wtorek, 22 marca 2016

1–13.03.2016



1 marca, wtorek

zatę Żono ma

wstawanie jak wstawanie, więc czytam tego Dehnela, o nim to nawet mam zdanie
u Was nastąpiła zmiana planów (cyklinują, hałasują), więc wylądowaliście na wro, ale sądząc z rozwoju Hegemona, to nie tego boi się dziecko, tylko jest ukloszowione, wysiedziane i wyleniwione, ech ci rodzice
***
jak się zająłem tyrką, to ocknąłem się o 16:09 i trzeba się było zbierać
odebrałem 2LP Ścianki, Białe wakacje, duża firma wyczuła koniunkturę, a ja złapałem lep, ale nówka nieśmiagana ładnie wygląda, 74 zeta, więc co miałem nie brać
***
wracałem przez kaponierę, przypomniał mi się tenże spacerniak, jak jakiś czas temu tej zimy (zimy!) szedłem tędy śniegiem
patrzałem na zebrane zbiory na komórce i ona mówi, że rok i 3 lata temu w marcu i kwietniu jeszcze bywały dni ze śniegiem, więc nie mówmy hop
***
po standardowej wro (Mama była wybitnie zdenerwowana, aż się babci dostało), chociaż nie, dziadek ma ciśnienie na chodzenie wnuczka, wróciliśmy do domu, gdzie była akcja pompowanie, na szczęście mamy dwie pompki
***
— halo, szelki?
***
— halo, klocki? co robicie?
— składamy się
***
wieczorne i zasypianie w normie, potem udałem się na eksplorację piwni, sporo starych słoików poszło, a słuchając 007 i robiąc zdjęcia dokumentacji czułem się naprawdę szpiegowsko
***
ponadto memento mori
dziadek (nie mój), o znanym nazwisku, był zapewne ważną personą, o surowych zasadach i takimż sposobie bycia, sądząc po zostawionej dokumentacji praca była niezmiernie ważnym elementem jego życia, a teraz wszystko do kosza, oczywiście imponują mi te wszystkie rzeczy, których nie rozumiem, wykresy, kaligrafie, wyliczenia, obce nazwy — jakież to nieaktualne dzisiaj! — a ileż godzin musiał nad tym spędzić!
praca, praca
***
wróciłem więc do domu, dwie półki w miarę, jeszcze parę lat i będzie można tam spędzać miło czas, a tymczasem już trzeba się było udawać do snu, i to bez filmu (nie miałem nastroju), choć on się zaskakująco rozkręcił


2 marca, środa

zatę Żono ma

Hammerhead — New Directionz (2015)
jednak rozczarowanie, w dodatku słabo nagrane
***
szedłem dzisiaj do tyrki tylko z jednym przeświadczeniem, że jeszcze 10 godzin i już pochlej
tymczasem wyciągnięto mi stare "grzechy" z przeszłości i się spociłem, ale gładko poszło, więc, ile to godzin zostało?
***
Greed in the Sun (1964)
JPB, hah i gra tutaj Goldfinger!
***
zupełnie spokojne zakupy, całkowicie zachowawcze stanie przy kamieniu (nie miałem potrzeby zwiedzania), r'n'rollowa próba, aż przyjemnie się grało, był pochlej i najebka, wtedy dopiero zrobiłem leśny trakt i siup do domu spać
dopiero następnego dnia przypomniałem sobie, że wyrzuciłem też makulaturę z domu


3 marca, czwartek

zatę Żono ma

The Southern Star (1969)
ze względu na ost i Matta Monro w piosence, ale początek zabawny
***
w drodze powrotnej podpisałem kwit dla nasiona, spotkaliśmy się pod przychodnią, ale dziecko zupełnie oszalałe ("mamo! mamo! tramawaj! daj mi tramwaj! oooo piesek!")
***
wieczorne nam zeszły szybko, z czytaniem pisma świętego i słuchaniem "Machine Head" — to bardzo dobra płyta jest, i nawet po latach, się wsłuchałem w stopę i bas, godnie
bez kąpieli, bo szczepionka, ale zasypianie takie se, to już kolejny taki kryzys połączony z lenistwem, niemniej po 20 wolne, zagotowałem, usmażyłem, podmyłem, wkleiłem napis na grzbiet i jeszcze do snu zobaczyłem stosunkowo realistyczne sceny z życia na zamku w średniowieczu, prócz tego, że dramatycznie tam krzyczą, to fajnie nie mieli ("Lion in Winter")
dobry długi sen


