Adekwatny tytuł.
***
Przygotowanie sałatki jednak trochę zajęło (się wycwaniłem, a co), potem kawa, ciastko i nagrywka. Tym razem bardziej niż minimalna głośność nagrania przy maksymalnym poziomie nagłośnienia = jest postęp. Jestem zadowolony z efektu, bo mam czego chciałem. Columbus będzie cacy. Przechadzka i czas minął jak z bicza strzelił. Jak wracałem po ciemku przez park, to akurat towarzystwo siedzące na schodach było nieinwazyjne. Załapałem się jeszcze na "Leap Year" (2010). Matthew Goode (Brideshead Revisited!).
piątek, 25 sierpnia
Telefon i znowu karta mi zeszła. Tradycja taka.
***
Graliśmy z jakimiś mega szybkimi dzieciakami i jednym dużym, szło tragicznie, ale było git. W ogóle był niesamowity upał. Nie przypominam sobie, byśmy mieli tak duszny wieczór tego lata.
***
Mała hurtowa produkcja opiekanek i jedziemy.
***
"Orzeł i reszka" (1974). Czyli polska wersja walki obcych wywiadów i Ryszard Filipski po raz kolejny w roli twardego zawodnika: James Bond i Harry Palmer w jednym. Uogólniając — fatalny film. Aczkolwiek nienaturalność wszystkich przedstawionych zjawisk i postaci nawet mnie chwilami bawiła. Ba, nawet muzyka starała się dobić do istniejących schematów filmów szpiegowskich. Ach, i wzruszająca scena początku związku głównych bohaterów ("listy do pani pisałem").
poniedziałek, 22 sierpnia
Okazało się, że Kamila jest dobrym kierowcą, a ja jestem znakomitym pilotem. W związku z przewidywanymi problemami komunikacyjnymi wracaliśmy przez Olszynkę, więc mimo nieznajomości terenu z punktu widzenia pasażera samochodu, daliśmy radę szybko i sprawnie.
***
Chłopaki się spóźnili ponad godzinę. W życiu na żadną dziewczynę tyle nie czekałem. Wojt na akustyku, Endriu na basie akustycznym. Endriu jest mocno w gazie, więc grał, szalał i będzie bardzo barwnym elementem występów. Śpiewanie bez nagłośnienia w towarzystwie obcych idzie coraz odważniej. Będzie git.
wtorek, 23 sierpnia
Próba. Dobra próba. Przesiewamy nowe numery. Będziemy grać country-rocka. Albo stereophonics.
środa, 24 sierpnia
Praca, praca, praca. Obiad zrobiony, naczynia wymyte, mieszkanie posprzątane.
***
"Heartbreaker" (2010).
***
— To po takiej komedii romantycznej musimy obejrzeć coś czarno-białego i starego.
— Chodź, lepiej obejrzysz mnie.
— Czyli co, spełniasz wszystkie kryteria?
sobota, 20 sierpnia
I tak miałem już wstawać, więc budzik, który zapomnieliśmy wyłączyć pomógł mi w podjęciu decyzji. Dokończyłem miks i wyciągnąłem zakurzone głośniczki. Okazało się, że dowaliłem tyle przesteru na wokal, że nie dało się tego słuchać. Drastycznie to zmniejszyłem, wyciszyłem połowę elementów perkusji, a i wciąż mam nadmiar sopranów. Odtworzyłem sobie płytę Skin Yard — koszmarna muzyka. No i nasz numer brzmi w mniej więcej tym stylu. Brzmi to koszmarnie. Johny mówi: MIAZGOT. Ale po dwóch dniach jestem zadowolony z miksu. Tzn. jest to straszne, ale po raz pierwszy udało mi się zrobić rockowy nr z pełnym łupnięciem. Oczywiście trzeba będzie to zmienić, ale jest kilka opcji.
***
Po zakupach obiad i już właściwie trzeba było się zbierać. Strój i charakteryzację miałem już ustalone wcześniej. Transport sprawnie, potem dużo czekania, oczywiście miast pomyśleć wcześniej i zabrać zapasy z domu, wszystko kupiliśmy w sklepie. Dzieci poszły się bawić w piasku, ja siedziałem na słoneczku i miałem chill-out. Na tyle, że już się zrobiłem przed występem i przy pierwszym numerze niemal zaliczyłem siad na pupę. Raus! of my Eyes byli git i ich lubię. Oni są nawet starsi od nas. Jako, że czas gonił organizatorów, to skrócili nam występ, ale Przem wykazał się sprytem i wyszarpał nam 3 minuty na znakomite zakończenie. Skoro okoliczności przyrody były takie, a nie inne miałem za zadanie głównie nie upaść, potem sobie poskakać, a na końcu zagrać parę pasujących do siebie dźwięków. Nie wiem, jak inni, ja bawiłem się dobrze. (na razie nie ma super fajnych fot)
***
Już po spakowaniu maneli dopadło mnie olśnienie, więc na pożegnanie przy wozie rzekłem: "Jest Wojt, Michał, Paweł i Endriu — idę się najebać". Jakeśmy postanowili, takeśmy uczynili. W związku z czym w obudziłem się z uśmiechem na ustach i pozostałem z nim pół niedzieli. Potem się okazało, że uda mam tak bolejące, że dość ciężko mi się chodzi, że o wstawaniu z krzesła lub chodzeniu po schodach nie wspomnę.
