wtorek, 19 sierpnia 2008

diamond dogs

z okazji długiego deszczowego weekendu obejrzeliśmy kilka filmów

Diamond Dogs (2007) to chyba fantastyczne marzenie Dolpha Lundgrena, reżyserował go, mógł pojechać do Chin i Mongolii, dobrze wyglądał, bił się, miał własne pomysły, chyba nawet okoliczna ludność go tam lubiła
film zebrał miażdżące recenzje, to jeden z takich, który jest tak denny, że aż można się zachwycić
na przykład Dolfi zrobił sobie nowocześniejszy design, gra już zmęczonego faceta, potrafi być też czuły wobec kobiet, scenariusz jest nędzny, sceny walki w stylu starych dobrych filmów na wideo — klasyka kina akcji klasy C; nauczył się jeszcze nowej sztuczki — puszcza tzw. kamerę z ręki, wtedy obrazki wyglądają bardziej realistycznie, czasem wygląda to tak, jakby ekipa pojawiała się na jakimś "realnym" planie, a kamera z boku filmowała ich naturalne zachowanie (ot, po prostu nie robili nic), wraz z ewentualnymi reakcjami miejscowej ludności — jak na Dolfiego, to i tak postęp!
inny Dolfi, wujek Dolfi - Hitler: Narodziny zła (2003) — 4 godziny! (to właściwie mini serial)

obejrzeliśmy po hiszpańsku, właściwie zrozumieliśmy treść
Robert Carlyle zagrał tak, że rzeczywiście można było poczuć odrazę do postaci; no i ładnie oddane "realia" epoki (choć skąd ja się mogę na tym znać, nie żyłem wtedy) — uzupełnijmy — realia epoki zgodne z moimi wyobrażeniami

Julianna Margulies (pamiętana z "Ostrego dyżuru") bardzo ładnie i elegancko wyglądała


Georgia Rule (2007) (polski tytuł "Twarda sztuka"! he he)

słabawy w gruncie rzeczy obraz, w którym doniosłą tematykę i "ważne sprawy" usiłowano połączyć z sielskim obrazem ameryki niemal z lat 50/60 — wyszło z tego kolorowe kino familijne z obowiązkowym (niemal) happy endem; nieprzekonujące;
elementy komediowe filmu były niezłe (głównie sceny u weterynarza; jak też
"środkowisko mormońskie" — czy cokolwiek to było); zachwyty nad Jane Fondą, oprócz tego, że dobrze wygląda, przesadzone, rola raczej niewiarygodna, zbyt duża lekkość zycia, przy takim obciążeniu psychologicznym (że tak powiem)

Lidsay Lohan wygląda na niezłą sluciarę (a kto to, Mateuszku jest sluciara?)
na pewno ma ładne piegi
podobno to jakaś celebryty, tak mawiają

i najlepszy film z zestawu (nic nie ujmując wujkowi Dolfiemu, ale temat raczej przygnębiający)
Dot.com (2007) — portugalski (trochę słówek podobnych rześmy wysłyszeli)
film zupełnie nieobecny w Polsce, nakręcony w przepięknym krajobrazie, jest komedią w przyjemny sposób przedstawiającą "typową" wiejską społeczność i jej wady tudzież przypadłości, w lekki sposób antagonizmy portugalsko-hiszpańskie, z dobrym pomysłem na scenariusz (jedynie motyw romansu kuleje) — rewelacja

ach, mieszkać w takich okolicznościach przyrody!

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

rosłe Japonki pokonały filigranowe Polki

czwartek, 14 lipca (jeszcze bez medali)
niby trochę racji — ale to właściwie studzenie nastrojów
to nie forumowicze ani autorzy blogów, lecz naczelny pan z naszego pkol (Nurowicz?Nurowski? — jak go tam zwał) obiecywał "gruszki na wierzbie", a już przynajmniej więcej medali niż w Atenach

po wtóre — nie narzekałbym na szary polski tłum, do którego należę — za siedzenie przed tv i żłopanie piwska — francuzi piją codziennie wino do obiadu, niemcy piwo, nikt im tego nie wyrzuca, a SPORTOWCY tych krajów osiągają wyniki