4 marca, piątek

zatę Żono ma

mimo szarzyzny i siąpizny funduję sobie piątek, i to nawet taki psychiczny, bo wszystko już załatwiłem i co mi zrobicie
***
ponadto w ramach odkurzania i sumowania WSZYSTKIEGO rozpisuję ost expanded (tak, to jeszcze nie było zrobione!) i nie brałem dzisiaj walkmana na leśne przechadzki, bo mam to przez cały dzień tutaj, tam będą ambienty
tyle o moim życiu duchowym
***
drożdżówka była, bo była tak wielka i piękna, że
do tego będą pierogi ze szpinakiem, zjem wszystkie 11, a co, wczoraj nie miałem obiadu
to że miałem świetną chińską surówkę, to insza inszość
***
dniówki przeczytane, kolorowych winyli nie będę teraz słuchał, są ważniejsze sprawy, naniosłem nowych plików, doliczyłem się dopiero 48 zestawów, będzie co wypisywać, zatem kiedy ta 16?
***
postanowiłem wziąć coś lekkiego, bo mam dzisiaj wyładowany plecak, więc hopsa po Niziurskiego
***
nauczony poprzednim doświadczeniem wybrałem się na trasę 5,1 km, szał zakupów szał, oglądałem profesjonalne rękawice zimowe — nie kupiłem, byłem na chińszczyźnie — przywiozłem do domu, tak mnie przymroziło ceną, że uznałem, że żarcia już dzisiaj nie będzie, zaliczyłem kolejne sklepy, prawie (ależ było blisko) kupiłem spodnie, potem kiełbasa w jedną rękę, bagietka w drugą i w drogę, z tymi towarami to się nawet zmachałem, więc na kosza przyszedłem już zmęczony, ale świetna trasa (już otrząsnąłem się z tego szoku, że ją wyrównali spychaczem), ponadto świadomość, że Geox respira wciąż jest na śwoim miejscu podziałała kojąco, dobra muza była, więc przygody przygody
***
było nas za mało na duże boisko, więc trza było tyrać, a co więcej — nawet rzucać, zatem ze dwa trafiłem
siup do wrzeszcza, siup do domu, obżarliśmy się i opiliśmy przed nocą (piwo lichi) i siup do dyżurowania


5 marca, sobota

zatę Żono ma

6:14, tak wcześnie to ja nawet do tyrki nie wstaję, ale jakoś bawiliśmy się w łazience i w pokoju do wpół do 9, śniadanie swobodnie, pakowanie, bankomat i lądujemy na Stogach
tym razem spacer wersja krótsza, bo i dziecko zasnęło normalniej, chillowałem się jak zwykle w tych okolicznościach
następnie dziecko, jak każdy dorosły jadło smażoną mortadelę, smażone ziemniaki i piło czarną herbatę (ja nie rozumiem o co ten krzyk), zupełnie zadowolone, te 6 godzin minęło nam bardzo sprawnie, bez płaczy, bez noszenia, może przez to, że jest cieplej i że wykładziny, to ono może się przetaczać we wszystkie strony jak chce, aż się zdyszało = to działa
***
przyjechałaś po nas, już przyszła pora na wieczorne i zasypianie (w miarę normalne), wobec mortadeli wycofałem się na pozycje bezdyskusyjne (czyli do piwnicy), zrobiło się prawie późno, więc można było ze spokojnym sumieniem oddać się dyżurowaniu przed 22


6 marca, niedziela

zatę Żono ma

i dobrze, bo pobudka była wcześniejsza, tylko udało się namówić dziecko na spanie z utrudnieniami — przez pozostałe dwie godziny były przewalanki z prawa na lewo, na plecy, na głowę, na poduszkę, ale 7:45 to nie w kij dmuchał
poranne poszły nam sprawnie, nawet zacząłem naleśniki robić (z mąki krupczatki, mistrz) i dziecko w tym aspekcie też dało radę, chociaż naleśniki smakowały bardziej nam niż jemu
można uznać, że ono żywi się wyłącznie ogórkiem kiszonym
***
ponieważ ostatnio blady strach padł na nasz dom, więc zostałem wydelegowany również do zasypiania dziecka w dzień, może nie było to mega bezkonfliktowe, ale jak już pogroziłem swoim wielkim brudnym paluchem (sam prawie zasnąłem), to mieliśmy godzinę 20 na czytanie, zakupowanie itp.
***
właściwie były dwa obiadki, a następnie "krajoznawczy" spacer do liroya, gdzie zakupiliśmy działkowe nawozy oraz antyramę i szybko wróciło do domu
pozostałe 2 godziny jak z płatka zeszły na Skaldach oraz myciu puzzli (z obowiązkowym jedzeniem piany — dziecko aktywnie pomagało), po czym nastąpiły wieczorne oraz zasypianie — przedłużone, ale za to bardzo spokojne, co było wymagane
***
potem już tradycyjnie przed snem wyszykowałem wielką surówkę, którą trzeba było zjeść z ostatnią flaszką wina
po zakupach na ostatnie pół godziny wyszykowałem sobie indywidualne słuchanie:
John Barry — Robin And Marian (1976)
i było ślicznie, ale totalnie mnie zmogło na higienę snu, ani chybi musiała być 22
***
warto odnotować, że z krzesła bez oparcia, z filcem na nóżkach sam zmajstrował się świetny pchacz, którym dziecko przekracza pokój tam i nazad i jeszcze okręca