Byłem w znakomitym towarzystwie i bawiłem się znakomicie. Być może czasem zanadto znakomicie (tańce połamańce), ale przecież trochę trzody jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Chyba. Kursowaliśmy między sceną rock a electro i na tej drugiej spędziliśmy więcej czasu. Z koncertów widziałem Plum (ej, wokal brzmi tak samo jak na płycie) i to było znakomite (nie ma to jednak, jak grać po zmroku) (kawał old schoolowego noise'u w stylu No Means No) oraz kawałek Olafa, ale on z kolei jechał zbyt ostro. Boże, jak świetnie jest mieć kierowcę z samochodem. Oprócz tego jeszcze tarzaliśmy się po piasku i robiliśmy plan/plany/plany na Umpagalore 2. Takie sprawy.
niedziela, 21 sierpnia
Udaliśmy się na ostatki jarmarkowe. Połaziliśmy po pchlim targu. Szału nie było, ale nie było jakoś strasznie. To już nie ten czas, żeby się zachwycać, ale czasem można się uśmiechnąć na kolekcję starych pustych klaserów.
***
Wyobraźnia twórców "Kiss Me Deadly" mocno mnie zaskoczyła, więc obraz lokuje się gdzieś między czarnym kryminałem (choć jak sobie przypomnę wrażenia z "Sokoła maltańskiego"...) a złym filmem. Najlepsze sceny z greckim mechanikiem samochodowym. Va-va-poom. Bo przecież w gruncie rzeczy to znakomity klasyczny do bólu kuriozalny obraz.
piątek, 19 sierpnia
Nie było kosza, a ja ze spokojem przyjmowałem niepokojące wieści z frontu fląderowego wysyłane przez Przema. W końcu to nie pierwszyzna. I zabrałem się pilnie do "she" Where is Jerry, bo już miałem pomysł/plan i goniłem, żeby go zrealizować.
***
"Jamon, jamon" (1992). Po piątkowym seansie z Javierem i Penelope: "quiero follar con tigo". Oprócz oczywistych korzyści w postaci dobrze odciśniętego przyrodzenia Javiera oraz nagich piersi Penelope, które obcałowywane przez różnych bohaterów jednoznacznie wywołują u nich skojarzenia kulinarne (szynka, torlilla, ziemniaki, znowu szynka) film jest całkiem intrygujący, bo pomijając niemalże atawistyczne zachowania i nieustające żądze, ma kilka szalonych pomysłów (+ jedną niemal surrealistyczną wstawkę), które dodają niesamowitości: naga corrida w środku nocy, numer z papugą (to zaczyna się bardzo obiecująco, ale nie pokazali, co dalej!!).
***
Oraz połówka "Kiss Me Deadly" (1955).
środa, 17 sierpnia
Nie wiem, jak to się stało, czy znowu nie uważałem, bo drugiej części numeru "The Prophet" SDRE jakbym nie słyszał nigdy w życiu. Ogólnie dzień na spidzie bez dopalaczy. BroadcastSea. Po weekendzie przyszedł czas na wszystko. Niczego się nie boję słuchać. Uruchomiłem the tape. Dobrałem się do teledysku, co przerwałem tylko na chwilę, by podejść po okładki (dobrze przycięte, choć skrzydełka, rzecz jasna, dla nas pozostają), po czym z drżeniem (uff, można kopiować cechy stylu na te 600 zdjęć!) wyeksportowałem plik. Jazda: zwykły .avi waży ponad 6 giga! Jest cacy. Mistrzostwo stylu i treści. Jakie znaczące i jakie wzruszające!
***
Pies trącał autentyczność historii. Wciąż uważam, że tak skonstruowany bohater "Mar Adentro" w naszym słodkim kraju nie miał by jak "pączek w maśle". Mam jakieś takie zaufanie dla naszego narodowego charakteru, że po jakimś czasie człowiek usłyszałby: "Nie podoba się? To sam sobie zmień tę płytę frajerze". Po czym człowiek siłą rzeczy musiałby zmienić charakter albo ugrzązłby w łóżku śmierdzącym moczem — nie ma siły, by zachował taką hardość przez rzeczone 28 lat. Tak, proszę państwa.
