat Miami i doszli na 47-54. W III Miami broniło i trafiało, ale roztrwoniło przewagę nawet 20 pkt, w końcówce 1/8 i 65-76.
IV - Miami dobrze gra, reaguje na ataki OKC, w połowie LeBron dostał w nochala i krwawił jak prosiak, ale dunka zdrobił. Mecz stracił energię, mimo że OKC przez chwilę wykorzystywało okazję by gonić rywala. Czekamy na wieści z szatni. Nawet miejscowa publika ucichła. Brooks chyba też uznał, że w takiej sytuacji głupio byłoby wygrać i zdjął starterów. 81-103.
***
Debiut Steve'a Blake'a! Dostał owację. Zawodnicy nba, którzy wyglądają na chorych na HIV są ok. I to właściwie było dla mnie historią meczu, bo Curry nie trafiał, Igudala grał słabo, Lee trzymał grę (11/22 — 28 pkt. Końcówka emocjonująca, punkt za punkt. I będzie dogrywka. Trochę siadło przez rzuty wolne, ale ostatecznie 102-99. Miło. Mimo słabych statystyk (1/5 za 2, 1/4 za 3, 1 as., 1 strata, -16 — najgorzej w całym zespole w 18 min), to Blake przynajmniej wyglądał mi, że wie co robi.
***
John Barry — Robin And Marian (1976) — melodię główną znam. Więc trzeba resztę. "Chase" mnie również przekonuje. Aż za dobrze pamiętam film.
***
"Dawn In Sherwood" kaseta rocks!
***
Umarłem w drodze do domu i podobnie odpadłem z łbem i energią w drodze do. Było nas 13, zatem było sporo zmian, więc mimo że grałem krócej, to jak wpadałem na 5 min to biegałem szybciej niż zazwyczaj, bo nie musiałem się oszczędzać. Wynik energetyczny na koniec — jednak mniejsze wyczerpanie. Ponieważ miałem dziurawe ręce i krzywe oko (inni też, jakby co), to skupiałem się na bieganiu i robieniu wiatraka. Ale parę solidnych zbiórek w ofensywie to było coś.
***
No iśmy się zebrali, więc mimo pomylenia nazwisk i mimo początkowego nierozwoju, film This is the End (2013) okazał się ekstrawaganckim wystrzałem z tekstami i kolorowanką. Czyli technicznie bez zarzutu ani wstydu, ponadto dopracowane w szczegółach, dialogach, muzyce, grze aktorskiej, obsadzie, kompleksowe i z dnem. Śmiałem się jak głupi, bo to miejscami było śmieszne, i — co ważne — niemal pozbawione żenujących części. Z tegoż to powodu natychmiast przed snem zaopatrzyłem się w Superbad (2007) i przypomniałem sobie McLovin'a. Yea.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