7 marca, poniedziałek

zatę Żono ma

a ja to przejechałem dzisiaj przystanek! zaczytałem się! nie powiem czym!
***
niemniej zakupy udane, śniadanie pełne, a GSW przegrali z Lakersami!
potrzeba mi więcej wykrzykników!
***
uff się napracowałem, i wciąż nie wiadomo jak wieczór, natomiast to ciasto, które zrobiłaś jest takie full, że w ogóle nie trzeba jeść obiadu, ja podlewam sobie gruszkami
***
jeszcze w sobotę pamiętałem o piątkowych przygodach, a teraz to już taka zamierzchła przeszłość
dzisiaj rano człowiek wstał już po słońcu, jakkolwiek ta przerwa w nocy (dobrze że nie wstałem jednak "wyspany") dała o sobie znać rano, niemniej, jest ok
***
a zatem dalej było tak
dokończyłem książkę z zapartym tchem, wyjaśnił się wieczór, kupiłem piwo, irysy i "już" byłem w domu
dość zmęczony, więc siedzieliśmy sobie z dzieckiem na podłodze i słuchaliśmy płyt
wieczorne normalnie, zasypianie bardzo dobrze, palma
***
przygotowałem się na przyjście Wojta i wreszcie z korzyścią spędziliśmy czas, z ograniczonym spożyciem i ograniczonym słuchaniem, aczkolwiek na nieco bezowocnym szukaniu schematów wokalno-wzmacniaczowych, ale kolumny znaleźliśmy
i siup do snu, było ciut później


8 marca, wtorek

zatę Żono ma

zacząłem świetną Barcelonę, wszystko pamiętam, mam pamięć do ulic, jednak z tyłu głowy siedzą zadania z tyrki
robię
***
spotkaliśmy się w top-meblach, to jest bardzo porządny i miły dom handlowy, i nawet kibel mają
w tych dużych przestrzeniach, z małą liczbą ludzi, bardziej przysypiających sprzedawców nasze dziecko świetnie się czuło i dawało sygnały głosem
ale winda była dziwna, co nie?
ja to bym sobie całe mieszkanie wypełnił tanimi meblami w pół dnia, z łatwością
***
dokończyłem film
Lightning Bolt (1966) DVD
było trochę zabawy w tym filmie, oj było
***
wieczór był bardzo krótki, trochę na zmęczeniu, wieczorne dobrze, zasypianie prawie dobrze (zabawne sceny z kładzeniem się w łóżeczku), palma
rybne przysmaczki z okazji dnia
***
robotę miałem, więc musiałem porobić
ale szła muza, więc skończyło się git
i skończył się płyn do kabiny prysznicowej! i takiego nie ma na świecie!
gorzej z Mamą, która musiała w trybie przyspieszonym zachować higienę snu
zatem dokończyłem również
The Lion in Winter (1968)
trochę strasznie było, wielkie plusy za realistyczne średniowiecze, muza Barry'ego nieco schowana


9 marca, środa

zatę Żono ma

wstawanie w normie, ale świadomość filmu, Skaldów, książki o Barcelonie działa pobudzająco
do gier!
***
miałem robić, ale musiałem wpisać te dwa filmy, więc posypało się domino
i niepostrzeżenie dotarłem do filmów 1445, odkrywszy po drodze kilka zapomnianych
***
sprawiłem regularne zakupy, regularnie przejrzałem się w parku (jasno, ale szaro), regularnie pochlej i najebka, regularnie zagraliśmy, regularnie fajnie było (choć podobno Przem nic nie robił przez cały tydzień, a potem zaczął wyliczać)
następnie w domu przysmażany boczek z kozim serem oraz jajecznica (konieczna konieczność gorącego posiłku)
i nie kończyłem filmu, bo dokończyłem go wczoraj przecież