Oprócz tego podobały mi się nakreślone relacje damsko-męskie, ..... jak zwykle piękna bez żadnych udoskonaleń. Oprócz tego, w razie gdyby historia miała mieć miejsce, to odegrać życiowo rolę Gene (Clara Segura) — to jest wyzwanie. Przedostatnia scena genialnie przewrotna i dogłębnie smutna ("Kto to jest Ramon"). Czyli dzieciaki jednak wiedzą, jak nie tracić życia, tylko rypać się zawczasu.
A oprócz tego popłakałem się w wyniku zupełnie niehollywoodzkiego wyciskacza łez.
I oprócz tego uważam, że jest to stosunkowo słaby film, który ma kilka mocnych scen.
Acha, bandcamp już działa:
http://vreen.bandcamp.com/
Na początek pierwsza solówka.
niedziela, 14 sierpnia
Zebrać musieliśmy się szybko, ale daliśmy radę, a Pyszczku sprawiła genialne śniadaniowe opiekanki. Jar Raduni!
***
Początek zaskoczył nas obfitością powalonych pni, a nieco wyżej, na niebieskim szlaku (szlak! szlak!) wielkością zarastania i wielością mokrych krzaków, gałęzi i liści. Zeszliśmy znowu niżej, ale szlak i tak dołączył do nas, gdy doszliśmy do drewnianego, nieco chwiejnego mostku. Potem bardzo wygodna leśna trasa przeciwległym brzegiem, aż do niewielkiego zbiornika wodnego, gdzie mieliśmy prawdziwy piknik z jajkami na twardo, ogórkami i moscatelem. Jako że i tak byłem wyciszony, to rozłożyłem się kompletnie i byłem gotów drzemać na tym kocyku turystycznym do końca tego niezwykle ciepłego i słonecznego (jak na ostatnie możliwości) dnia. Powrotna wędrówka przez krzaki i chaszcze bardzo przygodowa. Nawet kajakarze pojawiali się gęsto na spływie.
***
Korzystając z okazji, nawiedziliśmy biedrę (moscatel x 5) oraz pole aroni. I wszystko dzięki A&E. Absolutnie fantastycznie.
***
Po czym w domu, nienawykły do spania w środku dnia, uciąłem se na balkonie 1,5-godzinną drzemkę w oczekiwaniu na wieczorne przyjemności. Postanowiłem jeszcze skorzystać z ostatnich letnich promieni słońca na balkonie.
***
Jerzy może nie jest specjalnie zadowolony z naszych postępów w Caylusie, ale i tak spędziliśmy upojne godziny, dogrywając mile spędzony czas w kości.
poniedziałek, 15 sierpnia
Tym razem uratowała nas pogoda, więc zaliczyłem kolejny haczyk, który spędzał mi sen z powiek. Zrobiłem nieco ponad 600 fot, poszło mi sprawnie, podobnie jak z programem od Piotra. Mówił, że nie jest intuicyjny, a jest. Trochę gmerania z szybkością trwania klatki i przejścia i już. Już na wstępie było widać, że kadry układają się tak, że sprawiają wrażenie ruchu. Super. Potem jeszcze wpadłem na pomysł obróbki zdjęć filtrem. Dzięki bogu za sprawne oprogramowanie z save'owaniem akcji oraz nową szybką bestię! (znowu A!). Więc pod wieczór zdjęcia już miałem wstawione. Mówiłem wcześniej: "wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego, że zdjęć będę miał zanadto". I ch.. Numer 3:29, a zdjęć wyszło na 3:17. Na szczęście ma się tę głowę do napisów wstępnych i końcowych. "Hereafter" (2010) — co zrobić. Ok — jest jedna korzyść — chciałbym się zapisać na taki kurs gotowania.
wtorek, 16 sierpnia
Właściwie przez cały dzień nie mogłem wysiedzieć, żeby się dobrać do "teledysku", a to przecież jeszcze nie teraz. Zakupiłem sobie wreszcie własną kostkę (poprzednia tragicznie zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach), Przem trenował swojego nowego fendera mustanga (wolałbym inny kolor :), a myśmy przetrenowali się na okoliczność soboty. Chyba wróciłem dość wcześnie, bośmy oglądali pierwszą połowę "Mar Adentro" (2004).
Foto ztond:
http://www.swiatobrazu.pl/fotografie/galeria,zdjecie,uzytkownika,jesien_45_28zv57vty59ibfxi8gzm5b