mówimy o statusie SPORTOWCA (jak marnej kondycji by nie był, rozumiem, za 700 zeta miesięcznie trudno wyżyć, mieć na odżywki i sprzęt), człek przed tv nie jest sportowcem, z reguły jest już powyżej 20 roku życia i jego wola, czy będzie sobie sprawiał kondycję czy nie, nawet gdyby zaczął trenować, wyników nie osiągnie
sukcesy sportowe nie biorą się od prowadzenia zdrowego trybu życia przez masy emerytów, lecz od systemu szkolenia dzieci, że tak powiem od kołyski (brawo nasi działacze!)
ja od dzieciństwa byłem mierny (zawsze w grach drużynowych wybierali mnie na końcu) i nikt nie może ode mnie wymagać, bym osiągał wyniki
natomiast członek reprezentacji olimpijskiej zapewne osiągnął już jakiś wyniczek, zapewne nie jechał do pekinu na stopa, zaś większość tych miernych występów jest wynikiem jakiegoś kosmicznego zaangażowania, złej taktyki, braku pomyślunku i pewnego pędu do sukcesu — przynajmniej tak to wygląda z boku: ledwo wyszedł na matę/parkiet/cokolwiek już przegrywa frajersko jedną bramką, rzutem, chwytem, czy faktem, że przeczekać kilka sekund w pozycji "spoczynkowej" a czas zwycięskiego meczu dobiegłby do końca
wystarczy popatrzeć na nasze siatkarki — czy tak się zachowują dorośli ludzie, którzy każdy swój element gry, bycia w drużynie poświęcili ku wspólnemu zwycięstwu? (a bo trener Bonita jest niefajny itd.)
drugą kwestią, która podważa hipotezę, że "grad medali jest wynikiem nadmiernego pompowania balonu" jest sama argumentacja przegranych sportowców, lista tych niedorzecznych tłumaczeń jest już długa i coraz bardziej ciekawa z psychologicznego punktu widzenia
więc ja mogę od mojej matuli wymagać, żeby przepchała się w spożywczaku i wybrała lepszy chleb, i ona zdaje egzamin, i mogę wymagać od "sportowca", żeby wygryzł plecy przeciwnikowi aby wygrać, ale on woli najwyczajniej w świecie stanąć z boku, aż dowiozą świeże bułeczki i nie trzeba się będzie przepychać
więc oprócz kału, który należy wylać na wszystkich świętych działaczy sportu w polsce, sportowców, którzy nas reprezentując zawstydzają swoim poziomem i (PRZEDE WSZYSTKIM) podejściem można opisać niepochlebnymi słowy, bo zwyczajnie w świecie nie dorośli do rywalizacji sportowej na takim poziomie
i ostrzegając sportowców przed nadmiernym zachłyśnięciem się wyższości ich zawodu oraz trudności życia od przeciętnego robola — ośmiogodzinna harówka choćby w biurze oraz codzienne przeciwności przy słabym wynagrodzeniu — to jest dopiero bohaterstwo — żaden nie podskoczy mojej matuli!
a jeszcze plik nie chce mi się ścignąć, więc uwaga, bo mogę ugryźć!

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

chiny

niedziela, 10 sierpnia
właśnie oglądam spektakularne — albo nawet nie — odpadają masowo, bez jednego strzału dziesiątki polskich "sportowców" — występy na igrzyskach w Pekinie; w ogóle igrzyska to słabe są, plus "profesjonalne" ponad 1000 godzin transmisji tvp — tradycyjnie porażka, naprawdę nie wiem po co ich tam posyłają, sprawozdawców i tych sportowców: po to, żeby jeden z drugim odpadli w pierwszej rundzie?

szkoda pieniędzy

ogólnie Chiny — co prawda gazety teraz otwarcie piszą o nieludzkim systemie i klęsce "zachodniej demokracji", ale jednocześnie bezradnie przyznają, że wolty prezydentów USA czy Francji są po prostu wyrazem zależności gospodarczej, od której nie ma odwrotu — supremacja Chin na świecie jest chyba kwestią czasu (mimo wewnętrznych konfliktów)(oni się nie rozpadną jak ZSRR) — jedyne szczęście (?!) jakie może nas czekać w tej kwestii, że my (współcześnie żyjący) tego nie dożyjemy (= nie będziemy musieli uczyć się chińskiego, zmieniać wiary, prawdopodobnie jako naród leniwy i krnąbrny zostaniemy zwyczajnie wyeliminowani, być może wcześniej przez wielkie państwo rosyjskie)

no proszę, Jasienica poświęcił książkę na to, żeby pokazać, że Polacy nie mają anarchii wpisanej w genetyce narodu, przez wiele wieków w monarchiach Anglii czy Francji występowały mrożące krew nadużycia i działania antyspołeczne, ale jednak najnowsza historia, opór wobec bliskich sąsiadów, a w konsekwencji w jakimś stopniu przyczynienie się do rozbicia i upadku sowieckiego reżimu przynajmniej w naszym własnym mniemaniu utwierdziły ten topik o "wichrzycielach świata", wiecznych anarchistach, ludziach z wrodzoną nieufnością do władzy, nawet własnej

te proste wyorażenia są mocno zakorzenione w nas i Polacy bardzo dobrze się czują z taką opinią, która usprawiedliwia wszelkie postępowanie niezgodne z prawem

w tych gazetowych opiniach bardzo mi się podobała wersja Bugaja, który w liście otwartym oprotestował olimpiadę w Pekinie, ale nie czynił wyrzutów sportowcom (bo nie oni wybierali to miejsce, oni mają rywalizować) ani oglądającym (bo przecież oni zwyczajnie lubią sport), natomiast Tymański pojechał na ostro — oczywiście słusznie przywołując chińskie niesprawiedliwości — mówiąc, że nie będzie takich igrzysk oglądał, bo. W końcu nieoglądanie, to nie jest jakaś istotna forma protestu.

ogólnie najciekawsza była projekcja felietonisty z "Kultury", który pisał o wyścigu po złoża helu na księżycu, które będą za jakiś czas podstawowym źródłem energii; kto wygra (Rosja, USA, Chiny) będzie decydował o tym, jaki system władzy będzie obowiązywał — oczywiście autor życzy sobie i nam, aby wygrali (mimo wszystko) amerykanie — oczywiście to też melodia przyszłości

wracając do codzienności dalekiej od Chin — sobotnia podróż w okolice Nowego Portu (do Mayonesa) w celu zawiezienia gitary do małych napraw pozwoliła mi istotnie nadrobić braki czytelnicze w rzeczonej "Kulturze"; uważam ją od pewnego czasu za doskonały przewodnik po muzyce, książkach i filmach, czy grach komputerowych — może nie wszystko z tego zestawu jest potrzebne, ale zestaw literatury z dodatkowym esejem Pilcha jest bardzo dobrą pożywką

więc dzięki takiej podróży trochę nadrobiłem tej lektury, bo ostatnio martwiłem się, że jedno jeszcze nie skończone, a już nowy tydzień nadszedł, chyba trzeba częściej jeździć tramwajem albo częściej siadać spokojnie na kiblu w domu

są niezłe fragmenty wywiadu z Żuławskim starym, tym od Sophie Marceau — wypasiony koleś (no i wypasione zdjęcie młodego brodatego boga) (ludzie to jednak na starość się starzeją)

no, ale nowa lektura wpadła mi w ręce, wikipediowa historia flmów z 007, szczególnie ciekawe kwestie dotyczą angażowania aktorów, wersji piosenek czy miejsc, w których kręcono sceny - mniam; szczególną ciekawostką jest, że "On her Majesty's secret service" było kręcono w Estoril — i chyba nawet widziałem znajome miejsce z widokiem na port (mam 3 zrzuty z filmu), niestety akurat nie mamy takiego zdjęcia z wakacji, ale przechodziliśmy tamtędy kilka razy, ho ho!

akurat ten film wspominam bardzo miło, wybranka agenta jest całkiem całkiem, akurat w poprzednim "You only live twice" (odcinek momentami naiwnie śmieszny), z genialną piosenką śpiewaną przez Nancy Sinatrę, nie było na czym zawiesić oka — obecnie jestem w połowie, strasznie sentymentalny jest ten odcinek, ja też jestem strasznie sentymentalny, George Lazenby nie jest taki zły (wbrew powszechnym opiniom); co ciekawe, wszystkie jego kwestie (a przecież jest/był Australijczykiem zostały zdubbingowane; co ciekawe znowu, jego występ wtedy został oceniony nieźle, aktor (model) był zakontraktowany na 7 filmów, i wtedy jego agent przekonał go, że w latach 70. taka postać, taki bohater będzie archaiczny i chłopak się wycofał, pogratulować!

refleksja taka, że część aktorek, aktorów angażowanych wtedy do filmów, było u szczytu sławy, grywało w filmach, teraz po latach okazuje się, że zostaną w pamięci bardziej jako postaci drugoplanowe z Bonda niż jako aktorzy z innych obrazów

o wizycie na jarmarku w sobotę nie bardzo jest co wspominać, kwestia "mieszkanie za 5 lat będzie ruderą" jest nieco przesadzona, ale popołudnie na jarmarku zostało popsute; w międzyczasie (w nocy?) miałem okropną wizję powrotu do życia "wyjazdowego" Gdańsk via Poznań — to chyba by mnie zmusiło do napisania intercyzy z wieloma obostrzeniami; a może to wynik tego powolnego smutnego filmu japońskiego (chyba): "Uninvited"; a może to wynik mojego popołudnia pod psem; jednak filmy ze słuchawkami na uszach ogląda się inaczej


niedziela przeputana, a co mi tam!


bohaterką dzisiejszego odcinka była Diana Rigg znana bardziej jako Countess Tracy di Vicenzo

piątek, 8 sierpnia 2008

5 sierpnia, wtorek

nagranie u Endriu wokali do piosenki "zoo => autostop => psychodeliczny kowbuj" — pewnie ten ostatni tytuł będzie adekwatny do treści, wesoła piosnka kowbojsko-rockowa z okrzykiem "tylko rock!" — trzyma klimat
druga "pan maleńczuk" właściwie powinna się zwać "wszyscy jesteśmy dziećmi kazika" bo to tekstowo taki anty-kazik, ponura raczej rzecz, oczywiście dziwaczna

sesja udana, numery poniekąd pomontowane, omówiliśmy z Endriu i Macieyą kwestie przyszłych zysków z płyty JZTZ
6 sierpnia, środa
szybka próba, sprawdzenie dwóch mikrofonów bezprzewodowych — dają niezłe wzmocnienie
w domu zaskakujący wynik wisły 5-0 z Beitarem Jerozolima
7 sierpnia, czwartek
super pogoda się wyjątkowo zrobiła, graliśmy w kosza ze Stachem, Michałem (z vm), przypałętał się jakiś koleś, dziwnie był wypachniony, dziwnie się też jakoś poruszał, ale przynajmniej pograliśmy sobie we 4

wieczorem druga część "Thunderball" — jeżeli chodzi o ścieżkę dźwiękową, to chyba jedna z najlepsiejszych

Luciana Paluzzi (aka Fiona Volpe) — to jedna z lepszych szprych















wtorek, 5 sierpnia 2008

Goldfinger

sobota, 26 lipca
byliśmy na stogach, niby słońce, ale wiało, zdrzemnęliśmy się, ja się spaliłem i w niedzielę już nigdzie nie wyszliśmy

oglądamy Jamesa Bonda, tym razem z napisami hiszpańskimi — frajda jest
w PZPN trwają jakieś piłkarskie jaja, na razie nie odbędą się dwie koljki ligowe
ponadto sezon ogórkowy w pełni (hm, ale dlaczego sezon ogórkowy? przecież takie na małosolne czas jest od połowy czerwca?)

29 lipca, wtorek
jesteśmy już po dwóch sesjach koszykarskich we czterech. występują: Jerzy, Arek (zwany Duszkiem), Stachu no i ja. ja zbieram dodatkowe punkty za styl i asystę z metalowym słupkiem
Wojtek wyłączony z życia i omawiania nagrywania przez ostatnie 4 tygodnie — jakaś choroba, ale nie umiera
nowe dzieci w drodze: Jerzy nr 2, Duszek nr 4, Tomek S. nr 2 - oj, dobrze się dzieje w naszym kraju
weekend 1-3 sierpnia bez szaleństw,
w piątek wpadł Wojtek i uszczegółowiliśmy cięcie wave'ów, oprócz jelit Wojtek ma kamienicę nerkową — pogratulować!
sobota — zlaliśmy ciemne winogorno, nastawiliśmy wiśnię, wieczór spędziliśmy u Duszków
niedziela — swobodny pęd w domu, przyszła pora na "Goldfingera", coś mnie znowu wzięło, pretekst jest — oglądamy napisy po hiszpańsku


w wikipedii zaopatrzyłem się w kompletny spis całości w kolejności
słucham ścieżki dźwiękowej "From Russia with Love" - mniam
zdaje się, że w piątek miałem nastrój i nawet napisałem wiersz o piątku — a w sobotę pogoda się zje....