10 marca, czwartek

zatę Żono ma

wstawanie, jazda, praca, praca, jazda, kładzenie się
niemniej, co miałem wypracować — wypracowałem
co miałem przeczytać — przeczytałem ze smakiem
Mama po wczorajszej wściekłości miała bardzo dobry dzień, przyniosła mopa, a potem miała zajęcia przez resztę wieczoru
dziecko również zajmowało się sobą, to był krótki wieczór do kąpieli i zasypiania
George Peppard jako Reno Davis w filmie
House of Cards (1968)
bardzo dobrze, ze znakomitą muzyką Francisa Lai (akcja + melodia), w stylu przygodowych sensacyjniaków, jak "Charade" czy "Arabesque", żwawo, jestem wciągnięty


11 marca, piątek

zatę Żono ma

zaliczam zniżkę nastroju i wcale nie przez tyrkę (głównie), na pewno to ten brak słońca!
Barcelona Barcelona
(tak, jestem wciąż zachwycony, że trasy spacerowe na pamięć, niemal)
***
już wiem, chodzi o to, że w piątek warto oglądać filmy, siedzieć, pić piwo i jeść popcorn
a mnie się tego piwa chyba nie chce dzisiaj
***
niemniej, coś tam porobiłem, a nawet się ogarnąłem
i to z własną korzyścią, posłuchawszy palmy w weekend pomyślałem, że mógłbym obejrzeć kilku pierwszoroczniaków nba
wieczorem z jednym piwem (jakby nie weekend) zakończyłem z zadowoleniem
House of Cards (1968)
i do dyżuru (higienicznie)


12 marca, sobota

zatę Żono ma

wstawanie o 6:40, pełen zestaw codziennych aktywności bez kłótni, o 9 na śniadanie, a po jakimś czasie przyszła babcia
dziecko nie chciało spać na spacerze, a mi nie udało się rozpalić ogniska
więc tak samo bez sensu jak zazwyczaj zbierałem stare liście, i już ta godzina z hakiem wystarczyła, bym się dobrze poczuł na tym małym kawałku wyszarzałej natury
***
po grochówce z kolei ja polazłem na spacer, ale dziecko — mimo że niemal spało — nie chciało się położyć
nieporzebnie się denerwowałem, niepotrzebnie też tłoczyłem w głowie myśli o niezaakceptowanym urlopie — to mi jako żywo przypomniało zeszły rok i poprzednie lata: nic się tutaj nie zmienia (w tyrce), tyranie, choć na świeżym powietrzu, nie odświeża łepetyny, człowiek ma zajęte ręce, a w głowie kumuluje
niemniej — pomarzyłem sobie o grilowaniu i wieczornych popołudniach
***
wieczorne poszły, i tym razem zasiadłem do
La muerte silba un blues (1964) Jesusa Franco
a Mama pracuje
do dyżuru (higiena, higiena)


13 marca, niedziela

zatę Żono ma

wstawanie o równie atrakcyjnej porze, tyle że nie miałem siły na wesołe pogaduszki, więc leżakowałem, i mimo wszystko udało nam się w tym zamknięciu przeleżeć do 9:30, po czym Mama zrobiła jajecznicę
potem miała wyjściówkę (nowy człowiek w domu, trochę strach, a już zaraz popisy), a myśmy spokojnie przeszli od nic nie robienia, poprzez drzemkę w domu (tata potrafi), dramatycznie wczesny obiad (i co tu robić dalej!?), przez spacer w pięknym, acz chłodnym słońcu, po powrót do domu, a jednocześnie powrót Mamy
***
nowy fotelik od dwóch wzbudzał zainteresowanie dziecka (pewnie chciałoby mieć własny tron), jego montaż nie okazał się skomplikowany, jestem ciekaw jak jazda
***
pod sam wieczór dziecko robiło wredne krzyki (w tych momentach w duecie z Mamą są niemal nie do zniesienia), więc wieczorne nie były miłe, aczkolwiek zasypianie poszło całkiem normalnie, tyle że dzień wyzuł mnie z energii i o 21:20 byłem gotowy i tylko Mama bawiła się w SUPERtrans
a zatem higienicznie do snu
jakkolwiek pobudka w nocy była x 2 dla mnie




Brak komentarzy: